The Three Mountains of Dewa: Mount Haguro, Mount Gassan, Mount Yudono.

Data wizyty: 04-06.10.2019.

Dewa Sanzan, czyli The Three Mountains of Dewa, to pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy w Japonii.

Wybór był to dość nietypowy, gdyż jest to destynacja słabo znana wśród zagranicznych turystów. Natomiast osoby, które dobrze znają Japonię, zawsze dziwią się, że to właśnie tam udaliśmy się w pierwszej kolejności.

Para starszych Brytyjczyków, którą tam poznaliśmy i która mieszkała w Japonii w latach 80-tych, a do tej pory odwiedza ją turystycznie, była bardzo zaskoczona, gdy usłyszała, że po wylądowaniu w Tokio, przyjechaliśmy prosto do Haguro. Oni byli tam pierwszy raz, pomimo tak wielu lat spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni.

No cóż, z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że jest to piękne, dość tajemnicze, wręcz mistyczne miejsce i cieszę się, że to właśnie tam rozpoczęliśmy naszą przygodę z Japonią. Natomiast brak turystów (jakiejkolwiek narodowości, gdyż Japończyków też nie było tam zbyt wielu), jest ogromnym atutem, dzięki któremu mieliśmy to miejsce niemal na wyłączność.

Pogodę mieliśmy dość kiepską, ale myślę, że nawet gdy aura dopisuje, to i tak nie jest tam zbyt tłoczno.

Dewa Sanzan.

Dewa Sanzan to trzy święte góry: Mount Haguro, Mount Gassan oraz Mount Yudono. Na Gassan czci się boga Tsukiyomino Mikoto, na Yudono czci się Oyamatsumino Mikoto, Onamochino Mikoto oraz Sukunahikonano Mikoto. Natomiast na Haguro czci się boga Idehanokami, a także bogów Gassan i Yudono. Jest to rozwiązanie o tyle praktyczne, że Haguro jest jedyną z tych trzech gór, na którą można wchodzić również zimą.

Praktykowanie shintoizmu i buddyzmu na Mount Haguro ma swoje początki już w 593 roku. Wtedy to książę Hachiko, syn cesarza Sushun, dotarł do dzisiejszej Tsuruoki. Wiedziony przez osiem lokalnych dziewcząt i „świętego ptaka” – wronę o trzech nogach, dotarł na szczyt Mount Haguro. Kolejne dni minęły mu na praktykowaniu ascetyzmu, po czym książę ustanowił Dewa Sanzan miejscem kultu.

Kilka wieków później, Mount Haguro stało się domem dla nowej sekty religijnej – Shugen Shudan, której nauka nazywa się Shugendo i która głosiła pogląd, że shintoizm i buddyzm powinny być połączone w jedno. Sekta była znana również z tego, że praktykowała surowy, ascetyczny trening duchowy.

Od końca ery Heian (794 – 1192) do ery Kamakura (1192 – 1333), Shugendo było na szczycie popularności.

Na początku ery Edo, pozycję najwyższego kapłana – Shyugyo Betto, zajmowali Yushun, a następnie Tenyu. Obaj przyczynili się do ulepszenia świątyń na Mount Haguro, a szczególnie Tenyu, który poświęcił się pracom fizycznym, takim jak sadzenie sosen i japońskich cedrów, budowanie kamiennych schodów, kanałów irygacyjnych i dróg. Oprócz tego, nadzorował budowę m. in. religijnych budynków dla kapłanów. Stąd uważany jest za ojca restoracji Dewa Sanzan.

W pierwszym roku ery Meiji (1868), z powodu prawnej separacji shintoizmu i buddyzmu, buddyjski sposób celebracji świąt, został zastąpiony shintoistycznym. Co więcej, Yamabushi, czyli uczniowie shintoizmu i buddyzmu na Mount Haguro, uzyskali nowy przydomek – Haburi. Do dnia dzisiejszego wiernie wypełniają swoje obowiązki i praktykują tradycję Shugendo Haguro.

Po II wojnie światowej, w dwudziestym roku ery Showa (1945), świątynie Dewa Sanzan zostały uwolnione spod kontroli rządu i nie muszą już podporządkowywać się obrządkowi shintoistycznemu.

Mount Haguro.

Do Tokio przylecieliśmy w nocy, a z samego rana wsiedliśmy do pociągu i dojechaliśmy do małego miasta o nazwie Tsuruoka. Tam zrobiliśmy drobne zakupy i zahaczyliśmy o centrum informacji turystycznej, które znajduje się naprzeciwko dworca. Oprócz informacji, zostaliśmy tam obdarowani również drobnymi, tradycyjnie wyrabianymi pamiątkami. Następnie, lokalny autobus zawiózł nas niemal pod samą bramę wiodącą na szczyt Mount Haguro.

Na szlak ruszylibyśmy od razu, gdyby nie to, że właśnie wtedy rozszalała się ogromna ulewa, na którą nie byliśmy zbytnio przygotowani. Ja nierozważnie zostawiłam swój płaszcz przeciwdeszczowy w szafce na dworcu, a zresztą i tak nie byłby w stanie uchronić mnie przed tym deszczem.

Mieliśmy nadzieję, że wkrótce ustanie, ale tak się niestety nie stało. W związku z tym, po dość długim oczekiwaniu, postanowiliśmy wejść na szlak pomimo deszczu.

Na szczęście z pomocą przyszedł przemiły sprzedawca z małego stoiska, który użyczył mi swojego parasola. Jednak po kilku godzinach wspinania się na śliskie i strome schody (2446 stopni), schodzenia z nich, a także manewrowania pomiędzy świątynnymi zabudowaniami, oboje byliśmy przemoczeni, a nasze „nieprzemakalne” buty wołały o pomstę do nieba.

No cóż, deszcz może uprzykrzyć zwiedzanie, ale w miejscu takim jak Mount Haguro, niewątpliwie wpływa również na klimat. Atmosfera jak panowała w tym gęstym lesie, wręcz epatowała tajemniczością i wrażenia mamy stamtąd niezapomniane.

Krople wody nieregularnie spadające z drzew, szum małego wodospadu, budynki nieśmiało wyłaniające się z gęstej mgły, czerwony mostek na tle ciemnej zieleni, mroczny, otaczający nas z każdej strony las … Coś niesamowitego, naprawdę!

Świątynia znajdująca się na szczycie, to też bardzo klimatyczne miejsce i byliśmy nim zachwyceni. Tak jak na szlaku, nie było tam prawie nikogo, więc samotnie podziwialiśmy architekturę, soczyście czerwone bramy torii i otaczającą nas przyrodę.

Mount Haguro to prawdziwie magiczne miejsce.

Ryokan, czyli noc w tradycyjnym, japońskim domu.

Po zejściu z Mount Haguro bardzo szybko trafiliśmy do ryokanu, który wcześniej zarezerwowaliśmy. Znajduje się dosłownie kilka kroków od bramy na Mount Haguro.

W okolicy nie ma zbyt wielu opcji noclegowych, ale ryokan Shukubo Kanbayashi Katsukane jest zdecydowanie godny polecenia.

To tradycyjny, japoński dom, gdzie goście obsługiwani są przez dwie przemiłe, starsze kobiety. Nie mówią zbyt wiele po angielsku, co chwilę powtarzają „hai” (japońskie „tak”), ale spokojnie można się z nimi dogadać.

Natomiast nocleg w tym przybytku to niepowtarzalne doświadczenie i cieszę się niezmiernie, że to właśnie tam spędziliśmy naszą pierwszą noc w Japonii (bo tych kilku godzin na dworcu w Tokio nie liczę).

Do dyspozycji mieliśmy ogromny pokój wyłożony matami tatami, futon, mały stoliczek i krzesełka do picia herbaty, a także tradycyjne japońskie odzienie.

Zanim przebraliśmy się w stroje i zaczęliśmy rozkoszować herbatą, ruszyliśmy jednak do łaźni. Znajdują się tam dwa stanowiska do obmycia się, po czym można wskoczyć do wanny stale napełnionej gorącą wodą. Wszyscy korzystają z tej samej wody, dlatego ważne jest, aby najpierw skorzystać z prysznica.

Po naszym dniu na Mount Haguro, kiedy to przemokliśmy i porządnie zmarzliśmy, taka kąpiel była naprawdę cudowną ulgą. Podobnie jak gorąca herbata i noc pod ciepłą pierzynką.

Jedyny minus tego miejsca to dość wysoka cena. Za jedną noc zapłaciliśmy 9 400 ¥. Nie ma jednak wątpliwości, że było warto.

Mount Gassan.

Następnego dnia rano pogoda była nieco lepsza, aczkolwiek wciąż trochę padało. Co gorsza, musieliśmy założyć mokre buty. Kobiety powkładały do nich gazety na noc, ale niestety niewiele to dało.

Jedna z nich dodatkowo obdarowała mnie parasolem, po czym druga wymieniła mi go na większy model. I tak, wyposażeni w mokre buty i z parasolem, ruszyliśmy na Mount Gassan w deszczu. Z perspektywy czasu uważam to za bardzo zły pomysł i nikomu nie radziłabym tego powtarzać.

Aby zacząć wspinać się na Mount Gassan, najpierw musieliśmy pokonać kilkanaście kilometrów. Kasper podzielił się ze mną tą informacją w taki sposób, że myślałam, że w sumie mamy kilkanaście kilometrów i dlatego byłam gotowa iść.

Gdybyśmy rzeczywiście pokonali cały ten dystans na nogach, to nie wiem jak skończyłaby się ta wycieczka, bo na szczycie bylibyśmy pewnie w nocy, o ile w ogóle przeżylibyśmy całą tą trasę.

Droga, którą się poruszaliśmy była prawie zupełnie pusta, ale na szczęście po jakimś czasie pojawił się mały samochód i prowadzący go pan podwiózł nas kawałek. Niestety w pewnym momencie odbijał w lewo (na Mount Haguro), a my musieliśmy skręcić w prawo, więc się pożegnaliśmy.

Droga, na której wylądowaliśmy okazała się zamknięta, więc kilka następnych kilometrów musieliśmy pokonać na nogach, bez szansy na podwózkę.

Na szczęście w pewnym momencie doszliśmy do skrzyżowania z inną, główną drogą i od tego momentu znów mogliśmy łapać stopa. Udało się i podwieziono nas aż do stacji pod Mount Gassan, skąd zaczyna się wspinaczkę.

Nie posiadaliśmy się ze szczęścia, gdyż te ostatnie kilometry wiły się stromą i bardzo krętą drogą, a w dodatku w tym czasie rozszalała się wichura.

Nasza wspinaczka na Mount Gassan.

Gdy postanowiliśmy, że ruszamy na szczyt, pogoda była kiepska. Byliśmy już dość wysoko, więc wiatr szalał w najlepsze, a mgła uniemożliwiała widoczność na więcej niż kilka metrów.

Szybko okazało się też, że będziemy poruszać się głównie po dużych, śliskich kamieniach, co bardzo wpłynęło na nasze tempo.

Nie należy również zapominać, że ja miałam ze sobą parasol! Na niewiele się zresztą zdał, gdyż wiatr nosił ze sobą krople mgły (teoretycznie nie padało), więc i tak bardzo szybko przemokłam, a przy większych podmuchach, musiałam bardzo się starać, żeby z nim nie odlecieć. Po jakimś czasie go złożyłam, gdyż bardziej mi zagrażał niż pomagał.

Nie wspominając już o tym, że musiałam z tym parasolem wyglądać co najmniej niedorzecznie.

Wyjście na szczyt, a później zejście zajęło nam około pięciu godzin.

Myślę, że w normalnych warunkach ta trasa nie jest zbyt trudna, gdyż nie odczuwałam żadnego zmęczenia spowodowanego chodzeniem pod górę. Problemem było wszystko inne.

Po pierwsze, właśnie w tych okolicach przechodził akurat tajfun Mitag. Ten sam, którego wcześniej spotkaliśmy na Jeju!

Po drugie, wiatr był tak silny, że momentami musiałam kucać za krzakami, żeby nie strącił mnie ze stoku.

Po trzecie, mgła była tak gęsta, że prawie nic nie widzieliśmy, ale wydaje mi się że  przynajmniej w niektórych momentach ścieżka prowadziła nad przepaścią.

Po czwarte byliśmy przemarznięci, mokrzy i szliśmy w mokrych butach.

Po czwarte, jak wcześniej wspomniałam, ścieżkę stanowiły duże, mokre kamienie, tudzież równie mokre deski, na których naprawdę nie było ciężko o wypadek. Oboje zaliczyliśmy zresztą po jednej glebie.

Po piąte, schodząc, w pewnym momencie skręciliśmy w złą ścieżkę i doszliśmy w zupełnie inne miejsce niż planowaliśmy. Była to nasza wina, a konsekwencje były takie, że nie dość, że ta ścieżka okazała się dłuższa, to w dodatku kilkukrotnie musieliśmy pokonać rzekę!

Widoki były jednak przednie.

Na szczycie nie zabawiliśmy długo, gdyż nic nie było tam widać, a wiało tak mocno, że obawialiśmy się, że stamtąd spadniemy. Co więcej, wszystko było pozamykane.

Tak więc wyglądała nasza wspinaczka na Mount Gassan. Było bardzo niebezpiecznie i nic nie widzieliśmy. Aczkolwiek przygoda to niezapomniana.

Podwózka do Tsuruoki.

Gdy wreszcie skończył się szlak, natrafiliśmy na duży budynek służący zapewne za jakieś centrum turystyczne. Był prawie opustoszały. Nie było tam żadnych turystów, jedynie kilku pracowników.

O ile dobrze pamiętam, była już prawie piąta po południu, ale my dalej chcieliśmy dostać się jeszcze pod Mount Yudono.

Pan, który z nami rozmawiał, powiedział, że nas tam zawiezie, ale chwilę później zaczął nas przekonywać, że może jednak lepiej nie, gdyż wszystko będzie tam zamknięte.

Ostatecznie posłuchaliśmy, a on zawiózł nas do Tsuruoki, która była oddalona o ok. godzinę drogi samochodem.

Co więcej, on sam miał jechać w zupełnie innym kierunku, ale poświęcił się, żeby nas odwieźć, za co jesteśmy mu niezmiernie wdzięczni.

Gdybyśmy dotarli do tego centrum trochę później, być może nikogo już by tam nie było i być może musielibyśmy tam przeczekać całą noc. Naprawdę nas uratował!

Co ciekawe, powiedział, że coś takiego zdarza się co roku! Wygląda więc na to, że nie jesteśmy jedynymi turystami, którzy schodząc z Mount Gassan, zboczyli ze szlaku.

Swoją drogą, drogowskazy były naprawdę kiepskie. Schodząc z góry można liczyć jedynie na znaki w kanji, więc jeśli ktoś nie jest obyty z tym alfabetem, to naprawdę nie trudno o pomyłkę.

W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że my znaki znaliśmy i nasz błąd wynikał tylko i wyłącznie z głupoty.

Mount Yudono.

Jako że schodząc z Mount Gassan nie dotarliśmy pod Mount Yudono, jak to było w planie, a zamiast tego trafiliśmy z powrotem do Tsuruoki, jeden z ważniejszych punktów programu stanął pod znakiem zapytania.

Ostatecznie postanowiliśmy jednak, że zostawimy bagaże w hotelu w Tsuruoce, w którym się zatrzymaliśmy, a jako że autobus do Yudono już odjechał, to dojedziemy tam na stopa.

Na szczęście Tsuruoka jest mała, więc dojście do drogi prowadzącej poza miasto nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Następnie zaczęliśmy łapać stopa i po jakimś czasie się udało.

Przemiła kobieta podwiozła nas kilka ładnych kilometrów, po czym zabrała na targ, na który się wybierała i zrobiła dla nas znak z nazwą naszego celu po japońsku, aby ułatwić nam dalsze podróżowanie.

Niedługo później złapaliśmy kolejnego stopa i dojechaliśmy aż do szlabanu, za którym biegnie droga pod Mount Yudono.

Strażnik, który tam urzęduje powiedział, że dalej nie możemy iść na nogach, ale my oczywiście nie mieliśmy innego wyjścia. Ostatecznie nas puścił, ale zaznaczył, że nikomu mamy o tym nie mówić. Na szczęście niedługo później i tak złapaliśmy kolejnego stopa.

Na miejscu, naszym oczom ukazała się ogromna, czerwona brama torii. W okolicy jest też mała świątynka, przy której modliły się kobiety i zapraszały, żeby się do nich przyłączyć, a także cmentarz.

Z początku tego nie zauważyliśmy, ale to właśnie na tym cmentarzu znajduje się przeszklona gablota z mnichem w środku.

Mnich jest zmumifikowany i szczerze mówiąc, wygląda jakby był ulepiony z plasteliny.

Nie znaleźliśmy tam żadnych informacji na ten temat, ale w sieci można sporo o tym poczytać. Otóż w tej okolicy niektórzy mnisi decydowali mumifikować się za życia! Aby dowiedzieć się jak to robili i dlaczego, odsyłam do Internetu.

My tymczasem, pochodziliśmy trochę po okolicy, opatrzyliśmy mojego palca u nogi, po tym jak podczas małego wypadku, zdarłam z niego ogromny kawał skóry, po czym, znów na stopa, wróciliśmy do Tsuruoki.

Tak oto wyglądała nasza wycieczka na japońskie, święte góry.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*