Zdobywamy Chiński Mur.

Kto nigdy nie marzył o tym, aby przejść się po Chińskim Murze? Ja marzyłam i to kolejne marzenie, które się spełniło. Cała nasza przygoda, z tą pewnie najbardziej rozpoznawalną chińską atrakcją turystyczną, wyglądała ZUPEŁNIE inaczej niż zaplanowałam, ale tak to już w życiu bywa, że czasami lepiej zdać się na to, co przynosi los.

Gdy zaczęłam planować naszą pierwszą podróż po Chinach, okazało się, że będąc w stolicy, mamy okazję wybrać odcinek muru, który chcemy zobaczyć.

Jest kilka miejsc, w które można pojechać i wszystkie znajdują się co najmniej kilkadziesiąt kilometrów od Beijing’u. Jedne są bardziej popularne i regularnie zalewane przez fale turystów, inne pozostają na uboczu. Nam oczywiście zależało na tym, aby uniknąć tłumów turystów i móc rzeczywiście nacieszyć się murem. Dlatego padło na odcinek Jinshanling. Nie dość, że jest bardzo daleko stolicy, więc mało komu chce się tam jechać, to w dodatku, podobno, zachował wiele ze swojego oryginalnego wyglądu. Kolejnym atutem jest to, że łączy się z odcinkiem Simatai, więc można urządzić sobie treking pomiędzy tymi dwoma częściami.

Jedynym problemem jest to, że nie tak łatwo tam dojechać, a przynajmniej mi, po długich wyszukiwaniach, nie udało się znaleźć drogi, która naprawdę by nas satysfakcjonowała.

Poddawać się jednak nie chcieliśmy, więc o poranku udaliśmy się na dworzec. Od razu zagadaliśmy do jakiegoś dziadka pokazując mu nazwę Jinshanling, ale po chwili pojawiła się rezolutna kobieta, mówiąca po angielsku i w dodatku wyglądająca na pracownicę dworca, która zaoferowała nam pomoc. Bez chwili zastanowienia zaczęła ciągnąć nas na autobus. Zanim zdążyliśmy się zorientować, staliśmy przed wejściem do pojazdu i płaciliśmy za bilety (17 RMB za osobę). Wszystko potoczyło się tak szybko, że tak naprawdę dopiero siedząc już w środku, zorientowałam się, że jesteśmy w tym autobusie, który jest najgorszą opcją dojazdu do Jinshanling. O ile dobrze pamiętam, numer tego autobusu to 490 i zatrzymuje się on w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Jinshanling, a dalej trzeba jechać taksówką. Spodziewałam się ceny ok. 100 yuanów, ale taksówkarze, którzy oblegli nas zaraz po wyjściu z autobusu, rzucali ceny kilka razy wyższe, więc od razu wiedziałam, że na 100 na pewno nie uda nam się zejść. Za niższą cenę mogli nas dowieźć tylko do Mutianyu, czyli na jeszcze inny odcinek muru.

Trochę nas zdenerwowali, więc zaczęliśmy odchodzić w nadziei, że może znajdziemy jakiś inny środek transportu i nie wierząc, że nie ma innej możliwości dojazdu do Jinshanling, ale miasteczko, w którym byliśmy wyglądało na małe, a na samą myśl o tym, że mamy spróbować dogadać się z jakimś lokalesem, wszystkiego nam się odechciewało.

Na szczęście jeden z taksówkarzy pojechał za nami i zaczął nas nakłaniać na Mutianyu, na co ostatecznie się zgodziliśmy, za cenę 100 yuanów. Szybko okazało się, że nawet na ten odcinek muru jest naprawdę daleko z miejsca, w którym byliśmy (jechaliśmy jakieś 30-40 minut), więc szybko przestaliśmy żałować pieniędzy. W dodatku taksówkarz okazał się bardzo miły. Nie tylko zawiózł nas na miejsce, ale wjechał też na podziemny parking, żeby odprowadzić nas do okienka, w którym mogliśmy kupić bilety na kolejkę linową. My co prawda z kolejki nie zamierzaliśmy korzystać, na Chiński Mur planowaliśmy wyjść o własnych nogach, ale i tak bardzo miło z jego strony.

Oczywiście nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że na tym etapie wciąż jeszcze było nam do muru dość daleko. Wkrótce okazało się, że kupując bilet na mur (45 RMB), musimy też zapłacić za autobus, który nas do muru dowiezie (15 RMB). Taaak, w Chinach nie ma łatwo. Wszędzie jest daleko. Jak tylko pomyślisz, że jesteś na miejscu, od razu okazuje się, że wcale NIE!

Aby dojść do autobusu, musieliśmy minąć wielkie centrum turystyczne z restauracjami, stoiskami z pamiątkami i kramami z żywnością, gdzie za naleśnika chcieli 25 yuanów (stargowaliśmy na 8 yuanów)!

Turystów w Mutianyu jest sporo, ale trzeba przyznać, że wszystko jest dobrze zorganizowane. Ogromna kolejka do autobusu może nas w pierwszej chwili przerazić, ale szybko okazuje się, że pojazdów jest dużo, odjeżdżają non stop i wszystko idzie bardzo sprawnie. Dłużej niż 10 minut raczej czekać nie będziemy.

Autobusem przejechaliśmy dystans kilku kilometrów, po czym wreszcie mogliśmy się zacząć wspinać na Chiński Mur. Oczywiście jak zobaczyłam jak wysoko mamy wejść, to od razu pomyślałam, że chyba nigdy nie zobaczymy tego muru, a później przez chwilę byłam gotowa zapłacić za tą kolejkę linową, ale ostatecznie stanęło jednak na tym, że idziemy schodami.

Nie było leśnej ścieżki, tylko strome schody i nie było widać końca, bo wszędzie drzewa. Pierwsze wrażenie było takie, że będzie to długa wędrówka, ale na szczęście tym razem, ku naszemu sporemu zaskoczeniu, okazało się inaczej. U celu byliśmy już jakieś pół godziny później i wreszcie, po tak wielu trudach podróży, stanęliśmy na Chińskim Murze!

Chiński Mur to nie przelewki! Wije się szczytami wzgórz i w wielu miejscach są naprawdę bardzo strome podejścia. Jak widać na jednym z poniższych zdjęć, zdarza się, że po schodach trzeba się wspinać (lub schodzić) niemal pod kątem prostym.

Gdy po wielu trudach, udało nam się wreszcie wdrapać na mur, znaleźliśmy się przy wieży nr. 10. Stamtąd poszliśmy w prawo i doszliśmy do samego końca odcinka Mutianyu. Dalej była część niedostępna dla zwiedzających, gdzie mur jest w dużo gorszym stanie, a czasami nie ma go prawie wcale. Są tabliczki zabraniające dalszej wędrówki, ale niektóre osoby decydują się iść troszkę dalej. My byliśmy jednymi z tych niektórych, bo jak się okazuje, zamknięta część muru ma do zaoferowania znacznie więcej, niż ta przeznaczona do zwiedzania. Po pierwsze, jest bardziej autentyczna, bo nikt nigdy, albo przynajmniej od bardzo dawna, jej nie odnawiał. Po drugie, dociera tam mała liczba zwiedzających i to głównie, jak zauważyliśmy, zagranicznego pochodzenia. Kumulują się tam, pewnie tak jak my, w poszukiwaniu chwili wytchnienia. Są więc drzewa i zarośla, cisza, spokój oraz bardzo ładne, aczkolwiek niezbyt wyraźne widoki (jeszcze nam się nie zdarzyło podziwiać w tym kraju panoramy przez czyste, przejrzyste powietrze).

Spodobało nam się tam tak bardzo, że zostaliśmy znacznie dłużej niż powinniśmy i przez to nie mieliśmy później czasu na zobaczenie drugiej części odcinka Mutianyu. To jednak nic straconego. Ważne, że nam się podobało i wreszcie mieliśmy trochę odpoczynku od miasta.

Co do oficjalnej części Mutianyu, to jest tam sporo turystów, ale na szczęście jeszcze nie na tyle, żeby zwiedzanie stało się zupełnie męczące. Na całym odcinku do zobaczenia są 23 wieże. W niektórych z nich można wyjść na wyższy poziom i popatrzeć na wszystko z góry. Mur robi wrażenie, zwłaszcza jak pomyślimy jak jest długi i jak ogromnym był przedsięwzięciem, ale szczerze mówiąc, trochę niknie na tle otaczającej go przyrody. To tylko po raz kolejny pokazuje, jak mało może zdziałać człowiek w zderzeniu z potęgą natury. Ten zamknięty dla zwiedzających odcinek, który widzieliśmy i który nie jest pielęgnowany, wygląda tak, jakby przyroda stopniowo go pochłaniała, odbierała to, co jej się należy. Pewnie minie jeszcze trochę czasu, ale kiedyś nie pozostanie po nim ani śladu … może tylko sterta kamieni pomiędzy drzewami.

dsc_0697-copy dsc_0732-copy dsc_0773-copy dsc_0811-copy dsc_0816-copy

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*