Welcome to Hello Kitty Land.

Niedziela 21 lutego, to jeden z najdłuższych dni, jakie mieliśmy do tej pory w Chinach. Zaczął się wcześnie, bo już ok. 5-tej rano, skończył późno, a wydarzyło się tak wiele, że starczyłoby na cały tydzień. Przynajmniej na typowy chiński tydzień.

Wstaliśmy tak wcześnie, bo o 8:15 mieliśmy być w centrum Hangzhou, gotowi do wyjazdu do Suzhou. Jak już zapewne wspominałam, aby dostać się z naszej dzielnicy do centrum miasta, trzeba prawie dwóch godzin, z czego sama przejażdżka metrem, trwa co najmniej 40 minut.

Na miejscu spotkania, czyli pod hotelem, w którym nasza firma umieszcza wszystkich nowo-przybyłych nauczycieli, spodziewaliśmy się spotkać ok. 20 osób. Razem mieliśmy jechać do Suzhou, które znów współpracuje z naszą firmą. Tym, którzy nie czytają o naszych przeżyciach regularnie, wyjaśnię, że jest to miasto, w którym pracowaliśmy w zeszłym roku, i z którego zostaliśmy przeniesieni do Hangzhou, po tym jak kontrakt został zerwany. Od tego semestru, ku naszej ogromnej uciesze, ponownie go wznowiono.

Kontynuując wyjaśnienia, dodam jeszcze, że kilka miesięcy temu postanowiliśmy przedłużyć nasz pobyt w Chinach o kolejny semestr. Oryginalnie mieliśmy zostać tutaj tylko do końca lutego, a później jechać do Tajlandii. Później postanowiliśmy, że na miesiąc lub dwa, wrócimy jednak do Polski, a dopiero później będziemy kontynuować naszą azjatycką przygodę. Ostatnia zmiana przyszła bodajże w listopadzie albo grudniu, kiedy to uznaliśmy, że jednak najlepiej będzie, jeśli jeszcze jeden semestr spędzimy w Chinach. Firma sama zaproponowała nam nowy kontrakt, udało nam się też wynegocjować podwyżkę, a w dodatku dowiedzieliśmy się, że pojedziemy do Suzhou, za którym, po doświadczeniach z Hangzhou, bardzo tęskniliśmy.

Teraz, gdy jesteśmy już po dwóch podróżach po Chinach, w trakcie których udało nam się zobaczyć naprawdę spory kawałek kraju, Suzhou wciąż pozostaje najładniejszym i najbardziej urokliwym miastem. Poza tym, w zeszłym roku nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co mieliśmy zaplanowane. Nie bardzo spieszyliśmy się ze zwiedzaniem, gdyż jeszcze na kilka dni przed naszą nagłą przeprowadzką do Hangzhou, myśleliśmy, że czeka nas cały kolejny semestr na eksplorację miasta. Teraz będziemy mogli nadrobić te zaległości.

Wracając jednak do głównego tematu, to z samego rana wyruszyliśmy do Suzhou. Zapakowanie ponad 20-tu osób do małego autobusu, który zapewniła nam firma, było nie lada wyzwaniem. Większość osób dopiero przyjechała do Chin, więc bagażu mieli niewiele, ale my wyglądaliśmy jak Rumuni (nie obrażając Rumunów, których bardzo lubię). Mieliśmy dwie walizki, torbę, plecak, laptopa, aparat i mój mały plecak, a oprócz tego wielkie pudło z pościelą, ogromną torbę mieszczącą wyposażenie naszej kuchni popakowane w pudełka po butach (robota Kaspra), osobne pudło z rice cookerem oraz torbę z kosmetykami, a oprócz tego, parasole! Na szczęście większość bagażu została odebrana z naszego mieszkania dzień wcześniej, więc nie musieliśmy sami tego transportować. Sami jednak musieliśmy wykombinować, jak to wszystko włożyć do autobusu, którego bagażnik wypełnił się szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał.

W naszej niedoli nie byliśmy jednak osamotnieni, bo nasz znajomy z Nowego Jorku, który teraz jest koordynatorem w Suzhou, a w Chinach mieszka już od kilku lat, miał ze sobą dwie wielkie walizki i osiem pudeł. Masakra!

Do Suzhou dojechaliśmy po jakichś 2, może 3 godzinach i wbrew temu, czego się spodziewaliśmy, zamiast do hotelu, zabrano nas do jednej ze szkół. Okazało się, że z marszu będziemy mieć spotkanie z tymi wszystkimi ważnymi osobami z Wuzhong District Education Bureau. W Suzhou bowiem jest tak, że kontrakt jest podpisywany na cały dystrykt, więc pomimo tego, że uczymy w różnych szkołach, wszyscy podlegamy pod jedno biuro.

My już mieliśmy przyjemność z tymi ludźmi, więc całe to spotkanie oraz nasze przemowy, o których nikt nas wcześniej nie poinformował, nie zaskoczyły nas tak bardzo. Amerykanka, która została wezwana na mównicę jako pierwsza, miała jednak niezapomniany wyraz twarzy.

Swoją obecnością zaszczycił nas również znany nam już Superintendent, który znów mówił, że nas kocha. Kocha też nasze kraje, z czego Polskę, najwyraźniej głównie ze względu na Marię Curie Skłodowską. Koleś jest naprawdę odjechany, ale na szczęście, w dość pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Poznaliśmy też przedstawicieli naszych szkół. Okazało się, że Kasper i ja zostaliśmy bardzo poważnie potraktowani i poczyniono przygotowania na przyjazd pary (jesteśmy jedyną parą w Suzhou). Mianowicie, zostaliśmy rozlokowani do szkół, które znajdują się dość blisko siebie i znaleziono dla nas mieszkanie mniej więcej po środku. Wszystko zostało nam wyjaśnione i od razu poczuliśmy, że wreszcie ktoś porządnie się nami zajmuje.

Jeszcze lepiej poczuliśmy się, gdy zobaczyliśmy mieszkanie, ale o tym za chwilę.

Najpierw bowiem, zostaliśmy rozdzieleni i pojechaliśmy do naszych szkół. Na miejscu poznałam Chinkę o imieniu Rachel, która mówi po angielsku i która się mną zajmuje. Od razu zabrała mnie do auli, gdzie z marszu trafiłam na scenę, z której musiałam wygłosić przemowę do nauczycieli. Rachel tłumaczyła. Pod koniec przypomniała mi, abym złożyła wszystkim życzenia noworoczne.

Ci którzy mnie znają, wiedzą, że nigdy nie należałam do zbyt śmiałych osób. Jako nastolatka byłam wręcz chorobliwie nieśmiała. Jeszcze nie tak dawno temu, chyba bym umarła na wieść, że mam wygłosić przemowę, w dodatku bez przygotowania. Podróże jednak zmieniają i to bardzo, a z doświadczenia wiem, że taki dłuższy pobyt w Chinach, może spowodować wręcz nieodwracalne zmiany.

Mnie w Chinach dziwi coraz mniej i po tym, jak już tak wiele razy zostałam postawiona w podobnych sytuacjach, taka przemowa naprawdę nie zrobiła na mnie wrażenia.

Później pokazano mi moje biuro, które dzielę z dziesięcioma nauczycielami. Trochę dużo, ale pomieszczenie jest przyjemne, a biurka są oddzielone małymi ściankami. Taki mały open space.

Byłam też na sali gimnastycznej, gdzie nauczyciele, z okazji rozpoczęcia nowego semestru, oddawali się zabawom. Skakali na skakankach i biegali dwójkami ze związanymi nogami. Dla mnie było to trochę dziwne, ale oni bawili się świetnie.

Na koniec zostałam zawieziona pod nasze nowe mieszkanie. Okazało się, że mieszkamy w kompleksie tuż za tym, w którym w zeszłym roku mieszkał Simon i w którym bardzo często bywaliśmy. Oznacza to, że tak naprawdę jesteśmy blisko naszego poprzedniego miejsca zamieszkania i dzięki temu, nieźle orientujemy się w okolicy.

Co do samego mieszkania, to jest rewelacyjne i o niebo przewyższyło nasze oczekiwania. Po tej ruderze, którą zamieszkiwaliśmy w Hangzhou i którą szczegółowo opisałam tutaj, czuję się trochę tak, jakbym nagle zamieszkała w pałacu.

Po pierwsze, mieszkanie jest nowe i nie ma w nim pleśni. Po drugie, jest czyste i nie wymagało dogłębnego sprzątania. Po trzecie, jest ogromne! Mamy dwie sypialnie, z czego nasza jest naprawdę duża i mieści wielkie, mięciutkie łóżko. Mamy też ogromny salon z wielką sofą i telewizorem (telewizory mamy tak w ogóle trzy!). Kuchnia może pomieścić kilka osób. Łazienka też! Oprócz tego mamy balkon!

Szczerze mówiąc, w Polsce nie byłoby nas stać na wynajęcie takiego mieszkania, a tutaj mamy je za darmo, więc jesteśmy mega szczęśliwi. Kasper zarzucił nawet pomysł, żebyśmy zostali w Chinach na jeszcze jeden rok!

Dodatkowym atutem jest to, że kupiono nam pościel, a kuchnia jest prawie w pełni wyposażona (co oznacza, że niepotrzebnie tachaliśmy te wszystkie graty z Hangzhou). Mamy absolutnie wszystko, czego potrzebujemy!

Jest tylko jedna rzecz, o której nie mogę nie wspomnieć, opisując nasze nowe lokum. Mianowicie, jak zostało nam powiedziane, zamieszkujemy apartament dla nowożeńców i to najwyraźniej fanów Hello Kitty.

Wszędzie na ścianach mamy naklejki z napisami o miłości, ptaszkami, ustami, kwiatkami itp., a na każdych drzwiach widnieje Hello Kitty. Mamy też dywanik Hello Kitty. Jest to mega śmieszne i nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam, ale szczerze mówiąc, super wygląda na naszych białych ścianach.

untitled-1

Na wieczór nauczyciele angielskiego ze szkoły Kaspra zaprosili nas na obiad. Rachel powiedziała, że następnym razem idziemy z nauczycielami z mojej szkoły. Ewidentnie jesteśmy rozpieszczani.

Zabrali nas do restauracji w ogromnej galerii handlowej i zamówili mnóstwo jedzenia, które jak zwykle było przepyszne. Po raz drugi mieliśmy okazję spróbować żaby, która w chińskim wydaniu jest rewelacyjna. Po kolacji dowiedzieliśmy się jednak, że tak naprawdę nie powinniśmy jeść żab, bo w Chinach są zagrożonym gatunkiem. Nie jest to zabronione prawem i najwyraźniej mało kto się tym przejmuje, ale podobno tak jest.

Jedliśmy też rybę, krewetki, doufu, różne pierożki, kurczaka, frytki, genialne ciastka z wieprzowiną, szparagi …

Wszystko wyglądało przepysznie i chciałam zjeść dużo więcej niż pozwalały mi na to moje, ograniczone niestety, możliwości. Zwłaszcza, że mniej więcej w środku posiłku zaserwowano mi kawę, którą musiałam wypić, jeśli nie chciałam żeby wystygła. Chińczycy naprawdę nie wiedzą w jakiej kolejności serwować jedzenie (ostatnio, jeszcze w Hangzhou, dostałam deser przed głównym daniem).

Już chyba o tym wspominałam, ale bardzo podoba nam się chiński zwyczaj dzielenia się jedzeniem. Super, że zamiast zastanawiać się nad wyborem jednego dania, można zamówić wszystko, na co ma się ochotę i zjeść wspólnie. Jakby ktoś się zastanawiał, to wcale nie jest to niehigieniczne, bo do dań zazwyczaj są sztućce, którymi nakłada się jedzenie na swój talerzyk, a je już własnymi pałeczkami.

Jak wspomniałam na początku, ten dzień był długi oraz pełen wrażeń i niespodzianek. Spodziewaliśmy się, że zostaniemy zakwaterowani w hotelu, w którym spędzimy tydzień albo dłużej, podczas gdy nasza nieudolna firma, będzie szukać dla nas mieszkań. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że teraz szkoły z Suzhou same zajmują się zakwaterowaniem dla swoich nauczycieli, na czym chyba wszyscy korzystają, a już na pewno my. Dostaliśmy wspaniałe mieszkanie, zdecydowanie najlepsze z tych, w jakich mieliśmy dotychczas przyjemność, a właściwie nieprzyjemność mieszkać.

Obie szkoły są super, czujemy się tu dobrze i ogólnie jesteśmy bardzo zadowoleni. Co więcej, zbytnio się nie zmęczymy. Ja mam 14 lekcji w jednym tygodniu, plus English Club, na którym puszczam filmy, a 16 w drugim (każdą klasę uczę tylko raz na dwa tygodnie). Kasper natomiast ma 16 lekcji tygodniowo.

dsc_0807-copy dsc_0813-copy