Hong Kong

Wizowe zawirowania, klimatyczna świątynia oraz panorama, której się nie zapomina.

7 września wprowadziliśmy się do nowego mieszkania i spędziliśmy cały dzień na doprowadzaniu go do stanu używalności, a już następnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zaczął się nasz kurs TEFL. Piszę niespodziewanie, bo co prawda dwa, może trzy dni wcześniej, zostaliśmy poinformowani, że będziemy mieć jakiś trening, ale szczegółów nikt nam nie zdradził. Myśleliśmy więc, że obejrzymy jakąś lekcję albo pójdziemy na wykład i będzie po wszystkim, a tu okazało się, że czeka nas 7-dniowy, bardzo intensywny kurs, w dodatku okraszony trzema quizami, egzaminem końcowym oraz demonstracją lekcji i warm up activity!!! Było to dla nas niemałe zaskoczenie, zwłaszcza, że jeszcze będąc w Polsce, zaliczyliśmy wszystkie quizy i egzamin online. Po co to robiliśmy, skoro teraz wszystko trzeba było powtórzyć, pozostanie dla nas tajemnicą.

W każdym razie, przez siedem dni pod rząd (łącznie z sobotą i niedzielą) musieliśmy jeździć do centrum Hangzhou, co zajmowało nam prawie dwie godziny w jedną stronę. Wykłady kończyły się po południu, w domu byliśmy wieczorem, a jeszcze trzeba było trochę poczytać albo przygotować prezentację. Masakra!!!

Poznaliśmy jednak sporo fajnych osób i na szczęście bez problemu zaliczyliśmy wszystkie elementy naszego kursu, z łącznym wynikiem 86 % (oboje!).

Był on nam niezbędny, aby otrzymać Foreign Expert Certificate i wreszcie móc ubiegać się o wizę pracowniczą, po którą musieliśmy pojechać do Hong Kongu.

Wiadomość, że po raz drugi udamy się w to miejsce i to w dodatku na koszt firmy, przyjęliśmy oczywiście z radością. Co więcej, tym razem firma kupiła nam bilety zawczasu i to w dodatku na wagon sypialny, więc mogliśmy doświadczyć, jak to jest podróżować hard sleeper.

Mówiąc krótko, wrażenia mamy pozytywne. Przeraziło mnie tylko to, że prycze znajdują się na trzech poziomach, a mi trafiła się ta na samej górze i bałam się, że nie uda mi się na nią wdrapać. Obyło się jednak bez większych problemów, a prycze mają barierki, więc spaść, też za bardzo się z nich nie da.

Podłoga z czasem się ubrudziła, ale z pewnością nie było tak źle, jak podczas naszych podróży hard seat. Chińczycy nie byli też zbyt głośni. Wielu spało podczas dnia, a w nocy wszyscy. 16 – godzinna podróż minęła nam bardzo szybko. Hard sleeper jest zdecydowanie wygodną i godną polecenia opcją podróżowania po Chinach.

dsc_0463-copy

Wizy.

Po przekroczeniu granicy, które odbyło się szybko i bezproblemowo, od razu udaliśmy się metrem na wyspę Hong Kong, na stację Wan Chai, która jest w pobliżu China Resources Building, gdzie znajduje się China Visa Office. Aby tam dotrzeć z przejścia granicznego w Shenzhen, trzeba zaliczyć aż cztery różne linie metra, co wiąże się z trzema przesiadkami.

Ku naszemu sporemu zaskoczeniu, na miejscu spotkaliśmy Maxa i Marynę, naszych znajomych Ukraińców. Max miał tego dnia odebrać wizę pracowniczą, a Maryna ponownie złożyć wniosek. Dzień wcześniej, pomimo tego, że podeszli do okienka razem, mieli takie same dokumenty i taką samą historię pobytu w Chinach, Marynie odmówiono wizy. Z tego co mówiła, mieli jakiś problem z jej dyplomem i z tym, że nie był przetłumaczony na angielski. Czemu w ogóle ją pytali o dyplom, skoro nie jest to wymagany dokument przy składaniu wniosku wizowego i czemu nie zapytano o to samo Maxa, pozostaje zagadką.

Kasper i ja też podeszliśmy do okienka razem. Kobieta przejrzała nasze dokumenty i o ile dobrze pamiętam, obyło się bez pytań. Trwało to dosłownie moment, po czym zapytała kiedy chcemy odebrać wizę i poinformowała, że opłatę uiścimy przy odbiorze (870 HKD za wizę w trybie ekspresowym, czyli z odbiorem następnego dnia). Wszystko poszło naprawdę szybko i gładko.

Niestety Maryna znów nie miała szczęścia i ponownie odmówiono jej wizy, a co więcej, była to ostateczna decyzja. Powiedziano jej, że ma wrócić na Ukrainę i tam ubiegać się o wizę, bo w Hong Kongu już jej nie dostanie. Dwójce innych Ukraińców, których tam poznaliśmy i którzy ubiegali się o wizy studenckie, też odmówiono.

Od tego czasu minęły już ponad dwa miesiące, więc mogę dodać, że później Maryna starała się o wizę przez prywatną agencję, ale to też nie wypaliło. Do Chin przedostawała się na wizach kupowanych na granicy, które starczały jej na 5 dni. Ostatecznie udało jej się dostać jakąś wizę i to podobno na rok, ale nie znam szczegółów. Wiem tylko, że na pewno nie jest to wiza pracownicza.

Czemu my dostaliśmy wizy bez żadnego problemu i zbędnych pytań, a Ukraińcy nie? Po pierwsze, my mieliśmy wcześniej tylko jedną chińską wizę w paszporcie, a Ukraińcy od samego początku borykali się z różnymi problemami i mieli pozaklejane całe paszporty. Niestety wyglądało to tak, jakby desperacko chcieli zostać w Chinach. Po drugie, w obliczu bardzo niepewnej sytuacji politycznej na Ukrainie, podobno zawieszono wydawanie wiz pracowniczych do Chin, a przynajmniej tak słyszeliśmy. A jeśli nawet nie zawieszono ich całkowicie (co by tłumaczyło dlaczego Max dostał wizę), to na pewno zaostrzono cały proces.

V Wanchai2 Hotel – zdecydowanie nie najlepszy hotel w Hong Kongu.

Normalnie firma zwraca koszty noclegu w Hong Kongu do kwoty 400 HKD za noc, ale jako że my braliśmy tylko jeden pokój, mogliśmy wydać 600 HKD. Jak się okazuje, jest to naprawdę sporo pieniędzy i w związku z tym, mogliśmy troszkę zaszaleć przy wyborze zakwaterowania. Było to dla nas miłą odmianą, gdyż zazwyczaj to niska cena jest jednym z najważniejszych faktorów przy wyborze hotelu.

W każdym razie, rozważaliśmy kilka opcji, a ostatecznie zdecydowaliśmy się na V Wanchai2 Hotel, który na zdjęciach prezentował się bardzo dobrze.

Jedno trzeba mu przyznać z pewnością, a mianowicie – lokalizacja jest znakomita. Mieliśmy stamtąd bardzo blisko do biura wizowego, a także na stację metra. Co więcej, w pobliżu znajduje się znakomita restauracja Rose Kitchen, w której za dwie duże michy grillowanego mięsa zapłaciliśmy 76 HGD. Jak na Hong Kong, jest to cena naprawdę niska, a jedzenie było znakomite. Panuje tam też niepowtarzalny klimat, trochę jak z filmu. Poza tym, zdaje się, że jest to dość popularne miejsce, bo sala była pełna.

Wracając jednak do hotelu, to niestety trochę nas rozczarował. Po pierwsze, nie mogliśmy się zameldować nawet na chwilę przed czasem. Niby nic takiego, ale w Chinach nie raz zdarzało nam się dostawać pokój na długo przed rozpoczęciem doby hotelowej. W tym wypadku bardzo by nam to pomogło, bo byliśmy wykończeni po podróży. Niestety okazało się, że nawet o 14-tej, nasz pokój wciąż nie był gotowy i zaproponowano nam inny. Niby miał to być upgrade za tą samą cenę, ale jeśli jest to prawdą, to nie chcę sobie nawet wyobrażać jakiego rozmiaru był ten gorszy pokój.

Budynek, w którym znajduje się hotel, tak jak większość budynków w Hong Kongu, jest wieżowcem, ale często nie działa w nim winda! Podczas naszego krótkiego pobytu kilka razy musieliśmy wdrapywać się po schodach. Na szczęście mieliśmy niskie piętro, więc nie było tragedii, ale nie wyobrażam sobie wchodzić np. na 20-te piętro. Później czytałam opinie o tym hotelu na booking.com i okazało się, że niedziałająca winda to stały problem w tym przybytku.

Obsługa była miła, ale pomimo tego, że bardzo dobrze mówili po angielsku, miałam wrażenie, że albo nas nie rozumieją albo unikają odpowiedzi na pytania. Pomimo naszych starań, nie zdobyliśmy informacji na temat depozytu, który wydał nam się koszmarnie wysoki.

Co do pokoju, to był dość ładny, ale łazienka miniaturowa, a okno z widokiem na obskurny dach.

Mówiąc krótko, drugi raz byśmy się na ten hotel z pewnością nie zdecydowali.

Man Mo Temple.

Program zwiedzania Hong Kongu, ze względu na ograniczenia czasowe, był raczej ubogi, ale jeśli chodzi o wybór miejsc, to trafiliśmy w dziesiątkę.

Najpierw udaliśmy się metrem na stację Sheung Wan, a stamtąd, już na nogach, poszliśmy do Man Mo Temple. Świątynia znajduje się w budynku małym i niepozornym do tego stopnia, że nie zauważyliśmy go stojąc po drugiej stronie ulicy. Dopiero osoba zapytana o drogę, nam go wskazała.

W środku niestety trwał remont i wszędzie były rusztowania, ale absolutnie nie wpłynęło to na urok tego miejsca. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że jest to najbardziej klimatyczna świątynia, jaką kiedykolwiek widzieliśmy.

Pod sufitem zawieszone są dziesiątki kadzideł, co sprawia niesamowite wrażenie. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś podobnego. Wszystkie, a przynajmniej większość z nich, była zapalona, więc całe pomieszczenie było wypełnione dymem. Osobiście uwielbiam ten zapach, ale po jakimś czasie zaczęło mi brakować powietrza, a oczy zaczęły łzawić. Musiałam wyjść na chwilę na zewnątrz.

Wnętrze jest bardzo skromne, bez zbędnego przepychu. Wszystko zdaje się być bardzo autentyczne, sprzyjające modlitwie. Natomiast ludzie byli mili i uśmiechnięci.

dsc_0470-copy dsc_0484-copy dsc_0493-copy dsc_0518-copy dsc_0523-copy

The Peak.

Po wizycie w świątyni, udaliśmy się na spacer ulicami Hong Kongu, kierując się w stronę stacji tramwaju wyjeżdżającego na The Peak. Chcieliśmy zobaczyć panoramę.

Okazało się, że chętnych na tą samą atrakcję, jest naprawdę wielu i musieliśmy odstać swoje. Najpierw w kolejce po bilety, a później w kolejce do tramwaju. Niewątpliwie było jednak warto.

Już przejażdżka tramwajem dostarcza wrażeń, bo jedzie się naprawdę stromo pod górę, a widoki są niesamowite.

Będąc już na wzgórzu, trzeba pokonać masę ruchomych schodów, przez piętra pokaźnego centrum handlowego, aby wreszcie znaleźć się na tarasie widokowym. W naszym odczuciu, trwało to całe wieki, zwłaszcza, że skutecznie hamowały nas tłumy ludzi, a my chcieliśmy jeszcze zdążyć na ostatnie minuty dnia. Ściemniało się w zastraszającym tempie, a schodom naprawdę zdawało się nie być końca.

Gdy wreszcie stanęliśmy na tarasie, dzień chylił się już ku końcowi. Zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili.

Panorama była piękna, szaro – niebieska. Niestety nie dane nam było się nią nacieszyć, jako że tłumy ludzi okupowały barierki. Taras jest naprawdę pokaźnych rozmiarów, ale nie znaleźliśmy ani odrobiny miejsca z przodu i musieliśmy ją oglądać ponad głowami stojących przed nami. Dopiero później, gdy było już zupełnie ciemno, a na tarasie zaczęło się powoli rozluźniać, udało nam się dostać do barierek.

Widok był nieziemski, absolutnie oszałamiający, niezapomniany. Las wieżowców, który zdaje się nie mieć końca, wody zatoki, miliony świateł. Coś niesamowitego! Brakuje słów, aby to opisać.

Patrząc na to, pomyślałam, że to najpiękniejsza panorama jaką kiedykolwiek widziałam. Teraz wydaje mi się, że postawiłabym ją jednak na równi z panoramą nowojorską, którą oglądałam ze szczytu Empire State Building, i której też z pewnością nigdy nie zapomnę. Obie są wspaniałe i obie trzeba zobaczyć na własne oczy, aby móc rozkoszować się ich niepowtarzalnym urokiem.

dsc_0541-copy dsc_0558-copy

3 Comments Posted

  1. Ale tam jest dziwnie a zarazem pięknie. Dla przeciętnego Kowalskiego widoki takie, że szok. Dla mnie robią wielkie wrażenie. Szczególnie te ostatnie fotografie, no coś pięknego. Jak człowiek nie miał okazji nigdy zobaczyć takiego miasta, takich budynków to można być w wielkim szoku. Ciekawy wpis, przyciągnął moją uwagę i przeczytałem go z wielkim zaciekawieniem. Pozdrawiam 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*