Yinghe Jie – kwintesencja chińskiej ulicy.

Gdy pierwszy raz przyjechaliśmy na nasze osiedle w Hangzhou, przeraziła nas szarość oraz ewidentna wiekowość tutejszych zabudowań. Wszelkie obawy w związku ze standardem naszego mieszkania, jakie wtedy się pojawiły, wkrótce okazały się słuszne i z ogromnym niepokojem myśleliśmy o tych pięciu miesiącach, które mieliśmy tutaj spędzić. Wszędzie wokół powstają nowe bloki mieszkalne, prace na budowach wrą, okolica jest nowoczesna, a nam trafiła się akurat najbiedniejsza i najbrzydsza enklawa. Drugiej takiej w pobliżu próżno szukać.

Nie minęło jednak dużo czasu, zanim zaczęliśmy odkrywać uroki naszego położenia. Mianowicie, szybko okazało się, że przyszło nam mieszkać przy jednej z najbardziej autentycznych ulic, jakie do tej pory widzieliśmy w Chinach.

dsc_1074-copy

Codziennie rano, gdy machamy strażnikowi i przekraczamy bramę naszego osiedla, pierwsze co widzimy, to kobiety z wózkami pełnymi warzyw, od samego rana obsługujące klientów.

Następnie mijamy dwa maleńkie zakłady fryzjerskie, przed którymi, w dwóch rzędach, siedzą starsi panowie. Bacznie się nam przyglądają, zawsze z takim samym zainteresowaniem, jakby widzieli nas po raz pierwszy.

Trochę dalej zatrzymujemy się, żeby kupić placki i ciepłe, słodkie mleko sojowe w plastikowych woreczkach, które wyławiamy z misy z gorącą wodą i ryżowymi zawiniątkami. Mleko cudownie rozgrzewa (a teraz jest zima) i daje energię, gdy idziemy do szkoły i mamy świadomość, że czeka nas cały dzień obcowania z setkami małych, rozwrzeszczanych dzieci. Natomiast placki, to nasz ulubiony przysmak, który jemy regularnie od miesięcy, kilka razy w tygodniu i w ogóle nam się nie znudził. Wypiekane są w okrągłym piecu, nagrzewanym węgielkami. Jest to bardzo proste jedzenie, ale właśnie w tej prostocie kryje się jego wyjątkowość. Dodatkowym atutem tego miejsca są natomiast ludzie, którzy tam pracują. Zawsze uśmiechnięci, bardzo mili i niestrudzenie próbujący do nas zagadać, chociaż jedyne co od nas słyszą to: nihao (hello), xiexie (thank you) i ting bu dong (I don’t understand).

dsc_0309-copy

Do niedawna na naszej ulicy był też stary bazar, który z początku trochę przerażał, ale z czasem się do niego przyzwyczailiśmy i stopniowo zaczęliśmy kupować tam coraz więcej rzeczy.

Bazar sprawiał wrażenie bardzo prowizorycznej konstrukcji, zawsze było tam ciemno i zimno, a ryby ze zbiorników co chwilę lądowały na posadzce. Kiedyś naliczyłam chyba z pięć takich upadków podczas kilku minut, jakie tam spędziłam, a każdy z nich wywoływał we mnie takie samo przerażenie i smutek.

Któregoś dnia, gdy wybraliśmy się na zakupy, wzięłam aparat, bo postanowiłam, że najwyższy czas zrobić tam jakieś zdjęcia, gdyż to pierwsze miejsce tego typu, jakie odwiedziliśmy w Chinach.

Wychodzimy więc na naszą ulicę, kierujemy kroki w stronę bazaru, patrzymy, a tu ……… nie ma bazaru! Przez chwilę byliśmy w szoku i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Zaczęliśmy się nawet rozglądać wkoło, myśląc, że może coś nam się pomyliło i bazar jest w innym miejscu, ale nie, on ewidentnie zniknął z powierzchni ziemi.

Przez chwilę staliśmy tak, ogłupieni i zdezorientowani, aż w końcu ktoś na ulicy zorientował się czego szukamy i wskazał nam drogę.

Okazało się, że za bazarem powstawał nowy budynek i zapewne gdy tylko go ukończono, wyburzono stary.

Mamy więc teraz piękny, nowy, duży i jasny bazar i pracują na nim te same osoby, co na starym, więc nie straciliśmy naszych stałych dostawców.

Oczywiście cieszymy się, że ci wszyscy ludzie mają teraz dużo lepsze miejsce pracy, ale szczerze mówiąc, trochę tęsknimy za starym bazarem.

Przy okazji, chciałabym dodać, że bazar w Chinach to idealne miejsce na codzienne zakupy. My raz w tygodniu jeździmy do Wal Marta, żeby kupić sobie bekon, chleb tostowy i kilka innych rzeczy, ale większość produktów żywieniowych zdobywamy na bazarze. Zaczynaliśmy powoli, najpierw były warzywa, następnie jajka, owoce, ryż, ale później rozkręciliśmy się na dobre i zaczęliśmy kupować baijiu, czyli chiński alkohol, a ostatnio nawet mięso, chociaż leży bezpośrednio na ladzie i o lodówce raczej nigdy nie słyszało. Jedzenie na bazarze wygląda znacznie lepiej niż to w supermarketach, a w dodatku, jest też sporo tańsze.

untitled-1dsc_0282-copy

Wracając jednak do naszej wspaniałej ulicy, to czasami mam wrażenie, że jest ona samowystarczalna. Nie jest nawet zbyt długa, można ją przejść w kilka minut, ale mamy tu dosłownie wszystko, czego potrzebujemy.

Jest kilka aptek, poczta, supermarket i kilka mniejszych sklepów, a także sklep ze sprzętami kuchennymi, gdzie kupiliśmy nasz czajnik. Jest kilka zakładów fryzjerskich, małe SPA, restauracja muzułmańska i kilka innych przybytków gastronomicznych. Jest też pan, który grilluje kaczki, a następnie kroi je na kawałki, nie zważając na kości. Jest budka z papierosami, China Mobile, a tuż za rogiem, sieciówka z dumplingami i herbaciarnia. Co więcej, są dwie małe kanciapy, gdzie od rana do wieczora, uprawia się hazard w formie gry w Mahjong. Są to bardzo klimatyczne miejsca, niemal zawsze zapełnione po brzegi, z chmurami dymu papierosowego unoszącymi się w powietrzu.

Niestety do tej pory byliśmy tylko w jednej z nich i tylko raz. Na nasze nieszczęście, do mahjonga trzeba czworga, a nas jest tylko dwoje. Gdy na początku października mieliśmy tydzień wolnego i w odwiedziny przyjechał Simon i jego ówczesna dziewczyna, Venus, spędziliśmy tam bardzo miły wieczór, ale później już nigdy nie udało nam się powtórzyć tego doświadczenia. Szkoda.

Mahjong to bardzo fajna rozrywka, w dodatku tania. Zapłaciliśmy 10 RMB za osobę, siedzieć mogliśmy do oporu, a w dodatku cały czas dolewano nam herbaty i zostaliśmy poczęstowani owocami. Próbowano nas też nauczyć właściwych zasad i ogólnie wzbudziliśmy ogromne zainteresowanie zebranych.

dsc_0610-2-copy

Podsumowując, nasza ulica nie ma sobie równych i myślę, że szanse na to, żebyśmy w Suzhou, do którego wkrótce się przeprowadzamy, mieli podobną, są bardzo nikłe. Będziemy tęsknić za wygodą, jaką tutaj mamy i za tymi wszystkimi ludźmi, którzy codziennie się z nami witają i bardzo szczerze do nas uśmiechają.

6 Comments Posted

  1. „…chociaż jedyne co od nas słyszą to: nihao (hello), xiexie (thank you) i ting bu dong (I don’t understand)….”
    Jechać do Chin i umieć tylko TRZY proste zwroty – a wystarczyło kupić przed wyjazdem rozmówki i nauczyć się choć trochę

  2. To, że cudzoziemiec będzie się starać nauczyć nieco więcej zwrotów po chińsku niczego nie rozwiąże. Albo niewiele. No bo wyobraźmy sobie, że czegoś się tam nauczył i potrafi wydać z siebie rozsądne zdanie, zachowując właściwą tonację słów (zmiana tonacji zwykle diametralnie zmienia znaczenie). A nawet udało mu się to zdanie wypowiedzieć we właściwym momencie! Teraz jednak następuje istny horror: zagadany Chińczyk odpowiada. Konia z rzędem temu, kto ucząc się z rozmówek zrozumie taką odpowiedź. Chińczyk tak prędko się nie zraża: powtarza swoją wypowiedź, starannie modulując głos. Wreszcie, wciąż nie zrezygnowany, widząc głupią minę obcego, bierze kartkę i długopis. Po co? Bo to, co powiedział, napisze teraz chińskimi znakami, podejrzewając, że cudzoziemiec uczył się chińskiego w jakiejś odległej prowincji i pewnie dlatego nie łapie jego, Chińczyka, wymowy. No ale, skoro się cudzoziemiec uczył, to na niepiśmiennego nie wygląda. I tak to zwykle z kilkudniowym (kilkutygodniowym) przygotowaniem do nauki chińskiego bywa. mało który cudzoziemiec nauczy się poprawnego chińskiego, chociaż jest to, na pewno, możliwe.
    Pozdrawiam

    • jest dokladnie tak jak piszesz. kilka zwrotow nie zalatwia sprawy. moge zadac pytanie, ale odpowiedzi nie zrozumiem. Chinczycy nigdy nie probuja powiedziec czegos powoli albo wyraznie. niestety czesto nie odpowiadaja tez jednym slowem, czy zdaniem, a od razu cala epopeja. co wiecej, nawet jak probuje cos powiedziec po chinsku, to oni z gory zakladaja, ze ja dalej mowie do nich po angielsku i nawet nie probuja mnie zrozumiec, tylko od razu zaslaniaja sie rekami i przestaja sluchac.
      mowiac krotko, jest ciezko i nasza komunikacja z Chinczykami bardzo czesto ogranicza sie do gestykulacji i pisma obrazkowego 🙂

  3. Gosiu i Kasprze, bardzo nam się podobają i wręcz wzruszają wpisy o Waszej ( byłej już niestety)ulicy.
    Wygląda na to,że jesteście już na tym etapie Waszej podróży, gdy różnice i to co razi, denerwuje, a nawet i przeszkadza w innym miejscu naszego świata, zaczyna się usuwać na plan drugi.Ważne stają się chwile codzienne, ale mające swój niepowtarzalny urok i wywołujące emocje, które przemieniają się z czasem w nostalgiczne wspomnienia. Osobiście czekaliśmy aż ten przełom w Was nastąpi i życzymy , aby trwał, a nawet się wzmacniał.

    • dziekujemy, tez mamy taka nadzieje.
      teraz jestesmy juz w Suzhou i bardzo cieszymy sie z powrotu. fajnie jest zobaczyc znowu te wszystkie miejsca.

Odpowiedz na „~kokkinoAnuluj pisanie odpowiedzi

Your email address will not be published.


*