Ubud, Bali

Ubud i Nusa Dua, czyli powrót na Bali.

Data wizyty: 30.11-11.12.2019.

Po powrocie na Bali, jedną noc spędziliśmy w Kucie (w tym samym pensjonacie, w którym zatrzymaliśmy się poprzednio), a następnego dnia wyruszyliśmy do Ubud.

Część trasy udało nam się pokonać autobusem i dojechaliśmy do jakiejś miejscowości, w której mieliśmy przesiąść się do vana. Van faktycznie stał, a jego kierowca zaczął chętnie nas do niego zaganiać. W środku siedziało już kilku starszych panów i pojazd był gotowy do drogi.

Gdy zapytaliśmy o cenę, kierowca rzucił nam jakąś kwotę z kosmosu. Nie było żadnych wątpliwości, że to cena tylko dla nas, gdyż nikt z lokalsów nigdy nie zapłaciłby takich pieniędzy za tak krótką trasę. Oczywiście zażądaliśmy normalnej stawki, ale kierowca był nieugięty i po krótkiej wymianie zdań odjechał. Kolejny przykład Indonezyjczyka, który woli nie zarobić wcale, niż dać uczciwą cenę.

Wkurzyło nas to strasznie. Na tym etapie mieliśmy już taki przesyt podobnych sytuacji i tak bardzo dość tego kraju, że odechciewało nam się wszystkiego.

Zaczęliśmy iść na nogach. Do Ubud naprawdę nie było daleko i gdybyśmy się uparli, to pewnie byśmy doszli.

Wtedy jednak stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie złapaliśmy stopa!

Kasper był sceptycznie nastawiony, gdy zaczęłam wyciągać rękę, a i ja nie bardzo wierzyłam w powodzenie tej metody w tym kraju, ale o dziwo udało się!

Trafiliśmy na jakiegoś miłego kolesia, który powiedział, że zawiezie nas do Ubud i nie chciał za to żadnych pieniędzy. Byliśmy wręcz w szoku.

Wysadził nas niedaleko jednej z głównych ulic w Ubud, skąd do naszego miejsca zakwaterowania mieliśmy już tylko kilometr, może dwa. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia!

Leket House.

Zatrzymaliśmy się w małym, rodzinnym pensjonacie, w którym było nam tak dobrze, że nawet przedłużyliśmy pobyt i ostatecznie spędziliśmy tam sześć dób.

Było to dość skromne miejsce, ale bardzo zadbane i tak cudnie urządzone, że stanowiło istną enklawę w tym głośnym, tłocznym i naprawdę niezbyt ciekawym mieście.

Na teren pensjonatu wchodziło się przez piękną, ozdobną, typową dla balijskiej architektury bramę i od razu trafiało się do raju pełnego roślinności, cudnych budyneczków i przede wszystkim cienia, który był wybawieniem od panujących upałów.

Była tam też mała, prywatna świątynka, co jest zresztą standardową częścią balijskich domostw i elementem, który szczególnie mi się podoba. To niesamowite, że każdy ma swoje własne miejsce do modlitwy.

Śniadania jadaliśmy w altanie, na świeżym powietrzu i mieliśmy kilka opcji do wyboru. Porcje były raczej nieduże, ale posiłek zawsze stanowił przyjemną część dnia.

Nasz pokoik był mały, ale mieliśmy też taras, na którym spędzaliśmy wiele godzin, głównie odpoczywając, popijając piwka i zajadając się rewelacyjnym w smaku mięsem na patykach, przyrządzanym przez kobiety na ulicy.

Było nam tam naprawdę dobrze i niezbyt chętnie wychodziliśmy na miasto. Potrzebowaliśmy ciszy, spokoju i odpoczynku od nachalności lokalsów. Gdyby nie poczucie, że skoro już jesteśmy w tym słynnym Ubud, to musimy chociaż trochę pozwiedzać, pewnie w ogóle byśmy się stamtąd nie ruszali. No może tylko po jedzenie … i piwo.

Świątynie w Ubud.

Skoro jednak nie mogliśmy oprzeć się potrzebie zobaczenia chociaż kilku miejsc w Ubud, wyszukałam atrakcje polecane przez innych turystów.

I tak oto, jeden dzień poświęciliśmy na typowe zabytki.

W pierwszej kolejności trafiliśmy do pałacu, który wyglądem niewiele różni się od typowej, balijskiej świątyni. Znajdziemy tam piękne wejścia i bardzo imponujące rzeźby.

Następnie udaliśmy się do Pura Taman Kemuda Saraswati, przepięknej świątyni, gdzie dane nam było zobaczyć jedynie główną bramę. Wpuszczają tam tylko w sarongach, ale bynajmniej ich nie wypożyczają. Zaszliśmy do pobliskiego sklepu, ale na hasło sarong, pani zaoferowała mi chustę na plażę.

No nic, myślę, że ta brama to i tak najbardziej majestatyczny element świątyni, a wraz ze znajdującym się tuż przed nią stawem, stanowi widok niezapomniany.

Na koniec odwiedziliśmy Pura Dalem, kolejną zachwycającą świątynię. Największe wrażenie zrobiło na mnie wejście ozdobione dziesiątkami niebywale interesujących rzeźb. Wiele z nich jest dość przerażających, a ilość detali powala.

W tej świątyni wypożyczają sarongi i można zobaczyć praktycznie wszystko. Jedna mała część jest zamknięta na furtkę, ale wszystko przez nią widać.

O dziwo, nie było tam żadnych turystów, więc można było w spokoju cieszyć oczy architekturą, a uszy ciszą.

Campuhan Ridge.

W Ubud znajduje się również ścieżka Campuhan Ridge, którą dumnie nazwano trekkingiem. Wybierając się tam, spodziewaliśmy się dłuższego spaceru, a okazało się, że do przejścia jest zaledwie kilka kilometrów, z czego część prowadzi wzdłuż drogi i bynajmniej nie dostarcza żadnych większych wrażeń.

Początek jest ładny, gdyż wszędzie wokół jest bardzo zielono, a przy ścieżce rosną pojedyncze palmy.

Uroczystości.

Będąc na Bali, kilkukrotnie widzieliśmy, jak mieszkańcy wyspy uczestniczą w różnych religijnych uroczystościach. Czasami było to tylko składanie darów w świątyni, ale zdarzały się też celebracje angażujące znacznie większą ilość wiernych. Wygląda na to, że Balijczycy lubią świętować i mają ku temu wiele okazji.

Któregoś dnia, gdy jak zwykle siedzieliśmy na naszym tarasie, zagadał do nas pewien mężczyzna, informując, że ulicami przejdzie procesja. Zainteresowało nas to na tyle, że postanowiliśmy zobaczyć to na własne oczy.

O konkretnej godzinie, stawiliśmy się na skrzyżowaniu dróg w pobliżu naszego pensjonatu i czekaliśmy.

Po pewnym czasie, procesja rzeczywiście nadeszła i okazało się, że musi to być jakieś ważniejsze święto, gdyż była naprawdę imponująca.

Uczestniczyło w niej co najmniej kilkaset osób, wszyscy w pięknych, tradycyjnych strojach. Niektórzy nieśli ogromne i bardzo starannie wykonane kukły lub inne rekwizyty, inni grali na instrumentach, jeszcze inni zwyczajnie oddawali się pogawędkom.

Uznaliśmy, że dalej pójdziemy z nimi i tak też zrobiliśmy.

Trasa była dość długa i doprowadziła nas do odległej świątyni Pura Dalem Gede Peliatan, o której wcześniej nawet nie słyszeliśmy i gdyby nie to święto, to pewnie nigdy byśmy tam nie trafili.

Uczestnicy procesji zaczęli wchodzić na teren świątyni przez małą bramę, ale nam i innym, nielicznym obcokrajowcom, powiedziano, że nie jesteśmy odpowiednio ubrani i wejść nie możemy.

Pozostało nam jedynie stanie w bramie i obserwowanie tego, co dzieje się w środku.

Właściwie mieliśmy stamtąd znakomitą widoczność, gdyż mogliśmy objąć wzrokiem cały dziedziniec, który szybko zapełnił się Balijczykami.

Spędziliśmy tam dobrą chwilę, obserwując rytuały, których niestety nie rozumieliśmy. Próbowałam dowiedzieć się, co to za święto i ogólnie co się dzieje, od grupy młodych chłopaków, ale byli wyraźnie onieśmieleni i wydali z siebie zaledwie kilka słów.

Wiedzy na temat lokalnych zwyczajów zatem nie pogłębiłam, ale i tak cieszę się, że miałam okazje oglądać to widowisko.

Balijskie stroje są naprawdę piękne i piękne jest zaangażowanie mieszkańców wyspy w religijne rytuały. Widać, że hinduizm jest niezwykle ważny dla tych ludzi i pokazują to na każdym kroku.

Wiele osób nosi sarongi również na co dzień, mężczyzn bardzo często zobaczymy w tradycyjnych przepaskach na głowie, na chodnikach porozkładane są małe tacki ofiarne i jak już wspomniałam, ludzie mają swoje własne, przydomowe świątynki.

Bali jest naprawdę piękną i myślę, że niezwykle interesującą wyspą. Szkoda, że turystyka wygląda tak, a nie inaczej i nam, turystom, tak niewiele z tego prawdziwego uroku, dane jest doświadczyć.

Nusa Dua.

Na sam koniec naszego pobytu w Indonezji, postanowiliśmy jeszcze raz zmienić lokalizację i udaliśmy się do nadmorskiej miejscowości Nusa Dua.

Najpierw dojechaliśmy na lotnisko prywatnym transportem, a później wzięliśmy autobus, już bezpośrednio do Nusa Dua. Poszło w miarę sprawnie.

Od pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy, mieliśmy kawałek do plaży, ale była to całkiem przyjemna trasa. Szło się jedną z głównych uliczek, pełną sklepów i restauracji.

Plaża była ładna, ale korzystanie z niej było w pewnym sensie ograniczone. Mianowicie, zacienione fragmenty należały to różnych ośrodków, które porozkładały tam swoje fotele i co jakiś czas przychodził jakiś koleś mówiąc, że tu, czy tam, nie wolno się rozkładać.

Było to niedorzeczne!

My wybraliśmy fragment plaży w pobliżu jednego z ośrodków, ale na uboczu. Przychodzili tam też inni plażowicze, którzy nie chcieli leżeć w pełnym słońcu.

Obok rozstawione były plastikowe leżaki, ale nikt nigdy z nich nie korzystał. Byliśmy tam kilka razy i nie uświadczyliśmy ani jednego gościa tegoż ośrodka.

Jakiś nadgorliwiec czuł jednak potrzebę, żeby co jakiś czas zachodzić i nas nagabywać, co było strasznie męczące i tak absurdalne, że brak słów. Ewidentnie, w jednym miejscu nie można było leżeć, ale pół metra dalej już na przykład tak. Głupota jakich mało!

Co do pływania, to nie wszystkie fragmenty wybrzeża się do tego nadawały, ale można było znaleźć fajne miejsca z wodą o idealnej głębokości do relaksu.

Niemal cały jeden dzień spędziliśmy dryfując w takiej właśnie wodzie, co przyniosło nam cudowne orzeźwienie i odpoczynek.

Będąc na plaży, można było też trochę pozwiedzać. Dwa razy wybrałam się na dłuższy spacer i trafiłam w całkiem fajne miejsca.

Raz znalazłam się w ładnym i bardzo zadbanym parku, a trochę dalej trafiłam na sporych rozmiarów pole lawowe, o które rozbijały się fale.

Innym razem odkryłam przepiękny fragment wybrzeża.

Podsumowanie.

W Ubud mieliśmy sześć noclegów, a w Nusa Dua pięć. Normalnie w tak długim czasie, zdołalibyśmy pewnie zobaczyć pół wyspy, ale jako że postawiliśmy na odpoczynek, to zwiedzanie zostało ograniczone do minimum. I dobrze!

Indonezję opuszczaliśmy bez żalu, podekscytowani tym, co nas czeka w Nowej Zelandii, która była następnym przystankiem na naszej drodze.

Myślę, że nie trudno sobie wyobrazić, jaka ogarnęła nas zgroza, gdy na lotnisku okazało się, że są jakieś problemy z moim New Zealand Electronic Travel Authority, o które aplikowałam ponad miesiąc wcześniej i wiedziałam, że je dostałam.

Obsługa lotniska długo nie mogła czegoś tam potwierdzić, a ja miałam przed oczami przerażającą wizję, że jestem uwięziona w Indonezji. Na Bali!

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i polecieliśmy.

1 Comment Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*