Z Tokajem nad Balatonem.

Sama do końca nie wiem, dlaczego postanowiłam, że pojedziemy nad jezioro Balaton. Nigdy nic szczególnego o tym miejscu nie słyszałam, nikt mi go nie polecał, nawet za bardzo nie wiedziałam, czy warto tam się wybierać. Na plus przemawiało chyba tylko to, że po wizycie w mieście, fajnie byłoby odpocząć trochę wśród natury.

Czy faktycznie odpoczęliśmy? Oczywiście, że nie, gdyż z jakiegoś dziwnego powodu, nigdy i nigdzie nie udaje nam się odpocząć i z wakacji zawsze wracamy jeszcze bardziej zmęczeni. Na szczęście, raczej w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

W każdym razie, nad Balatonem mieliśmy dwa przystanki: Tihany oraz Keszthely. Jezioro nie jest aż tak duże, więc odległości nie porażają, ale i tak pierwszy dzień spędziliśmy głównie w podróży.

Cukierkowe Tihany.

Z samego rano wsiedliśmy do pociągu w Budapeszcie i pojechaliśmy do miejscowości Balatonfured. Przez chwilę rozważaliśmy, czy nie zostać tam na noc, ale ostatecznie wróciliśmy do oryginalnego planu. A tym była przejażdżka autobusem do Tihany, o którym ludzie z Internetów wyrażali się bardzo pozytywnie. Czy i my podzielamy ten entuzjazm? Szczerze mówiąc, raczej nie.

Owszem, wizualnie Tihany jest bardzo ładnym miasteczkiem i przede wszystkim, zadbanym.

Na małym wzgórzu znajduje się biały kościółek. Kawałek dalej jest taras widokowy i rozpościerający się z niego, wręcz nieziemski widok na lazurową wodę jeziora. Wszystkie domki są śliczne i kryte słomą. Wszędzie pachnie lawendą, a na każdym kroku kupimy lawendowe mydła i inne kosmetyki. Nawet niektóre sklepy z pamiątkami wyróżniają się z otoczenia, jak ten, który w całości pokryto papryczkami.

Więc tak, Tihany prezentuje się znakomicie, ale jak dla nas, niestety tylko wizualnie. Nie odkryliśmy jego prawdziwej duszy i nie czuliśmy się tam najlepiej. Było zbyt turystycznie i zbyt perfekcyjnie (czytaj: sztucznie).

Nie zmienia to jednak faktu, że do końca życia nie zapomnę tego lazurowego koloru wody, który na tle ciemno-niebieskiego nieba, był widokiem oszałamiającym. Naprawdę!

Ciężko będzie również zapomnieć o niektórych lalkach, które mieliśmy okazję zobaczyć w lokalnym muzeum. Wiadomo, lalki potrafią być naprawdę przerażające i te, które widzieliśmy, właśnie takie były.

Przeciętne Keszthely.

Aby pojechać do Keszthely, musieliśmy wrócić do Balatonfured i dopiero stamtąd wziąć kolejny autobus.

Na miejscu czekał nas dość długi spacer do apartamentu, który zarezerwowaliśmy i dobrze, że właścicielka wypatrzyła nas z balkonu, gdyż żadnego szyldu ani drogowskazu tam nie było.

Okazało się, że mamy do dyspozycji sypialnię z całkiem nieźle wyposażoną kuchnią i łazienkę. Zapewne przyjeżdża tam dużo rodzin z dziećmi, stąd takie wygody.

Niestety pomimo tego, że otrzymaliśmy klucz, ani raz nie udało nam się zamknąć drzwi do tego naszego apartamentu. Bardzo się staraliśmy, kombinowaliśmy, wymyślaliśmy przeróżne techniki, a nawet dzwoniliśmy do właścicieli, aby nam pomogli. Nic nie rozwiązało naszego problemu, nawet właściciele, gdyż byli głusi na pukanie i dzwonek do drzwi. Zresztą nie zobaczyliśmy nikogo z domowników do końca pobytu.

Na szczęście, żadnych drogich dóbr materialnych ze sobą nie wozimy, więc ostatecznie postanowiliśmy, że przez cały pobyt będziemy zostawiać otwarte drzwi. Nic nie zginęło, a przynajmniej nie zauważyliśmy.

Wieczorem mieliśmy spory problem, aby znaleźć sklep, zwłaszcza taki, który byłby czynny. W związku z tym, zeszliśmy pół miasta i po drodze natknęliśmy się na szyldy przeróżnych dziwnych atrakcji turystycznych. Widocznie Keszthely jest bardziej popularne niż na to zasługuje, a przynajmniej bardziej, niż my byśmy się spodziewali.

Na nas miasteczko nie wywarło wrażenia. I gdyby nie to, że następnego dnia spędziliśmy wspaniałe popołudnie i wieczór nad wodą, to z Keszthely nie mielibyśmy co wspominać.

Plaża Gyenesi Lidostrand.

Na szczęście, po długich poszukiwaniach, następnego dnia udało nam się znaleźć plażę, która odpowiadała naszym standardom.

Trwało to tak długo, gdyż tak naprawdę niewiele jest miejsc nad Balatonem, gdzie można tak po prostu podejść do wody. Znaczna część brzegu to szuwary, niepewne, podmokłe tereny albo porty. Plaże natomiast są odgrodzone i trzeba za nie płacić. Czasami całkiem sporo.

Ta, na którą ostatecznie trafiliśmy, była znacznie oddalona od naszego miejsca zamieszkania. Właściwie znajdowała się już w innej miejscowości – Gyenesdias.

Gdy dotarliśmy na miejsce, było tam całkiem sporo ludzi, w tym naprawdę dużo dzieci. Ogólnie odnieśliśmy wrażenie, że Balaton to miejscówka przede wszystkim dla młodych rodziców i ich pociech. Pogoda jest ładna, ale temperatury nie za wysokie. Natomiast do jeziora można wchodzić bez obaw, gdyż woda jest płytka na jakieś kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt metrów od brzegu.

Magiczny wieczór.

Wraz z upływem czasu, nasza plaża zaczęła się stopniowo wyludniać. W pewnym momencie, byliśmy już tylko my.

Popijając Tokaj prosto z butelki, cieszyliśmy się widokiem, ciszą i spokojem.

Po zmroku, z szuwarów wypłynęły łabędzie i kaczki (bądź gęsi) i nic sobie nie robiąc z naszej obecności, oddały się wieczornej toalecie. Nie przeszkadzał im nawet fakt, że w pewnym momencie i my zapragnęliśmy zażyć kąpieli.

Powiedzcie, czy jest coś lepszego, niż pływanie w jeziorze nocą?

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*