Co robiliśmy w Chengdu, czyli chanty wokół pagody, herbaciarnia, jądra bawoła oraz Mao.

Na przełomie listopada i grudnia, spędziliśmy 9 dni w Chengdu, stolicy Sichuanu. Stało się to dzięki temu, że po raz drugi zdecydowaliśmy się zrobić kurs TEFL in China.

Nie byliśmy pewni, czy dobrze robimy, gdyż za pierwszym razem, był to trening bardzo intensywny i wymagający, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, ale gotowi byliśmy na wszystko, byle tylko wyrwać się ze szkoły. Dodatkowym plusem była lokalizacja, czyli Chengdu, do którego już dawno planowaliśmy się wybrać. Natomiast za sam kurs, a także zakwaterowanie w przyzwoitym hotelu (z wliczonym śniadaniem), płaciła nasza firma.

Kurs zaczynał się w czwartek, więc do Chengdu pojechaliśmy już we wtorek (nasz weekend przypada na wtorek i środę). Razem z nami pojechała Irina, która też miała uczestniczyć w kursie i Natan, który chciał zobaczyć pandy.

Pierwszy dzień spędziliśmy w Chengdu Research Base of Giant Panda Breeding, o czym pisałam w poprzednim poście.

Natomiast drugi dzień, poświęciliśmy na spacery po mieście (już w trójkę, gdyż Natan musiał wrócić do Chongqing).

Nie mieliśmy żadnego konkretnego planu, gdyż przeglądając strony na temat Chengdu, nie znalazłam nic, co przykułoby moją uwagę. Świątynie już od dawna nie robią na mnie większego wrażenia, a tym bardziej „stare”, turystyczne uliczki.

Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że wracając do naszego hostelu z odwiedzin u pand, przechodziliśmy koło monastyru, który nas zaintrygował. Otaczały go potężne mury, a przez bramy wypatrzyliśmy pozapalane świece. Z jakiegoś powodu urzekł nas ten widok i dlatego z samego rana, to właśnie tam skierowaliśmy nasze kroki.

Wenshu Monastery (Manjusri Monastery).

Był to strzał w dziesiątkę, gdyż monastyr okazał się wyjątkowo pięknym i spokojnym miejscem. Ludzi było tam niewiele, a większość z nich przyszła się pomodlić.

Jak zwykle, zachwycaliśmy się architekturą, a zwłaszcza dachami, ich wymyślnymi wykończeniami i rzeźbami. Scenerii dopełniały drzewa, które przybrały przepiękne, jesienne kolory.

Trafiliśmy też na małą pagodę, wokół której krążyli ludzie. Od razu zauważyliśmy, że jest to szczególne miejsce, gdyż wokół znajdowało się mnóstwo doniczek z kwiatami oraz małe pomieszczenie wypełnione świecami. My jednak nie planowaliśmy spędzać tam zbyt wiele czasu i po obejrzeniu pagody oraz zrobieniu zdjęć, zaczęliśmy się oddalać. Wtedy zaczepiła nas młoda Chinka, która powiedziała, że powinniśmy zostać i chantować wokół pagody, gdyż będzie to dla nas dobre. Od razu przystąpiła do działania i zaczęła nas uczyć krótkiego wersetu, który jak powiedziała, jest bardzo dobrą modlitwą. Następnie wszyscy razem obeszliśmy pagodę siedem razy.

Myślę, że było to bardzo miłe z jej strony. Poza tym, łatwo wciągnąć się w chanty i podłapać atmosferę tego miejsca. Ja odchodziłam stamtąd jak na skrzydłach.

   

The best tea house ever!

Następne miejsce do jakiego trafiliśmy, to herbaciarnia. Znajduje się tuż przy monastyrze i wypatrzyłam ją przez płot. Jest to najwspanialsza herbaciarnia, w jakiej kiedykolwiek byłam.

Gdy tylko się tam pojawiliśmy, zagadał do nas starszy pan. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zagadał po ……… angielsku! Co więcej, nie była to pierwsza starsza osoba w Chengdu, która potrafiła komunikować się z nami w tym języku. Dzień wcześniej spotkaliśmy babcię, która mówiła po angielsku płynnie! Niesamowite! Naprawdę niesamowite!

System jaki panuje w tej herbaciarni polega na tym, że idzie się do okienka i kupuje herbatę w małych, papierowych torebeczkach. Następnie idzie się do pana odpowiedzialnego za wydawanie odpowiedniej ilości filiżanek. Na koniec zabiera się wielki termos z gorącą wodą. Herbatę parzy się samemu i dolewa gorącą wodę wedle uznania. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, gdyż na nic nie trzeba czekać. Wszystko robi się samemu i od ręki.

Stoliki znajdują się na zewnątrz, wśród drzew. Siedzi się na bambusowych krzesłach. Wokół jest pełno flory i ……fauny, gdyż między stolikami swobodnie przechadzają się gołębie, a nawet kogut! Na szczęście nie jest to kogut, który ostatecznie wyląduje na czyimś talerzu. Jesteśmy przy świątyni, a restauracja, która też się tutaj znajduje, jest wegetariańska. Kogut jest bezpieczny.

My jesteśmy jedynymi białasami. Wszyscy inni to lokalesi. Dlatego jest bardzo swojsko i czujemy się wyjątkowo dobrze. Ja wręcz nie mogę opanować zachwytu. Uwielbiam takie miejsca!

Targ różności.

Kiedyś jednak trzeba ruszyć dalej, więc w końcu ruszamy i szybko trafiamy w kolejne ciekawe miejsce. Tym razem jest to targ.

Na pierwszym stoisku kupujemy dwa słoiki przepysznych sosów, które planuję użyć do kurczaka, którego nauczyłam się robić w Chinach.

Dalej oglądamy starocie i różne typowe dla Chin pamiątki. Na koniec trafiamy na stoisko z pieczątkami grawerowanymi w kamieniu. Tym razem nie potrafimy sobie ich odmówić, zwłaszcza, że Kasper i ja dostajemy dwie, które się ze sobą łączą. Zostały zrobione z tego samego kamienia, a jak odpowiednio się je odwróci, to tworzą chiński znak miłości. Zostają też na nich wygrawerowane nasze imiona. Poza tym, jedna ma wizerunek smoka, a druga feniksa. Mówiąc krótko, są dla nas idealne.

Skóra psa.

Niestety gdy ruszamy w dalszą drogę, spotyka nas coś, czego żadne z nas się nie spodziewa. Ja przeżywam wręcz małą traumę, z której dłuższą chwilę nie mogę się otrząsnąć.

Idziemy chodnikiem i widzimy to, co zazwyczaj znajduje się na chińskich ulicach, czyli praktycznie wszystko. Z początku nic nie przyciąga naszej uwagi, ale w pewnym momencie, mój wzrok zatrzymuje się na zwisającym przy jakimś sklepie futrze. Nie wygląda to jak żadne futro, jakie do tej pory widziałam. Jest szare i ma małe, okrągłe uszy oraz długi, puszysty ogon.

Zatrzymujemy się i dyskutujemy, czy rzeczywiście jest to pies. Cała nasza trójka jest w Chinach nie od dzisiaj, ale nigdy nie widzieliśmy mięsa psa, ani tym bardziej futra. Aby się upewnić, Irina wchodzi do sklepu i po chwili mamy potwierdzenie. Tak, jest to pies.

Ja jestem w szoku. Dla mnie jest to niewyobrażalne, żeby zabić psa. Nie wiem też, co można by zrobić z takim futrem.

Irina podchodzi do tematu spokojniej. Mówi, że jej to tak bardzo nie dziwi, gdyż jak była dzieckiem, jej tata miał futro z psa.

Aidao Nunnery.

Naszym następnym przystankiem, również przypadkowym, jest Aidao Nunnery. Tutaj mieszkają i modlą się mniszki i dlatego jest to miejsce dość specyficzne. Bardzo łatwo wyczuć kobiecy wkład, a gdy zwrócić uwagę na detale, można zauważyć, że miejsce to różni się nieco od męskich monastyrów.

Przy jednym z ołtarzy znajduje się stół, na którym poustawiano świeczniki w kształcie kwiatów oraz buteleczki perfum. Wszędzie pełno jest też dekoracji w postaci kolorowych tortów. Na zewnątrz siedzą starsze kobiety i własnoręcznie je wyrabiają.

Atmosfera jest przyjazna, ludzi prawie wcale, a architektura w połączeniu z zachwycającą, jesienną otoczką, naprawdę cudowna.

Mao i Tianfu Square.

Następnego dnia zaczynamy nasz trening. Jest dużo łatwiejszy niż za pierwszym razem, a atmosfera na nim panująca, jest wręcz relaksacyjna, ale nie mamy zbyt wiele czasu na zwiedzanie i szwędanie się po mieście.

Na małą wycieczkę decydujemy się dopiero w ostatniej chwili, czyli na dzień przed powrotem do Chongqing. Chcemy jeszcze zobaczyć pomnik Mao, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dopiero w Chengdu. Znajduje się przy Tianfu Square, gdzie udajemy się metrem.

Po wyjściu na powierzchnię, szybko zauważam podobieństwo do Tiananmen Square, w Beijing’ie. Plac jest ogromny, bardzo pusty i bardzo chiński. Nie wiem jak wytłumaczyć ten ostatni przymiotnik, ale właśnie takie jest moje odczucie. Nie wiem, czy to ten jego rozmiar, czy ta pustka, czy ogólna szarość, która nas otacza.

Sam pomnik nie jest szczególnie imponujący. Nie jest też zbyt duży.

Co jeszcze robiliśmy w Chengdu?

Jak już wspomniałam, podczas treningu nie mieliśmy czasu na zwiedzanie, ale za to mieliśmy mnóstwo czasu na jedzenie.

Któregoś wieczora, razem z kilkoma osobami z kursu, wybraliśmy się na prawdziwy, sichuański hot pot (był pyszny, oczywiście, ale nasza trójka zgodnie przyznała, że ten z Chongqing jest jednak lepszy).

Natomiast żeby urozmaicić sobie posiłek, postanowiliśmy zamówić jądra bawoła, które po ugotowaniu, wszyscy spróbowaliśmy.

Kształt miały zachęcający, gdyż powycinane były w kwiaty, ale smak pozostawiał wiele do życzenia. Natomiast największy problem, stanowiła tekstura. Jądra były bardzo gumiaste i żułam je kilka dobrych minut, zanim udało mi się je połknąć.

Nieco innym doświadczeniem, było odkrycie przez nas Sushi Express, czyli samoobsługowej restauracji z sushi. Tak nam się tam spodobało, że wracaliśmy kilkukrotnie.

Jak to działa? Siada się przy blacie, gdzie wszystko jest już gotowe, czyli kubeczki, miseczki, pałeczki, sos sojowy, wasabi, a nawet herbata w torebkach. Przed naszymi oczami przesuwa się taśma, na której poukładane są sushi na małych talerzykach. Każdy zabiera to, na co ma ochotę. Każdy talerzyk to 6 RMB. Na koniec przychodzi pan lub pani, liczy nam talerzyki, zapisuje ich sumę na karteczce, a my idziemy do kasy, żeby zapłacić.

Działa to wyjątkowo sprawnie i jest niezwykle wygodne. Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć taką restaurację w Chongqing.

Natomiast w dniu, kiedy wybraliśmy się do tajskiej restauracji (również bardzo dobrej), zupełnie przypadkiem trafiliśmy też na strzelnicę. Nie była to taka zwykła strzelnica, a taka, na której strzela się z łuku.

Przechadzaliśmy się po galerii handlowej, gdy jakiś młody Chińczyk wręczył nam bilety na tę że strzelnicę. Oboje strzelaliśmy z łuku po raz pierwszy i bardzo nam się spodobało. Jak się okazuje, jest to dużo trudniejsze, niż można by się spodziewać. A sam łuk jest bardzo ciężki.

Global Center.

Na koniec muszę jeszcze dodać, że nasz trening odbywał się w budynku dość niezwykłym. Jest to kolejna rzecz, o której nie słyszałam przed przyjazdem do miasta, ale Global Center w Chengdu, to największy budynek na świecie pod względem powierzchni.

Rzeczywiście jest ogromny. Właściwie jest tak duży, że stojąc przed nim, trudno objąć go wzrokiem. Jeszcze trudniej zrobić to aparatem, przez co poniższe zdjęcie, niestety nie oddaje jego rzeczywistego rozmiaru.

Gdy rano wyjeżdżaliśmy na ósme piętro, od razu rozbieraliśmy się z kurtek, gdyż czekał nas kilkuminutowy spacer korytarzem dłuższym, niż jakikolwiek korytarz, który w życiu widziałam. Szło się nim w nieskończoność. Natomiast u celu, czyli w pomieszczeniach, gdzie znajduje się centrum dowodzenia naszej szkoły, okazywało się, że magicznie przenieśliśmy się na piętro szóste. Dziwne, prawda?! Idziesz prosto, a z ósmego piętra, transportujesz się na szóste.

Na niższych piętrach znajduje się centrum handlowe o marmurowych (a raczej udających marmury) podłogach i złotych schodach. Pod szklanymi dachami są hotele, które wyglądają jak żywcem przeniesione z wybrzeża Hiszpanii lub Chorwacji. Jest też park wodny ze zjeżdżalnią, palmami i …… budynkiem do złudzenia przypominającym kościół.

Podsumowanie.

Różnorodne były nasze doświadczenia w Chengdu. Nie sposób temu zaprzeczyć.

3 Comments Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*