Filipiny – kraj miłych ludzi.

Dla naszego bloga nadszedł wielki i długo wyczekiwany dzień, kiedy to wreszcie pojawia się wpis o kraju innym niż Chiny! Za nami wspaniałe, dwutygodniowe wakacje na Filipinach i całe mnóstwo historii do opowiedzenia.

Przed wyjazdem.

Muszę przyznać, że przed wyjazdem byłam pełna obaw i zastanawiałam się, czy w obliczu wydarzeń ostatnich miesięcy, obraliśmy odpowiedni kierunek. Dużo słyszy się o nowym prezydencie Filipin i jego mocno kontrowersyjnej polityce antynarkotykowej, a na stronie polskiego MSZ jest komunikat odradzający podróżowanie w południowe rejony kraju. Co prawda planowaliśmy zostać na północy, na wyspie Luzon, a z Manili uciec tuż po przylocie, ale nie mogę powiedzieć, że nie stresowałam się tą podrożą.

Na szczęście Filipiny okazały się dużo bezpieczniejsze niż się spodziewaliśmy i poza kilkoma pierwszymi godzinami w tym kraju, które były dość traumatyczne, czuliśmy się tam naprawdę dobrze. Ogromny wpływ na taki stan rzeczy mieli ludzie, którzy byli bardzo pomocni i życzliwi. Z przyjemnością dodaję Filipińczyków do mojej listy najmilszych narodów świata (mam tam już Greków, Rumunów i Gruzinów).

Czytając inne blogi podróżnicze, często natykam się na narzekania na mieszkańców Azji południowo-wschodniej, za to że traktują turystów jak chodzące skarbonki i na każdym kroku próbują ich oszukiwać. Na temat innych krajów na razie nie mogę się wypowiadać, ale na Filipinach tego nie doświadczyliśmy. Było kilka mniej fajnych momentów, zwłaszcza tuż po przylocie, jeszcze na lotnisku, ale później było już tylko lepiej. Nie czuliśmy się traktowani inaczej niż turyści z Filipin, za nic nie musieliśmy płacić więcej i jak już wspomniałam, większość osób była dla nas bardzo mila i pomocna.

Bieda.

Filipiny to chyba najbiedniejszy kraj jaki do tej pory widziałam, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Biedę było widać już z samolotu, jeszcze na długo zanim zdążyliśmy wylądować w Manili. Na niesamowitą biedę patrzyliśmy zresztą non stop przez cały pierwszy dzień. Miasto wyglądało jak niekończące się slumsy, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy w tym kraju ktokolwiek żyje na poziomie. Bogatszą dzielnicę zobaczyliśmy zresztą dopiero pod koniec pobytu. Ludzie w stolicy (i nie tylko) żyją w strasznych warunkach, w rozpadających się budynkach albo wprost na ulicy. Wszędzie biegają bose, brudne, żebrzące i pozostawione same sobie dzieci. Ludzie rozkładają się na tekturach pod wiaduktami i śpią wśród samochodów, w spalinach. Razem tworzy to naprawdę przerażający obraz, na który szczerze mówiąc nie do końca byłam przygotowana.

Transport.

Transport to kolejna kwestia, którą bardzo się martwiłam przed wyjazdem. Wiedziałam, że na pewno nie będzie tak jak w Chinach, gdzie praktycznie wszędzie da się dojechać pociągiem, a w dodatku połączenia kolejowe są bardzo dobrze zorganizowane. Na Filipinach musieliśmy zdać się na autobusy i obawiałam się, że będzie to skomplikowane. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, okazało się, że znów się myliliśmy.

Z Manili do Banaue mieliśmy tylko jedna opcje, nocny autobus, ale bilety dostaliśmy bez problemu, a pojazd był wygodny (pomijając klimatyzację ustawioną na taką temperaturę, że bez odpowiedniego ubioru można by zamarznąć). Natomiast jeśli chodzi o transport do Alaminos i w prowincji Zambales, to autobusów było mnóstwo i odjeżdżały dosłownie non stop. Nigdy zbyt długo nie czekaliśmy i wszystko przebiegało bardzo sprawnie.

Jeśli chodzi o poruszanie się po miastach to są oczywiście taksówki, ale wychodzą dość drogo i stoją w korkach. Dużo lepiej poruszać się jeepami, w których opłaty wynoszą zazwyczaj P7, a odjazdy są dosłownie co chwilę. Są one znakomitą alternatywą dla autobusów miejskich, których nie widzieliśmy prawie wcale.

Wbrew ogromnym obawom, na Filipinach wypróbowaliśmy też nieznanego nam wcześniej pojazdu o nazwie tricycle, na który składa się motor i doczepiona do jego boku przyczepka. Nie jest to najbezpieczniejszy wehikuł, w dodatku głośny, ale czasami po prostu nie ma lepszej opcji. Wadą obu tych środków transportu są spaliny dostające się do środka. Jeepy często nie mają szyb, a wsiada się do nich przez cały czas otwarte, tylne drzwi. Natomiast tricycle może nie mieć drzwiczek, tylko na przykład zasłonkę. Spalin w filipińskich miastach jest niestety dużo. Nie wiem na czym ci ludzie jeżdżą, ale jeepy wypluwają z siebie czarne chmury, a jak idzie się chodnikiem, to można czasami zauważyć, że ulica jest spowita szarymi obłokami. Dosłownie! Można to zobaczyć gołym okiem!

Dla nas jest to jedna z podstawowych wad tego kraju, a zwłaszcza jego miast. Moim zdaniem na dłuższą metę jest to nie do wytrzymania.

Turystyka na Filipinach.

To co było dla nas kompletną nowością, to bardzo zorganizowana turystyka, do której my nie przywykliśmy. Zawsze sami organizujemy sobie wszelkie wycieczki i sami podróżujemy w dane miejsca. Natomiast przez pierwsze kilka dni na Filipinach, wszędzie byliśmy dosłownie prowadzeni za rączkę. Są takie miejsca w górskich rejonach kraju, gdzie trzeba wynajmować przewodników, gdyż bez nich niektóre destynacje pozostaną dla nas niedostępne. W niektórych przypadkach jest to bardzo uzasadnione, w innych zupełnie bez sensu. O szczegółach będzie więcej w kolejnych postach, teraz chciałabym tylko zaznaczyć, że o ile wciąż wolę sama organizować sobie czas, to posiadanie przewodnika też ma swoje zalety. Podstawową z nich jest to, że można się od takiej osoby naprawdę wiele dowiedzieć i to z pierwszej ręki. Druga zaleta to komfort jaki daje świadomość, że nie musimy nikogo pytać o drogę, błądzić, zastanawiać się jak wrócimy itp. Dla nas była to naprawdę miła odmiana, dzięki której mogliśmy się bardziej zrelaksować, a naprawdę tego potrzebowaliśmy.

Nie wiem czy to my mieliśmy tyle szczęścia, czy jest to normą, ale prawie wszyscy nasi przewodnicy byli rewelacyjni i bardzo się cieszymy, że trafiliśmy akurat na nich.

Angielski.

Na Filipinach dosłownie każdy mówi po angielsku. Nie zawsze jest to płynny angielski, a czasami wzbogacony przedziwnym akcentem, ale ciężko byłoby się nie dogadać. Daje to niesamowity komfort, zwłaszcza jeśli ktoś, tak jak my, przyjeżdża z Chin.

Dzięki takiej ułatwionej komunikacji, można się też naprawdę wiele dowiedzieć. W Chinach ciekawi nas wiele rzeczy, ale często pozostają one dla nas niewyjaśnione ze względu na barierę językową. Na Filipinach tego problemu nie ma. Po dwóch tygodniach pobytu, wróciliśmy z całkiem solidną wiedzą historyczną. Dowiedzieliśmy się wiele o czasach hiszpańskiej kolonizacji, o amerykańskich misjonarzach, o przeróżnych zwyczajach z górskich rejonów i wielu, wielu innych rzeczy. Byliśmy też zachwyceni, że zwiedzając zabytki, mogliśmy dowiedzieć się o nich czegoś konkretnego. W Chinach wciąż mamy z tym problem, bo nawet jeśli znajdzie się jakaś informacja po angielsku, to zazwyczaj jest pełna błędów i o małej wartości merytorycznej. Chińczycy lubią podać kilka dat, wymienić ówczesnych cesarzy i opisać jakąś legendę (najczęściej z udziałem smoka), ale niczego ciekawego tak naprawdę się nie dowiemy. O ironio, to nie w Chinach, a właśnie w muzeum na Filipinach, znaleźliśmy opis tworzenia chińskiej porcelany!

Odwiedzone miejsca.

Cale dwa tygodnie na Filipinach, spędziliśmy na jednej wyspie – Luzon. Tuż po przylocie udaliśmy się na dworzec i nocnym autobusem pojechaliśmy do Banaue. Jest to miejscowość w górach, słynąca z tarasów ryżowych. Spędziliśmy tam dwa dni, podczas których zwiedziliśmy Hapao Rice Terraces i gorące źródła oraz Batad Rice Terraces i wodospad Tappiyah. Są to piękne okolice, z pewnością godne polecenia. Chyba najbardziej zachwycił nas Batad i myślę, że mieliśmy sporo szczęścia, że przyjechaliśmy akurat o tej porze roku, a nie innej. W Chinach widzieliśmy zielone tarasy, a tutaj trafiliśmy na okres przed zasiewem, kiedy to wszystkie poletka były wypełnione wodą i pięknie odbijały światło. Widoki nie z tej ziemi!

Następnie udaliśmy się do Sagady, gdzie chcieliśmy zobaczyć wiszące trumny. Jak się wkrótce okazało, ten element programu został załatwiony szybko, a znacznie więcej czasu poświęciliśmy na inne atrakcje, które obejmowały spelunking z zaskoczenia i krótki trekking do wodospadu Bomod – Ok.

Następnym, zupełnie nieplanowanym punktem programu, była miejscowość Alaminos i przepiękny archipelag wysp o nazwie Hundred Islands. Wynajęliśmy tam łódkę i przez cały dzień pływaliśmy od jednej wyspy do drugiej. Widoki były cudne, ale niestety oboje skończyliśmy z poważnymi poparzeniami słonecznymi, które dawały nam się mocno we znaki przez trzy kolejne dni.

W tym czasie udaliśmy się do miasteczka Iba w prowincji Zambales, gdzie chcieliśmy zostać na kilka dni, a skończyło się na ok. godzinie. Ceny za noclegi przy plaży były porażające, a sama plaża gorzej niż przeciętna. Dlatego też, znów wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy jeszcze bardziej na południe, do Olongapo. Wzięliśmy pokój w pierwszym hotelu jaki znaleźliśmy tuż przy dworcu i przez dwa dni nie robiliśmy praktycznie nic. Nasze oparzenia były wręcz przerażające, a i okolica nie miała zbyt wiele do zaoferowania. Raz udaliśmy się na plażę, ale siedzieliśmy tylko na ławkach w cieniu. Do wody nam się nie spieszyło, a plaża zdecydowanie nie należała do najpiękniejszych jakie widzieliśmy.

Dużo więcej czasu spędziliśmy w naszym skromnym pokoju hotelowym, który na szczęście był wyposażony zarówno w klimatyzację jak i wiatrak, a także w telewizor z amerykańskimi kanałami! Co prawda jednej nocy doświadczyliśmy aż dwóch przerw w dostawie prądu, ale poza tym intensywnie korzystaliśmy z tych wspaniałych dóbr cywilizacji. Mieliśmy też swoją własną łazienkę. Był to czas spędzony mało aktywnie, ale nasz stan naprawdę nie pozwalał na nic innego, jak tylko leżenie w łóżku i w moim przypadku, trzymanie lewej nogi w wiadrze z zimną wodą.

Do Manili udaliśmy się jeden dzień wcześniej, niż początkowo planowaliśmy. Zambales zdecydowanie nie spełniło naszych oczekiwań i nie jest to miejsce, które bym polecała. Widzieliśmy tylko dwie plaże, ale obie były naprawdę kiepskie, a Filipiny słyną przecież z pięknych plaż.

Na eksplorację stolicy zostały nam trzy dni i myślę, że wykorzystaliśmy je dobrze. Już pierwszego wieczora poznaliśmy Filipińczyka z niemieckim obywatelstwem, który przyjechał do Manili na wybory Miss Universe w towarzystwie Miss Germany. Po krótkiej rozmowie zaproponował nam, abyśmy towarzyszyli mu następnego dnia, podczas wywiadu w rozgłośni radiowej, na co ochoczo przystaliśmy. W taki oto sposób poznaliśmy uroczą byłą Miss Manila i kilka innych osób.

Dwa pozostałe dni wykorzystaliśmy na zwiedzanie Manila Ocean Park oraz zabytkowej części miasta o nazwie Intramuros. Najbardziej spodobał nam się kościół San Agustin i połączone z nim muzeum, w którym znajdziemy mnóstwo wspaniałych eksponatów i dowiemy się wielu bardzo ciekawych informacji.

Podsumowanie.

Podsumowując, był to bardzo udany wypad i żałujemy, że tak szybko się skończył. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłym roku polecimy na Filipiny ponownie, aby kontynuować eksplorację kraju.

Informacje praktyczne: 100 PHP ≈ 8 PLN. Dwutygodniowy pobyt kosztował nas blisko 37000 PHP, czyli ok. 3000 PLN (nie wliczając jedynie biletów lotniczych).

4 Comments Posted

  1. Kolejny bardzo ciekawy wpis, w dodatku z kraju chyba dużo mniej znanego Polakom niż Chiny. Mam kilka pytań:1.wiecie cos więcej na temat wiszących trumn? Dlaczego taki rodzaj pochówku?2.co to były za traumatyczne przeżycia na lotnisku? 3.wiecie może z czego wynika fakt,że na Filipinach wszyscy mówią po angielsku, a w Chinach jest to tak duży problem?4.czy jedzenia rózni się znacznie od tego w Chinach?5. czy na ulicach i w miejscach turystycznych jest też taka ogromna liczba ludzi jak w Chinach?6.Czy Filipińczycy są tak samo głośni jak Chińczycy?

  2. Na ulicach jest bardzo dużo ludzi, ale dotyczy to miast. Są naprawdę zatłoczone. Co do zachowania Filipińczyków, to w porównaniu do Chińczyków są wręcz cisi. Z naszych obserwacji wynika, że raczej nie mają żadnych z tych dziwnych nawyków, które w Chinach denerwują nas tak bardzo. Na odpowiedzi na pozostałe pytania trzeba będzie trochę zaczekać. Będą pojawiać się w kolejnych postach 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*