Taman Tirtagangga, Bali

Zwiedzamy Bali … smutni i zrezygnowani.

Data wizyty: 13-20.11.2019.

Podczas pierwszego pobytu na Bali, mieliśmy do dyspozycji sześć pełnych dni. Z powodów wymienionych w poprzednim poście, nie wykorzystaliśmy ich jednak zbyt aktywnie.

Z jednej strony to dobrze, gdyż wreszcie mieliśmy trochę czasu na odpoczynek, który nam się należał i którego potrzebowaliśmy.

Z drugiej strony, ominęło nas dużo pięknych miejsc. Jeśli jednak sytuacja wszędzie przedstawia się tak, jak w tych kilku, które odwiedziliśmy, to zdecydowanie nie mamy czego żałować.

Tak, czy inaczej, oto co robiliśmy na Bali:

Kuta Beach.

Mieszkaliśmy zaledwie kilka minut od Kuta Beach i to właśnie tam chodziliśmy na plażing. Plaża jest szeroka, piaszczysta, dość czysta i generalnie znośna. O rajskich krajobrazach nie ma oczywiście mowy, ale pokąpać się w oceanie można i poleżeć na leżakach też (oczywiście po negocjacjach cenowych). Poza tym, można podziwiać piękne zachody słońca.

To co wkurza, to obnośni sprzedawcy, gdyż co chwilę ktoś próbuje nam sprzedać okulary, ciuchy, biżuterię, lody, przekąski, napoje, masaż, a także inne niezbędne na plaży przedmioty, takie jak obraz lub łuk ze strzałami.

Bardzo mi przykro, że ci ludzie muszą wykonywać taką pracę, ale po pierwsze, nie ma możliwości, żeby od każdego coś kupić, a po drugie, takie nagabywanie jest strasznie męczące. Nie można spokojnie poleżeć, ani porozmawiać, gdyż co chwilę, jak mantrę, powtarza się: „No, thank you”. Co gorsza, czasami taka odmowa nie wystarcza i trzeba się mocno naprodukować, żeby ktoś zrozumiał, że nie zrobię sobie tatuażu i nie kupię obrazka.

Sanur.

Raz spróbowaliśmy swoich sił z publicznym transportem i wybraliśmy się na wycieczkę autobusem.

Mieliśmy jechać do Ubud, ale tak długo czekaliśmy na autobus, że zrobiło się za późno i ostatecznie udaliśmy się w rejony o nazwie Sanur.

Na miejscu zastaliśmy mało ciekawą plażę, ale bardzo ciekawe zjawisko.

Otóż, wzdłuż brzegu płynie tak jakby rzeka, w której woda jest bardzo płytka. Brodząc mniej więcej po kolana, można pokonać kilkadziesiąt metrów (może nawet więcej, ale trudno mi było ocenić odległość) i dojść do miejsca, gdzie zaczyna się ocean. Tam rozbijają się fale i woda płynie już w normalnym kierunku.

Było to bardzo ciekawe i bardzo mi się spodobało.

Jednodniowa wycieczka, czyli odwiedzamy turystyczne miejsca.

Uznaliśmy, że skoro już jesteśmy na tym Bali, to fajnie byłoby zobaczyć chociaż kilka miejsc, którymi wszyscy się tak zachwycają.

Nie chcieliśmy brać zorganizowanej wycieczki, gdyż często mają one w programie przejażdżki na słoniach, egzotyczne wioski, płomienne tańce i inne niedorzeczności, których nie chcemy robić i oglądać ze względów światopoglądowych. Poza tym, ceny bywają niebotyczne.

Zamiast tego, postanowiliśmy wynająć samochód z kierowcą na cały dzień.

Wypisaliśmy na kartce miejsca, które chcemy zobaczyć i poszliśmy do pobliskiej agencji turystycznej. Razem z panami ułożyliśmy dokładniejszy plan i dogadaliśmy się co do ceny. Za cały dzień jeżdżenia (ostatecznie wyszło 13 godzin), zapłaciliśmy 700 000 Rp. Nie wiem, czy da się taniej, ale wydaje mi się, że jest to dość przystępna cena.

Za wszelkie wstępy, musieliśmy oczywiście zapłacić osobno.

Hidden Canyon Beji Guwang.

Pierwszym przystankiem był Hidden Canyon, który szczerze mówiąc, jest atrakcją dość wątpliwą.

O ile sam kanion i okalające go krajobrazy są oczywiście piękne, to to, co oferuje się turystom, jest moim zdaniem głupie i zupełnie niepotrzebne.

Otóż razem z biletem wstępu wykupuje się przewodnika, który ma nam pomóc przeprawić się przez wartki strumień rzeki, który pokonujemy idąc cały czas pod prąd.

Być może o innej porze roku byłaby to bułka z masłem, ale my trafiliśmy na dość mocno wzburzony strumień wody, który w niektórych momentach sięgał nam po szyję. Możliwe, że były miejsca, gdzie nas kryło, ale my generalnie mieliśmy się trzymać ścian skalnych i wąskich półek, które były trochę wyżej niż dno rzeki.

Co gorsza, ów strumień musieliśmy kilkukrotnie przebyć w poprzek, co raz, niewiele brakowało, a skończyłoby się tragicznie.

Otóż w tym miejscu powinnam również zaznaczyć, że o ile nie wątpię w umiejętności naszego przewodnika i jestem przekonana, że ma dużo siły w tych swoich patykach (rękach), to jednak nie sądzę, aby był dla nas odpowiednim wsparciem podczas tej przeprawy. Był od nas niższy o dobre kilkadziesiąt centymetrów i chudszy ze dwa razy. Nie żartuję! Wyglądał przy nas jak dziecko, a my aż tacy duzi przecież nie jesteśmy!

I ten oto pan miał nas po kolei przeciągnąć w poprzek rzeki, gdzie prąd był taki silny, że nie było szans utrzymać nóg przy dnie, a tuż za nami stały w wodzie ogromne skały, o które z łatwością mogliśmy się rozbić.

Ja poszłam na pierwszy rzut i oczywiście straciłam grunt pod nogami do tego stopnia, że nie było mowy, aby go odzyskać. Woda zaczęła mnie porywać, a przewodnik nie mógł mnie przeciągnąć na swoją stronę. Nie pamiętam szczegółów, bo wszystko działo się bardzo szybko i w dużym stresie, ale o ile się nie mylę, Kasper trzymał mnie za drugą rękę i to on przeciągnął mnie z powrotem do siebie.

Ja oczywiście szok, a tu przewodnik zachęca mnie, żebym spróbowała jeszcze raz. Ja na to, że nie ma mowy. On patrzy na mnie ze złością, a ja sobie myślę, że chyba go porąbało.

Ostatecznie zgodziłam się iść jeszcze raz, ale tylko dlatego, że akurat był w pobliżu jeszcze jeden przewodnik i złapali mnie we dwóch.

Masakra!

Na tym etapie całkowicie straciłam zaufanie do naszego chłopka i cała reszta przeprawy, pomimo tego, że na szczęście już łatwiejsza, minęła mi w stresie i na wyczekiwaniu końca.

I po co to wszystko? Zupełnie nie rozumiem celu tego przedsięwzięcia.

Tak jak napisałam powyżej, kanion jest naprawdę ładny, ale idąc boso po skalnej półce szerokiej na kilkanaście centymetrów, wbijając palce rąk gdzie tylko się da i cały czas widząc koło siebie brązową, rozpędzoną wodę rozbijającą się o ostre skały, jakoś nie bardzo miałam czas, a tym bardziej ochotę, podziwiać krajobrazy!

Być może moja opinia o tym miejscu byłaby inna, gdybyśmy trafili na płytszą i spokojniejszą wodę. No ale takiego szczęścia niestety nie mieliśmy.

Goa Lawah Temple.

Drugi przystanek mieliśmy w Goa Lawah Temple.

Jest to świątynia usytuowana przy skałach, w których znajduje się jaskinia pełna nietoperzy. Oczywiście do jaskini zbyt blisko nie podejdziemy, ale nawet z pewnej odległości łatwo dostrzeżemy te małe ssaki i z całą pewnością usłyszymy ich odgłosy.

Poza tym, świątynia jest bardzo ładna, typowo balijska, czyli z monumentalnymi, bogato zdobionymi bramami, małymi ołtarzykami, pełna bujnej roślinności i przyozdobiona kwiatami.

Trafiliśmy akurat na drobne celebracje (co chyba nie jest rzadkością), więc widzieliśmy też procesję wiernych niosących dary.

Ścieżka wiodąca do góry, zaprowadziła nas natomiast do kolejnych zabudowań świątynnych, tym razem zupełnie opuszczonych. To znaczy był tam jakiś chłop, ale spał, więc mieliśmy całe miejsce tylko dla siebie.

Świątynia była generalnie spoko i na pewno nie można jej odmówić uroku. Z drugiej jednak strony, pomimo tego, że była to nasza pierwsza balijska świątynia, to nie wywarła na nas aż tak dużego wrażenia.

Być może było to spowodowane niemiłą ekipą sprzedającą bilety i wymuszającą opłaty za sarongi, ale na pewno nie jest to miejsce, które określiłabym jako must see.

Ot to, świątynia. Na Bali nie brakuje ładniejszych.

Taman Tirtagangga.

Taman Tirtagangga to niestety kolejne balijskie rozczarowanie. O ile ogród jest naprawdę piękny i pełen elementów, na których warto na dłużej zawiesić oko, to nasze wrażenia po odwiedzeniu tego miejsca, są co najmniej słabe.

Po pierwsze jest tam bardzo turystycznie i te wszystkie dziewczyny stąpające po kamiennych krążkach w stawie i cykające foty, mogą doprowadzić do szału. Nie można nawet normalnie przejść, bo zaraz albo znajdziemy się w czyimś kadrze albo ktoś będzie musiał stanąć akurat na tym, a nie innym kamieniu.

Po drugie, stosuje się tam straszny proceder, którego ci wszyscy rozanieleni turyści zdają się nie zauważać. Mianowicie, przed wejściem do ogrodu, sprzedawany jest pokarm dla ryb pływających w stawie. Sądząc po wyglądzie karpi, nikt sprzedaży nie kontroluje, no bo przecież trzeba zarabiać pieniądze. Nieważne, że ryby są przekarmione do granic możliwości, a niektóre wyglądają tak, jakby w ogóle nie mogły się ruszać. Poza tym, woda jest pełna odchodów, więc nie wiem, czy w ogóle jej nie oczyszczają, czy robią to bardzo rzadko.

Przykro było na to patrzeć, zwłaszcza widząc kompletną obojętność innych.

Po wyjściu z ogrodu Kasper próbował o to pytać Indonezyjczyków, ale spotkał się jedynie z brakiem reakcji i pustką w oczach.

Tarasy ryżowe.

Zdecydowanie najprzyjemniejszym przystankiem podczas naszej wycieczki była spontaniczna wizyta na tarasach ryżowych.

Tarasy były nam obiecane, ale jak się okazało, nasz kierowca spodziewał się, że zatrzyma się na drodze, a my popatrzymy sobie z góry na poletka, cykniemy fotki i będziemy chcieli jechać dalej.

Szybko wyprowadziłam go z błędu i to, co początkowo zostało nam przedstawione jako niemożliwe, nagle stało się możliwe.

Otóż nie były to żadne ze słynnych balijskich tarasów ryżowych, a jedynie takie zwykłe pola, gdzie zwykli ludzie uprawiają ryż. Turyści nie zaprzątają im głowy, gdyż poletka nie są tak spektakularne, jak te inne tarasy i nikt tam nie przyjeżdża. Nie ma zatem żadnej wiodącej do nich bramy, budki z biletami, ani innej turystycznej infrastruktury.

Kierowca zatrzymał się na drodze i powiedział, że na te tarasy możemy sobie popatrzeć, bo tam się nie schodzi. Ja na to, że mnie nie interesuje takie „zwiedzanie”, nie po to tu jestem, żeby robić zdjęcia i tarasy były nam obiecane, bla bla bla …

Słysząc to, kierowca rozejrzał się na boki i po chwili okazało się, że jednak jakaś ścieżka tam jest i już po paru minutach byliśmy wśród pól.

Było pięknie! Od razu było widać, że tarasy nie są ani idealne, ani kosmetycznie wypielęgnowane, ale to wcale nie oznacza, że były brzydsze. Wręcz przeciwnie. Miały swój własny, nieco bardziej naturalny urok i można było całkowicie się w nich zatracić.

Ścieżki były gęsto porośnięte trawą, czasem trudne do przejścia, na badylach powiewały stare szmaty, a w naszą stronę kierowały się zaciekawione, aczkolwiek bardzo przyjazne spojrzenia.

W pewnym momencie podszedł do nas młody rolnik i odbyliśmy dłuższą konwersację. Jego angielski daleki był od ideału, ale i tak zadziwiająco dobry, jak na kogoś, kto ewidentnie nie czerpie z turystyki i większość czasu spędza przy uprawie ryżu. Dogadaliśmy się bez większych problemów, a nawet usłyszeliśmy najnowsze doniesienia z życia lokalnej społeczności. Było to co najmniej interesujące spotkanie i pokazało, że nie wszyscy na Bali są tacy sami. Byliśmy zachwyceni.

W rezultacie chodziliśmy po tych tarasach znacznie dłużej niż życzyłby sobie nasz kierowca, no ale tym akurat nie zamierzaliśmy zaprzątać sobie głowy.

Lempuyang Temple.

Lempuyang Temple to chyba najbardziej znana świątynia na Bali. Może nie z nazwy, ale myślę, że ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto nigdy nie widział zdjęcia charakterystycznej, balijskiej bramy, odbijającej się w idealnej tafli wody i jakichś rozmarzonych albo rozmodlonych instagramowiczów stojących pośrodku.

Otóż ta słynna brama znajduje się w Lempuyang Temple i właśnie dlatego walą tam tłumy spragnionych takiego samego zdjęcia turystów.

Od czasu do czasu znajdzie się ktoś taki jak my, kto najzwyczajniej w świecie, chciałby zobaczyć świątynię. Niestety, pomimo pozornej błahości tej zachcianki, nie jest to zadanie zbyt proste.

Zacznijmy od tego, że do świątyni nie można wejść przez rzeczoną bramę, chociaż po to ona tam jest. U jej podstawy stoi bowiem pewna pani i pilnuje, żeby nikt się nie prześlizgnął. No chyba, że Indonezyjczyk.

Pytamy, czemu nie możemy wejść po schodach i dowiadujemy się, że w bramie robione są zdjęcia, więc nie można przeszkadzać. W między czasie nawijają się jacyś turyści i dołączają do rozmowy. Jakaś dziewczyna mówi mi, że przecież gdybym weszła przez bramę, to znalazłabym się w czyimś kadrze, a ludzie bardzo długo czekają, aby zrobić sobie zdjęcie.

Ja się jednak zastanawiam, kiedy robienie zdjęć stało się priorytetem i jest ważniejsze niż dopełnienie rytuału? Dlaczego Balijczycy pozwalają, a co gorsza uczestniczą w tej profanacji? Dlaczego odwiedzenie tej świątyni zostało sprowadzone do możliwości zrobienia tych kilku idiotycznych i w dodatku kompletnie zafałszowanych fotek?

Zarówno nasz kierowca, jak i dziewczyna, która wypożyczała nam sarong, początkowo byli przekonani, że wybieramy się do świątyni właśnie po zdjęcie. Nie sądzę, aby przeszło im przez myśl, że może być inaczej. Razem z sarongiem dostaliśmy zresztą miejsce w kolejce do rzeczonego zdjęcia.

No nic. Zamiast wchodzić po stopniach prowadzących do bramy, poszliśmy drogą wiodącą z boku i chwilę później byliśmy na placyku pomiędzy bramą, a pięknymi, monumentalnymi schodami prowadzącymi do tej części świątyni, która przeznaczona jest dla wiernych.

Dopiero tam mieliśmy okazję zobaczyć pełen wymiar tego niesamowitego zjawiska, które jest jakże przykrym wyznacznikiem naszych czasów i współczesnego podróżowania.

Otóż pod dużym zadaszeniem kłębiły się dziesiątki, jeśli nie setki turystów czekających godzinami na swoje kilkadziesiąt sekund w słynnej bramie. Na niektórych twarzach było widać przejęcie i stres, że być może nie uda się maksymalnie wykorzystać tego czasu albo zdobyć idealnego zdjęcia. Niektóre pary ćwiczyły kolejność póz, które chciały uwiecznić.

A później wbiegali szybko na wyznaczone miejsce, ustawiali się jak do yogi, udawali zamyślenie lub odwracali tyłem. I już. Koniec. Po wszystkim.

Gdzie ta magia, którą próbuje się pokazać na zdjęciach? Gdzie ta chwila rozmarzenia lub kontemplacji? Gdzie spokój i możliwość bycia i czucia tego miejsca?

I jakie ci ludzie będą mieli wspomnienia z tej świątyni? Co będą opowiadali swoim znajomym? Co im z tego zostanie?

Spędzili kilka godzin na małym placyku, czekając w kolejce, a następnie kilkadziesiąt sekund w bramie, wykonując durne pozy i … tyle! To już wszystko!

Nie byli nawet w świątyni!

A ich pamiątka przedstawia taflę wody, której tam nie ma!

Na tym etapie już chyba wszyscy o tym wiedzą, ale dla pewności przypomnę, że przed tą bramą nie ma żadnego stawu! Jest posadzka.

Efekt lustrzanego odbicia w wodzie pozyskuje się poprzez umieszczenie pod obiektywem … lusterka!

Na środku placu siedzą panowie i tylko podaje się im telefon, a oni już się troszczą o to, by zdjęcie wyszło tak, jak powinno.

Usiedliśmy tam na chwilę i obserwowaliśmy tę szopkę nie mogąc wyjść z osłupienia. Mnie najbardziej zszokowało to, że ci ludzie przebyli taką długą drogę, a nawet nie poszli do świątyni!

Jak wspomniałam powyżej, część do modlitwy, czyli właściwa świątynia, jest odgrodzona i napisy sugerują, że turyści wstępu nie mają. W rzeczywistości wejść może jednak każdy, kto chce się pomodlić. Niekoniecznie musi to być wyznawca religii.

Kasper podszedł do kogoś z obsługi i taką właśnie uzyskał informację. Następnie, gdy wyraziliśmy chęć modlitwy, został nam przydzielony młody chłopak, który poprowadził nas do świątyni. Po drodze musieliśmy tylko kupić ofiarny zestaw kwiatów za jakieś grosze.

Młody chłopak nauczył nas całego rytuału i wyjaśnił gdzie i dlaczego nakłada się papkę z ryżu i opowiedział trochę o całym procesie.

Byliśmy tylko my i kilku innych wiernych i było super. Wreszcie poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy w świętym miejscu.

A na koniec, chłopak wyprowadził nas na wielkie schody prowadzące z powrotem na dolny placyk, na które, tak na marginesie, też nie mogą wchodzić turyści. Tam, podobnie jak i w świątyni, zaproponował, że zrobi nam zdjęcia i tak też uczynił.

Mamy zatem takie oto piękne zdjęcie sprzed wejścia do świątyni, które coś dla nas znaczy i wiąże się z pięknym wspomnieniem:

Podsumowanie.

Tak właśnie wyglądał nasz dzień zwiedzania Bali. Trzeba przyznać, że było pięknie i wyspa jest naprawdę niebywałej urody. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

Wrażenia wizualne to jednak nie wszystko i ogólna atmosfera, a także nastawienie mieszkańców do turystów, pozostawiają wiele do życzenia i ja wiem, że nie jest to miejsce, które będę ciepło wspominać, ani do którego będę tęsknić.

Wiem, że my, jako turyści jesteśmy w dużej mierze odpowiedzialni za taki stan rzeczy (a już zwłaszcza pewne poszczególne narodowości, które są najbardziej oderwane od rzeczywistości i mają najmniejsze pojęcie o świadomym, odpowiedzialnym podróżowaniu), ale Balijczycy naprawdę nie pozostają bez winy. Ich roszczeniowość jest wręcz niebywała!

Za przykład niech posłuży rozmowa, którą przeprowadziliśmy z naszym kierowcą. Otóż w którymś momencie napomknął, że niedługo wcześniej doszło na wyspie do wypadku podczas sesji ślubnej jakichś Chińczyków. Ktoś spadł bodajże z klifu albo innych skał i oczywiście zginął. Nasz kierowca był oburzony, że para młoda miała swojego fotografa, a nie korzystała z lokalnej firmy. Jego zdaniem coś takiego absolutnie nie powinno mieć miejsca i na czymś takim jak zdjęcia ślubne, powinni zarabiać tylko lokalesi. Gdy o tym mówił, widać było, jak go to denerwuje i nie może pogodzić się z tym, że ktoś spoza Bali miał czelność zarobić na jego wyspie.

Przy głównej bramie jednej ze świątyń (to było akurat w Ubud, podczas naszego drugiego pobytu na Bali), widzieliśmy natomiast tabliczkę informującą, że każdy kto chce zrobić ślubne zdjęcia, musi zapłacić 1.5 miliona Rp., aby wesprzeć świątynię. Rozumiem, że nic w tej opłacie się nie zawiera, a jedynie pozwolenie na to, by stanąć przed bramą i uśmiechnąć się do kamery.

Kolejna sprawa to taksówkarze. Mianowicie, w niektórych miejscach na wyspie zobaczymy znaki, na których jest napisane, że należy wspierać lokalny transport i korzystać tylko z prywatnych kierowców, a nie z aplikacji takich jak Uber, czy Grab. Chodzi oczywiście o to, żeby wyciągnąć od turystów jak najwięcej pieniędzy, gdyż bez licznika i oficjalnych stawek, kierowcy są w stanie rzucić taką cenę za przejazd, jaka im się podoba.

Dla mnie nie ma to kompletnie sensu, jako że kierowcy Ubera i Graba to też przecież lokalesi. Czemu nie można dać im zarobić? Tylko dlatego, że na aplikacji pokazałaby się uczciwa cena?

Jak dla mnie Bali to wyspa stracona i niewiele na niej autentyzmu. Natomiast te resztki, które jeszcze pozostały, są zazwyczaj niedostępne dla turystów.

Zewnętrzna powłoczka to te wszystkie magiczne hoteliki z basenami, masaże przy zachodzie słońca i wymyślne koktajle. Wszystko to, co przyciąga osoby szukające raju, pomimo tego, że został stworzony specjalnie dla nich i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością mieszkańców.

Większość turystów nie przyjeżdża bowiem po to, by dowiedzieć się czegoś o obcym kraju, albo o tym, jak wygląda w nim życie, czy też zaznajomić się z jego kulturą. Chcą się bawić, pić, zachowywać dokładnie tak samo jak u siebie i zbierać polubienia pod zdjęciami na Facebooku i Instagramie.

Nam taki „raj” nie odpowiada i dlatego przeżywaliśmy na Bali ciężkie chwile. Jest to jednak ważna lekcja na przyszłość, ażeby rozsądniej dobierać sobie podróżnicze cele.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*