Data wizyty: 08-13.03.2020.

Luang Prabang to drugie obok Vang Vieng miejsce, które warto odwiedzić podczas pobytu w Laosie.

Słynie przede wszystkim z mnichów, którzy każdego ranka przechadzają się boso po ulicach miasta i zbierają dary, ale do zaoferowania ma również klimatyczne świątynie, kolonialną architekturę i specyficzną atmosferę. Usytuowanie nad Mekongiem też dodaje mu uroku i swoistej aury, a znajdujące się w okolicach wodospady zachwycają swoim wyglądem.

Świątynie: Wat Visounnarath oraz Wat Aham Outama Thany.

My zwiedzanie miasta zaczynamy od spaceru w stronę sporych rozmiarów wzgórza – Mount Phou Si, na którym wznosi się mała, ale urocza stupa.

Po drodze zauważamy jednak inny kompleks świątynny i to tam zachodzimy w pierwszej kolejności.

W bardzo bliskiej odległości od siebie, znajdują się dwie świątynie: Wat Visounnarath oraz Wat Aham Outama Thany. Ta pierwsza to najstarsza świątynia w Luang Prabang, pierwotnie wybudowana na polu ryżowym w 1512 r. Tuż obok niej stoi potężna biała stupa – That Pathum, wzniesiona w 1514 r. Inna jej nazwa to That Mak Mo, co oznacza Watermelon Stupa, gdyż kopuła podobno przypomina arbuza.

Pobliska Wat Aham Outama Thany to maleńka, ale naprawdę urocza świątynka pełna posągów buddy i bardzo specyficznych malowideł ściennych. Przed nią też znajdują się stupy, ale znacznie mniejsze.

Mount Phou Si.

Na szczyt Mount Phou Si można wyjść z dwóch stron i obie ścieżki są interesujące i znajdziemy na nich różne posągi, stupy, zaułki. Właściwie schodzenie ze wzgórza zajęło mi znacznie więcej czasu niż wchodzenie, gdyż co chwilę napotykałam na coś wartego zobaczenia.

Na samym wzgórzu znajduje się Chomsi Stupa i mała świątynka. Najciekawszy jest jednak rozpościerający się ze wzgórza widok. Widać stamtąd dwie rzeki: Mekong oraz Nam Khan oraz urokliwe uliczki Luang Prabang.

Jest to też doskonały punkt do obserwacji zachodu słońca, aczkolwiek gdy ja tam byłam, przedstawienie nie do końca się udało ze względu na zachmurzenie.

Luang Prabang National Museum.

Luang Prabang National Museum to tak naprawdę dawny pałac królewski.

Z zewnątrz jest to dość niepozorny budynek i szczerze mówiąc, raczej bym się nie domyśliła, że kiedyś była to królewska rezydencja.

Wnętrza też zresztą nie powalają, a większość eksponatów, to prezenty od innych krajów. Będąc tam, po raz kolejny odniosłam wrażenie, że Laos funkcjonuje głównie dzięki pomocy z zewnątrz. Nawet mała łódź i samochody, którymi poruszał się król, były darami.

Swoją drogą, jest tam jedna gablotka z prezentami pochodzącymi z byłego ZSRR i Polski. Okazuje się, że my podarowaliśmy Laosowi małą replikę miecza koronacyjnego królów polskich.

Prezydent Nixon natomiast, wręczył Laosowi kamień księżycowy, na znak że Amerykanie pragną pokoju na świecie (jak głosi napis na pamiątkowej tabliczce). Jak dla mnie jest to lekka ironia, jako że Laos był regularnie bombardowany przez USA na przełomie lat 60-tych i 70-tych, czyli m.in. podczas jego prezydentury.

Jeśli chodzi o wnętrza, to najbardziej podobała mi się sala tronowa, której ściany pokryte są mozaiką wykonaną z japońskiego szkła, która przedstawia różne ceremonie, zwyczaje i sceny z lokalnych podań. Coś takiego widziałam pierwszy raz i nie ukrywam, że zrobiło to na mnie duże wrażenie. Bardzo ciekawy element dekoracyjny.

Prince Wetsantara.

Będąc w pałacu, zapoznaliśmy się z historią księcia Wetsantara, którą przedstawiono na obrazach z dołączonymi opisami. Podobno każda świątynia w Luang Prabang ma przynajmniej jeden zestaw takich obrazów.

Nie będę tu przytaczać całej historii, ale książę Wetsantara długo przebywał ze swoją rodziną w lesie, prowadząc ascetyczne życie i domyślam się, że to właśnie to zapewniło mu takie uwielbienie wśród ludu. Najwyraźniej nikomu nie przeszkadzało, że według legendy, książę (pod nieobecność żony i wbrew jej woli) oddał dwójkę swoich dzieci jakiemuś podejrzanemu ziomowi, który szukał sobie służby, a później, równie chętnie, chciał oddać i żonę.

Ciekawe jest też to, co wyczytaliśmy o jego matce, która zanim reinkarnowała się jako człowiek, wystosowała dziesięć życzeń do boga. Oto jej życzenia: być królową zamożnych terenów, mieć czarne oczy jak u rocznego dziecka (???), mieć niebieskie brwi jak skrzydła trzmiela (???), sprawić aby jej imię (Phouthsady) istniało wiecznie, urodzić syna, nie mieć brzucha jak inne kobiety w ciąży, mieć wertykalne jak lotus piersi, które nie będą zwisać od karmienia, mieć czarne włosy, a nie siwe jak zwykłe kobiety, mieć gładkie i piękne ciało na zawsze, sprawić, aby skazany na egzekucję więzień uciekł śmierci (???).

Toż to narcyzm w najczystszej postaci!

Osobiście zawsze się zastanawiam, czemu tego typu historie zdobywają aż taki pogłos (w końcu to wielkie uznanie, być w każdej świątyni w mieście), a ich bohaterowie cieszą się powszechnym uwielbieniem. Co w zachowaniu księcia zasługuje na szacunek? I czemu jego matka, myślała tylko o swojej urodzie?

Dla mnie jest to co najmniej dziwne, ale nie zmienia to faktu, że uwielbiam zapoznawać się z tego typu historiami. To prawdziwa rozrywka!

Chomphet District.

Któregoś dnia popłynęliśmy promem na drugą stronę Mekongu, do Chomphet District. Jest to miejsce, którego absolutnie nie można pominąć podczas pobytu w Luang Prabang! Jest tam tak klimatycznie i tak cudownie, że nie da się tego opisać.

Idąc wzdłuż rzeki mijamy domostwa, a także świątynie, stupy, punkty widokowe i jaskinię.

Jaskinię otworzył dla nas jakiś pan i przez jakiś czas byliśmy tam sami, a później przyszli mnisi. We wnętrzu jest świątynia, ale taka dość prowizoryczna. Nie ma tam zbyt dobrych ścieżek i czasami trzeba się wspinać po kamieniach. Tego typu miejsce na pewno nie byłoby dostępne dla odwiedzających w Europie, a w Laosie puszcza się tam ludzi w samopas. Nam się podobało i to bardzo!

Świątynie są bardzo klimatyczne, a zwłaszcza Wat Chomphet, do której trzeba się wspiąć po schodach. Na podwórku przed budynkiem są ławeczki, z których można podziwiać cudny widok na Luang Prabang. Coś pięknego, a ludzi nie spotkaliśmy tam wcale, więc mieliśmy tą niebywałą scenerię tylko i wyłącznie dla siebie.

Po powrocie na naszą stronę miasta poszliśmy do małej knajpki nad Mekongiem i podziwialiśmy powolną wędrówkę słońca ku zachodowi. Było naprawdę cudnie.

 

Tak Bat (Morning Alms).

Tak Bat to stara, buddyjska tradycja praktykowana w Luang Prabang, a także innych miejscach w Laosie (my zaobserwowaliśmy ją również w Huay Xai).

Codziennie wczesnym rankiem, mnisi, w tym dzieciaki, wędrują boso przez ulice Luang Prabang, niosąc w dłoniach pojemniki, do których zbierają dary (głównie żywność). Na chodnikach siedzą mieszkańcy, którzy przyszli owe dary im wręczyć.

Wszystko odbywa się z szacunkiem i w ciszy.

Jako że rytuał stał się dość popularną atrakcją turystyczną, obecnie na trasie przejścia mnichów jest też sporo obserwatorów.

Oczywiście nie ma się co dziwić, w końcu jest to bardzo interesujący zwyczaj. Warto jednak pamiętać o kilku zasadach i ich przestrzegać.

Przede wszystkim nie należy w żaden sposób przeszkadzać procesji, ani tym bardziej dotykać mnichów. Nie powinno się też robić zdjęć z lampą błyskową z bliskiej odległości. Ważny jest również stosowny ubiór, czyli zakryte nogi, ramiona i klatki piersiowe.

Co ciekawe, za procesją nie powinno się podążać autobusem, jako że jest się wtedy wyżej niż mnisi, co w Laosie uznawane jest za bardzo niestosowne.

Jeśli zdecydujemy się na udział w rytuale, to ryż powinien być zakupiony rano na targu, a nie od sprzedawców przy trasie przejścia mnichów.

Co więcej, w rytuale powinny uczestniczyć tylko te osoby, dla których ma on znaczenie i które potrafią dostąpić go z zachowaniem zasad.

My nie zdecydowaliśmy się na wręczanie darów mnichom i zamiast tego, obserwowaliśmy ceremonię z pewnej odległości.

Było to dość niezwykłe doświadczenie, zobaczyć tą procesję w pomarańczowych szatach i tych wszystkich ludzi, którzy codziennie rano zasiadają przy ulicy. Niesamowite, jak poważnie niektórzy traktują religię i jak stare zwyczaje są praktykowane do dziś dzień.

Nie mówiąc już o tym, że ulice Luang Prabang wyglądają zjawiskowo o poranku i będąc w mieście, absolutnie nie można sobie odmówić uczestnictwa lub obserwacji Tak Bat.

Tat Kuang Si (Kuang Si Waterfall).

Tat Kuang Si to zdecydowanie jeden z najpiękniejszych wodospadów, jakie kiedykolwiek widziałam. Znajduje się w okolicach Luang Prabang i my dojechaliśmy tam prywatnym transportem. Wracać mogliśmy z późniejsza grupą, z czego z ochotą skorzystaliśmy, gdyż koniecznie chcieliśmy spędzić tam jak najwięcej czasu.

Miejsce jest naprawdę genialne!

Sam wodospad jest po prostu przepiękny, a kolor wody niebywały.

Na niższych tarasach można się natomiast kąpać, co czyni to miejsce jeszcze bardziej atrakcyjnym.

My zażyliśmy kąpieli w towarzystwie małych mnichów, którzy pływali w swoich czerwonych szatach i świetnie się przy tym bawili.

Ponad wodospadem też jest basenik, z huśtawką, i tam też spędziliśmy sporo czasu.

Generalnie jest to piękne i bardzo relaksacyjne miejsce. Szkoda, że mimo wszystko byliśmy uzależnieni od transportu, gdyż mieliśmy ochotę spędzić tam znacznie więcej czasu.

Ogólne wrażenie.

Jak już wcześniej wspominałam, Laos dość mocno nas doświadczył, ale jak wiadomo, z czasem pamięta się bardziej o pozytywach niż negatywach.

Nie ma wątpliwości, że obecnie wspominam Luang Prabang z ogromnym sentymentem i szczerze mówiąc, bardzo chętnie wybrałabym się tam ponownie.

Klimat miasta jest niepowtarzalny, a przy tym jest ono tak urokliwe wizualnie, że nie sposób się mu oprzeć. Mistyczny Mekong, cudna, kolonialna architektura, charakterystyczne dachy i te kolory! Luang Prabang to przepiękne miasto, perła Laosu i z całą pewnością jedno z tych miejsc w Azji Południowo – Wschodniej, których pod żadnym pozorem nie można pominąć.

Huay Xai.

Data wizyty: 14-15.03.2020.

Z Luang Prabang pojechaliśmy nocnym autobusem do małej wioski przy granicy z Tajlandią – Huay Xai.

Na miejsce dojechaliśmy z samego rana i zdecydowaliśmy, że do hoteliku, w którym zarezerwowaliśmy nocleg, pójdziemy na nogach.

Spacer był dość długi, aczkolwiek przyjemny, pomijając zgraję niezbyt przyjaźnie nastawionych psów.

Przez przypadek trafiliśmy na ceremonię Tak Bat, co było miłą niespodzianką. Oczywiście nie było to tak spektakularne jak w Luang Prabang i dotyczyło znacznie mniejszej grupy zarówno mnichów, jak i ofiarodawców, ale naprawdę fajnie było zobaczyć ten rytuał bez turystycznej otoczki.

Szliśmy sobie chodnikiem, gdy zauważyliśmy nadchodzących mnichów. Szybko usunęliśmy im się z drogi i stojąc za ludźmi z darami, obserwowaliśmy zdarzenie.

Całość trwała zaledwie kilka minut, ale na pewno długo tego nie zapomnimy.

W hoteliku przyjęto nas miło i załapaliśmy się na śniadanie, chociaż teoretycznie powinno nam przysługiwać dopiero następnego ranka. Bardzo wcześnie dostaliśmy też pokój, co było niesamowicie wygodne i miłe.

W ciągu dnia zwiedziliśmy świątynię usytuowaną na małym wzgórzu. Budynek był zamknięty, ale można było zobaczyć wnętrze przez okna. Poza tym, teren wokół świątyni był znacznie ciekawszy, gdyż znajdowała się tam masa przeróżnych figur, chorągwi, flag i innych dekoracji. Było tam naprawdę pięknie.

Jak widać na zdjęciach, wszystko było jakby w sepii, co najmniej jak na amerykańskich filmach o Meksyku.

Laos generalnie jawi się w dość pomarańczowych barwach, ale w Huay Xai było to naprawdę mocno uwidocznione.

Co do reszty wioski, to poruszaliśmy się przede wszystkim wzdłuż głównej ulicy i raczej nie jest to szczególnie ciekawe miejsce z turystycznego punktu widzenia.

Nie ma się co jednak dziwić, w końcu my trafiliśmy tam tylko ze względu na bliskość tajskiej granicy, którą na tym etapie chcieliśmy jak najszybciej przekroczyć.

I to właśnie będąc w Huay Xai zaskoczyła nas wiadomość o zamknięciu przez Polskę przestrzeni powietrznej z powodu Covid – 19. Nie ukrywam, że wówczas zapragnęliśmy przekroczyć granicę jeszcze bardziej, co na szczęście udało się dość sprawnie.

W obliczu światowej pandemii, Tajlandia zdawała nam się znacznie bezpieczniejszym miejscem pobytu niż Laos.

   

Informacje praktyczne: do Luang Prabang dojechaliśmy busem z Vang Vieng za 80 000 Kip od osoby. W cenę wliczony był pick up spod hotelu. Bus był przyzwoity, ale droga nie, dlatego dużo nami rzucało i generalnie nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie. Na szczęście nie było też zbyt długie.

Oczywiście mieliśmy również przerwę na jedzenie i toaletę i to już po ok. godzinie jazdy.

Napisane przez

Małgorzata Kluch

Cześć! Tutaj Gosia i Kasper. Blog wysrodkowani.pl jest poświęcony podróżom i życiu w Chinach. Po pięciu latach spędzonych w Azji i eksploracji tamtej części świata, jesteśmy z powrotem w Europie, odkrywając nasz kontynent.