„Use your butt technique”, czyli spelunking z zaskoczenia.

Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że wybraliście się na wycieczkę do jaskini, myśląc, że przejdziecie się podziemną ścieżką i zobaczycie parę stalaktytów i ciekawych form skalnych, a zamiast tego wylądowaliście na czymś, co spokojnie można nazwać ekspedycją przez dziury i tunele, w dodatku bez żadnego zabezpieczenia?

Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że pytacie pana z biura turystycznego czy wasz strój i japonki na nogach to odpowiedni zestaw na wycieczkę po jaskini, na co on bez cienia wątpliwości przytakuje, a później okazuje się, że chodzicie po wodzie niemal do pasa, wspinacie się po linach na skały i przeciskacie przez dziury, które ledwie Was mieszczą?

Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że wasz przewodnik wskazuje wielki, śliski głaz i mówi, że macie na niego wejść, na co wy przekonani, że to tylko taki żart, kręcicie głowami, po czym okazuje się, że to nie jest żart i chwilę później stoicie nogami na ramionach swojego przewodnika, a ktoś inny wciąga was na szczyt?

Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że musieliście przejść ścieżką szeroką na kilkanaście centymetrów, przy niemal pionowej skale, której nijak można się trzymać, cały czas wyobrażając sobie, że spadacie kilka metrów w dół na kamienie?

Czy zdarzyło Wam się kiedyś przechodzić przez podziemne jezioro, do którego ktoś powrzucał wielkie wory z piaskiem, gdyż wcześniej trzeba było przemierzać je wpław?

I wreszcie, czy zdarzyło Wam się kiedyś, że będąc w pięknej jaskini, zamiast trzymać się odgrodzonej od wszelkich form skalnych ścieżki, mogliście chodzić gdzie tylko dusza zapragnie i wszystkiego dotykać?

Otóż nam to wszystko się zdarzyło i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zupełnie się tego nie spodziewaliśmy.

Nasza z pozoru niepozorna wycieczka, okazała się prawdziwym testem na wytrzymałość (głównie psychiczną) i jednym z najbardziej niespodziewanych i ekscytujących doświadczeń w naszym życiu. I chociaż teraz wspominam to bardzo miło, to wtedy byłam naprawdę przerażona i cały czas nie mogłam uwierzyć, że to co zmuszona jestem robić, dzieje się naprawdę. Mój mózg najzwyczajniej w świecie nie chciał tego zaakceptować. Było to zbyt irracjonalne.

Ale zacznijmy od początku.

Otóż Don Don zorganizował nam transport do Sagady, czyli miejscowości, która była powodem, dla którego w ogóle zapuściliśmy się w te rejony wyspy Luzon.

Myśleliśmy, że pojedziemy zwykłym autobusem, ale wylądowaliśmy w jakimś vanie z kilkoma innymi turystami.

Odległość między Banaue, a Sagadą nie jest zbyt zatrważająca, ale podróż trwała długo, ze względu na nachylenie drogi i liczne zakręty.

Pierwsze kroki po przyjeździe do Sagady, skierowaliśmy do biura turystycznego, znajdującego się przy głównej ulicy, w celu zarejestrowania się i uiszczenia opłaty klimatycznej. Tam też dostaliśmy mapkę okolicy i spis wszystkich oferowanych wycieczek.

Każda wycieczka wiąże się z wynajęciem przewodnika. Niektóre są przeznaczone tylko dla jednej lub dwóch osób (np. nasza “wycieczka” po jaskini), ale są też takie, na które można wybrać się większą grupą za tą samą cenę, a wtedy wychodzi naprawdę tanio.

Po wybraniu wycieczki, podchodzimy do pana przy małym stoliczku i mówimy, gdzie chcemy iść. On odpowiada, że właśnie znaleźliśmy przewodnika, po czym ktoś wychodzi na zewnątrz i zaczyna nawoływać. W różnych miejscach przy ulicy siedzą niczym nie zdradzający swojej profesji ludzie i jeden z nich zostaje naszym przewodnikiem.

W taki właśnie sposób poznajemy Normana, naszego najlepszego i ulubionego przewodnika. Jest to koleś niezwykle wyluzowany, bardzo interesujący (nie tylko z wyglądu) i to dzięki niemu nie zginęliśmy w jaskini, więc ma u nas naprawdę dużego plusa.

Chwilę później, już w trójkę, idziemy w dół ulicy, a później skręcamy w bardziej leśne tereny. Po drodze mamy mały przystanek, gdyż Norman mówi, że musi wziąć jakąś lampę. Jesteśmy trochę tym zdziwieni, ale jeszcze nie na tyle, aby nabrać podejrzeń.

Podejrzeń nie nabieramy też przez najbliższe piętnaście minut, kiedy to najpierw skręcamy w ukrytą za małym sklepikiem ścieżkę, a następnie wchodzimy do dziury, która ewidentnie jest wejściem do jaskini, chociaż w środku nie widać żadnej dróżki. Na tym etapie w ogóle jednak o tym nie myślimy, gdyż jesteśmy zbyt zajęci widokiem, jaki właśnie nam się ukazał.

Mianowicie, przed oczami mamy stertę małych trumienek, dość już mocno nadszarpniętych zębem czasu. Okazuje się, że jest to jedno z miejsc, gdzie miejscowi spoczywają po śmierci. Niektóre trumny są już spróchniałe, a w jednej z nich jest wielka dziura, przez którą widać zawartość. To już jednak temat na inną okazję.

Póki co, rozglądamy się po jaskini, zaskoczeni tym widokiem, po czym Norman prowadzi nas w dół. Schodzimy po dużych kamieniach, wciąż niczego nie podejrzewając. Ja jestem przekonana, że takie po prostu jest tu zejście i zaraz trafimy na normalną ścieżkę.

Tak się jednak nie dzieje i od tej pory jest już tylko gorzej, a czasami jest tak źle, że chcę stamtąd uciekać, chociaż wiem, że na tym etapie nie ma już odwrotu. Nie mogę też uwierzyć, że znalazłam się w takiej sytuacji. Winię za to Kaspra, bo to on, praktycznie bez chwili zastanowienia, zdecydował, że pójdziemy na taką, a nie inną wycieczkę.

Dla zainteresowanych dodam, ze nazywa się to Cave Connection i nazwa zdradza naprawdę dużo. Jest to w rzeczywistości przejście z jednej jaskini do drugiej, dokładnie z Lumiang Cave do Sumaguing Cave. Haczyk polega na tym, że ścieżka którą przemierzamy, nigdy nie została w żaden sposób zagospodarowana i przez większość czasu przeciskamy się przez naprawdę małe dziury.

Od razu zaznaczę, że nie jest to przyjemność dla każdego. Jeśli ktoś ma klaustrofobię to może się tam poczuć naprawdę nieswojo. Osoby z lękiem wysokości też mogą mieć problem. Natomiast dla osób o nieco większych gabarytach jest to rozrywka po prostu niedostępna, gdyż w niektóre szczeliny mogą najzwyczajniej w świecie się nie zmieścić.

My na szczęście się mieścimy i udaje nam się pokonać wszystkie przeszkody jakie stają nam na drodze, po czym szczęśliwie wychodzimy z powrotem na powierzchnię. Po drodze, jak już wspomniałam, były jednak naprawdę przerażające momenty.

Norman instruował nas bardzo dokładnie, ale miałam wrażenie, że jeśli nie zrobię danego ruchu dokładnie według jego wskazówek, to mogę spaść albo się zaklinować. Kasper raz przez przypadek trochę się unieruchomił, bo był po prostu za wysoki na jedną z dziur. Była to w dodatku dziura tuż nad małą przepaścią i trzeba było położyć się na plecach i powoli ześlizgnąć z dużego głazu. Nie mogłam patrzeć jak pokonuje tą przeszkodę, gdyż wyglądało to naprawdę groźnie.

W niektórych miejscach zupełnie nie znajdowałam punktu zaczepienia i Norman musiał tworzyć podpory dla moich nóg z własnych rąk. W innym miejscu chciał mnie wziąć na plecy i przenieść nad przepaścią, bo wydawało mi się, że nie dam rady jej pokonać. Wizja bycia niesioną na plecach okazała się jednak znacznie bardziej przerażająca, więc ostatecznie przełamałam strach i jakoś dałam radę.

Nieciekawe były również przejścia przez wodę, zwłaszcza jeden zbiornik, który zdawał się być naprawdę głęboki. Jak wspomniałam powyżej, teraz są tam wielkie wory, dzięki którym nie musimy się cali zanurzać, ale utrzymanie równowagi też nie jest najłatwiejsze.

Mówiąc krótko, pokonywaliśmy przeszkodę za przeszkodą i nigdy nie wiedzieliśmy, co będzie następne, a wszystko to przy akompaniamencie pisku nietoperzy. Natomiast Norman śmigał, jakby było to jego naturalne środowisko. Zdradził nam zresztą, że z kolegami przychodził tu już jako dziecko, aby popływać w jednym z basenów.

Dla takich świeżaków jak my, którzy nigdy wcześniej nie doświadczyli czegoś podobnego, było to prawdziwe wyzwanie i zgodnie z radami Normana, większość przeszkód pokonaliśmy na tyłku. Cały czas powtarzał nam: “use your butt technique”, co spokojnie możemy mianować mottem tej wycieczki.

Co jeszcze było niezwykłe i zupełnie dla nas nowe? To, że mogliśmy dotykać wszelkich form skalnych, chodzić po nich, nie wspominając o tym, że z wielu z nich musieliśmy się też ześlizgiwać. Wszystkie jaskinie w jakich do tej pory byliśmy, były już w pełni zagospodarowanymi atrakcjami turystycznymi, natomiast to miejsce jest zupełnie inne. Oczywiście żal było chodzić po tych pięknych skałach, gdyż na pewno nie działa to na ich korzyść, ale innej drogi po prostu nie było.

Nie miałam zbyt wiele okazji aby zrobić zdjęcia, gdyż po pierwsze jedynym oświetleniem była niesiona przez Normana lampa, po drugie przez większość czasu byłam zbyt przerażona aby w ogóle myśleć o zdjęciach, a po trzecie Norman prawie cały czas niósł wszystkie nasze rzeczy, w tym aparat, którym co chwilę robił nam zdjęcia. Niestety większość nie wyszła ze względu na oświetlenie.

Ja zrobiłam tylko kilka zdjęć form skalnych, które prezentuję poniżej. Nie ma tego zbyt wiele, ale gwarantuję, że jaskinia jest naprawdę piękna.

Podczas naszej przeprawy spotkaliśmy tylko jedną małą grupkę, bodajże trzech lub czterech osób. Poza tym, byliśmy zupełnie sami. Dopiero pod koniec, już w tej drugiej jaskini, trafiliśmy na prawdziwe tłumy. Okazuje się, że jest inna wycieczka, która obejmuje tylko Sumaguing Cave. Wtedy schodzi się po kamieniach, tudzież powiązanych oponach, na dół ogromnej groty i chodzi po głazach i między basenami. Też jest pięknie, ale jak na mój gust, zbyt tłoczno.

Tuż zanim tam trafiliśmy, Norman zarządził przystanek na papierosa na samym skraju wielkiej skarpy. Trochę tam odpoczęliśmy, podziwiając piękne widoki i rozmawiając. Wreszcie była okazja aby zapytać, czy na tych wycieczkach zdarzają się wypadki. Norman stanowczo zaprzeczył. Powiedział, że jeśli słucha się swojego przewodnika, to nic nie powinno się stać. Trochę ciężko mi w to uwierzyć, ale sami wyszliśmy z tego cało, więc może faktycznie tak jest.

Podsumowując, było to niezwykłe doświadczenie, którego prędko nie zapomnimy. Teraz możemy się nim w pełni cieszyć, ale nie ukrywam, że podczas jego trwania, miny mieliśmy raczej nietęgie. Dobrze, ze trafiliśmy na tak fajnego przewodnika jak Norman.

6 Comments Posted

  1. Wpisy o Filipinach bardzo ciekawe, bo przynajmniej jak dla mnie kraj o którym brak mam wyrobionego wyobrażenia. Poza tym zwiedzanie Chin w porównaniu wydaje się bardziej „cywilizowane”, a przy najmniej utartymi ścieżkami… a tutaj większy freestyle 🙂

    • Bedzie jeszcze pare takich wpisow, Gosia sie dopiero rozkreca ;). Na pewno zwiedzanie chinskich atrakcji jest bezpieczniejszcze (inaczej nie mowiloby sie o ponad bilionie mieszkancow), ale za to wspomnienia z Filipin na trwale zapisza sie nam w pamieci :). Poza tym czlowiek ma w koncu poczucie, ze nie robi czegos stricte turystycznego.

  2. Faktycznie poczucie,że jest się nareszcie poza utartym i komercyjnym szlakiem turystycznym jest bardzo istotne podczas wędrówki po świecie.Takie momenty nie zdarzają się już często, więc są tym bardziej cenne. Jednakowoż dobrze,że wszystko tak fajnie się skończyło :-), może na wszelki wypadek trzeba by zawsze dopytać wcześniej , co dana oferta proponuje :-).

    • tak, ale kto by pomyślał, że to tak będzie wyglądało!? zbytnio jesteśmy przyzwyczajeni do naszego bezpiecznego świata, w którym takich rzeczy nigdy się nie robi.
      zresztą gdybyśmy zapytali, to być może nie zdecydowalibyśmy się na tą wycieczkę, a to by była dopiero strata!

  3. Fantastycznie o tym piszesz.Jakbym tam była.Powinnaś napisać książkę.Albo pisz artykuły do gazet;-).Masz wspaniałą zdolność przekazywania wszelkich emocji.Tęsknię!Uważajcie na siebie

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*