The Final Countdown: 12, czyli nasze ostatnie miesiące w Chinach.

Pierwszego lipca (2018) rozpoczął się nasz ostatni rok w Chinach. Tym razem już na pewno.

Tego dnia pierwszy raz poszłam do nowej pracy, w której kontrakt mam na rok. Plan A zakłada, że wytrzymam do końca, ale nie kładę na to zbyt dużego nacisku. Tym razem jestem otwarta na to, co przyniesie przyszłość, a zwłaszcza najbliższe miesiące i jeśli uznam, że nie chcę już pracować w Chinach, ani kończyć tego kontraktu, to po prostu zrezygnuję i wyjadę.

Mam już dość uczenia, zwłaszcza w tym kraju i jestem gotowa wracać do domu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak ważnym okresem w moim życiu był (i wciąż jest) pobyt w Państwie Środka i dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać te ostatnie 12 miesięcy.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, potraw do spróbowania i przygód do przeżycia.

Mam czas, żeby wszystko sobie rozplanować i na spokojnie zrealizować, a następnie opisać to na blogu.

Stąd też, od teraz, po zakończeniu każdego miesiąca, będę publikować krótkie sprawozdanie z tego, co się działo. Chcę jak najwięcej zapamiętać i zachować wspomnienia zarówno z pracy, jak i z naszego codziennego życia, wyjazdów, wyjść ze znajomymi i interakcji z Chińczykami. Mam nadzieję, że Was też to zaciekawi.

Lipiec 2018.

Nowa praca.

W lipcu nasze życie skoncentrowane było na dwóch tematach przewodnich: nowa praca i myślenie o zbliżających się wakacjach.

Jak wspomniałam powyżej, 1-ego lipca po raz pierwszy udałam się do nowej pracy (Kasper zaczął 10 dni wcześniej), a przez wiele kolejnych dni, uczyłam się nowego zawodu.

Tak się składa, że zupełnie przypadkiem, znalazłam się w centrum wczesnej edukacji i teraz „uczę” dzieci w wieku od 0 do 3 lat.

Piszę przypadkiem, gdyż w trakcie pertraktacji z nowym pracodawcą, miejsce to zostało nam przedstawione jako przedszkole i to właśnie przedszkole spodziewaliśmy się zobaczyć, idąc tam po raz pierwszy. No ale cóż, Chiny nie byłyby Chinami, gdyby wszystko zawsze było jasne.

W każdym razie, wygląda na to, że im dłużej jestem w tym kraju, tym młodsze dzieci uczę.

Gdy przyjechałam tutaj po raz pierwszy, w 2015 roku, trafiłam do podstawówki i wydawało mi się, że mam do czynienia z maluchami. Teraz 6/7 – letnie dzieci, jawią mi się niemal jako dorośli.

W Morning Star, czyli mojej obecnej szkole, mogę się spodziewać pracy nawet z noworodkami. Domyślam się, że jeśli z jakiegoś powodu przyszłoby mi ponownie zmienić pracę, to następnym krokiem jest nauka dzieci nienarodzonych i machanie kolorowymi obrazkami przed brzuchami kobiet w ciąży.

Pierwsze dni.

Chciałabym zaznaczyć, że mimo wszystko, pierwszego dnia szłam do Morning Star z całkiem dobrym nastawieniem. Po wszystkich moich przejściach w tym kraju, wciąż miałam w sobie odrobinę nadziei, że tym razem trafię do fajnej, normalnej szkoły.

Tak się niestety nie stało i już pierwszego dnia, udało im się dość mocno mnie zdenerwować (żeby nie użyć innego słowa).

Otóż dziewczyna, która mnie szkoli, o wdzięcznym imieniu Peach (szybko dorobiłam do tego dwa kolejne człony, których używam rozmawiając o niej z Kasprem), zabrała mnie na krótką rozmowę, podczas której zdradziła mi kilka informacji na temat nadchodzących dni.

Oznajmiła mi, że przez pięć dni będę się uczyć, po czym czeka mnie test, po którym zdecydują, czy chcą mnie zatrudnić, czy też nie.

Może nie byłoby to aż tak niedorzeczne, gdyby nie kilka drobnych aspektów, o których Peach, zapewne nie pomyślała:

– miałam już podpisany kontrakt, w którym nie było na ten temat ani słowa;

– obcokrajowcy w Chinach nie mogą sobie pozwolić na komfort, jakim jest „wypróbowanie” nowej pracy, gdyż ciążą na nas obowiązki wizowe i bardzo skomplikowane procesy, które muszą zostać dopełnione, w dodatku w bardzo krótkim okresie czasu;

– ja zrezygnowałam z wielu innych ofert pracy, w tym o wiele lepiej płatnych, żeby przyjść do Morning Star i to bynajmniej nie po to, aby być ocenianą przez Chinkę, która nie potrafi wypowiedzieć ani jednego poprawnego zdania po angielsku.

Co więcej, Peach nalegała, abym przyszła do pracy w czwartek, czyli w dniu, w którym miałam mieć wolne. Teraz to właśnie w czwartki i piątki, Kasper i ja mamy weekend, co uzgodniliśmy w dniu podpisywania kontraktu, razem z Florą – dziewczyną, która nas zatrudniła.

Ohhhhh, i jak tu zachować spokój i nie zwariować?!

W każdym razie, stanęło na moim i dostałam swoje dni wolne, a test co prawda zdawałam, ale Flora zapewniła mnie wcześniej, że to tylko formalność i żebym niczym się nie przejmowała.

Śpiewanie.

Praca w Morning Star wymaga ciągłego śpiewania. Niektórzy, jak choćby Kasper i ja, nie lubią śpiewać, a nawet czują dyskomfort, gdy ktoś do śpiewania próbuje ich zmusić. Niektórzy kompletnie nie mają też głosu i do tej grupy, również oboje się zaliczamy.

Dlatego też, nie byliśmy zachwyceni, gdy okazało się, że teraz nasza praca będzie polegać głównie na śpiewaniu, zwłaszcza, że Flora wcześniej ani słowem o tym nie wspomniała. W ogóle udzieliła nam wyjątkowo mało informacji na temat szkoły, a na wszelkie pytania odpowiadała bardzo zdawkowo.

Co więcej, jak dowiedziałam się od nowo zatrudnionych Chinek, im też nikt nie wspominał o śpiewaniu.  

Czyż nie jest to niedorzeczne? Po co ukrywać ten fakt, jeśli niektórzy ludzie po prostu nie nadają się do tej pracy i można by zaoszczędzić zarówno im, jak i sobie, sporo czasu? Po co brać ich z zaskoczenia?

Ponadto, piosenki które śpiewamy, są przeróbkami innych, znanych piosenek i poza tym, że niektóre są wręcz idiotyczne, to w dodatku zawierają błędy.

Trening.

Praca z tak małymi dziećmi, wymaga niestety specjalnego przygotowania i treningu.

Normalnie nie jest to chyba aż tak długi proces, ale jako że ja zostałam zatrudniona do szkoły, która nie była jeszcze nawet otwarta i w lipcu chodziłam na inny kampus, to na początku, treningów miałam bardzo dużo. Nie mieli co ze mną zrobić, więc dawali mi mnóstwo materiałów do nauczenia. Wiele z tych rzeczy, nie będzie mi nawet w najbliższym czasie potrzebnych.

Przykładowo, któregoś dnia Peach zaprowadziła mnie i nowe Chinki, do sal lekcyjnych, gdzie pokazała nam mostki, poduchy, zjeżdżalnie itp., służące do budowy przeszkód dla dzieci. Dostałyśmy też kartki ze zdjęciami tych wszystkich poduch i podpisami i miałyśmy się tego nauczyć.

Należy w tym miejscu zaznaczyć, że niektóre nazwy są idiotyczne i czasami dwa bardzo podobne sprzęty, w nazewnictwie bardzo się od siebie różnią. Poza tym, wszystkie znajdują się w dwóch pomieszczeniach i jak trzeba coś zbudować to i tak idzie się do odpowiedniej sali, gdzie wszystko leży i można na interesującą nas rzecz, po prostu wskazać palcem, zamiast odpowiednio ją nazywać. Co więcej, wielu pracowników ma bardzo słaby angielski i nie rozumieją nawet podstawowych zdań, więc próba dogadania się z nimi, przy użyciu tego skomplikowanego nazewnictwa, byłaby niedorzeczna i bezowocna. No ale cóż, chińska logika!

To jednak nie wszystko. Tego samego dnia, pokazano nam też zawartość szafek z materiałami do lekcji. Mianowicie, zostały wyjęte wszystkie pluszaki, po kolei zaprezentowane i nazwane. Wyglądało to mniej więcej tak: cat, dog, tiger, horse, ………

Co więcej, cała prezentacja zaczęła się od wskazania na komputer i nazwania go komputerem. Ledwie powstrzymałam wybuch śmiechu.

Innego dnia, dostałam do nauczenia ok. 20 nowych piosenek, które normalnie wykonuje główny nauczyciel, którym ja nie będę jeszcze długo, długo. Oprócz tego, dostałam listę kilkudziesięciu słów, które trzeba umieć pokazać, jak w języku migowym. Zostały mi pokazane raz, tak jakbym była w stanie je wszystkie zapamiętać. Co prawda obok słów jest napisane jak wygląda dana czynność, ale ……… po chińsku! 

Dlatego też, lipiec minął mi na zamykaniu się w pustych salach i śpiewaniu durnych piosenek, a także udawaniu że się uczę, gdy tak naprawdę buszowałam po Internecie i rozwiązywałam obrazki logiczne. No cóż, trzeba sobie jakoś radzić.

Montessori Sensory System.

Morning Star korzysta z systemu Montessori. Opiera się on przede wszystkim na indywidualnym podejściu do każdego dziecka, pozytywnej atmosferze i uczeniu się poprzez wykonywanie różnych czynności, np. push and pull albo zamiatanie, czy też szczotkowanie zębów.

Moje pierwsze wrażenie było takie, że nic to nie daje. Wiele dzieci nie uczestniczy w poszczególnych częściach lekcji, gdyż woli sobie biegać albo chodzić po poustawianych w klasach mostkach, poduszkach, zjeżdżalniach itp. Niektóre płaczą, inne próbują otwierać szafki, jeszcze inne leżą z nogami do góry, a jeszcze inne intensywnie się w coś wpatrują, np. we mnie.

Z biegiem czasu, zaczęłam jednak zauważać pozytywy płynące z tej metody. Niektóre zabawy naprawdę przyciągają uwagę dzieci. Szczególnie upodobały sobie one sprzątanie, zamiatanie i wszelkie inne czynności związane z pomaganiem. Być może wpłynie to na ich zachowanie w późniejszym wieku. Oby!

Lekcje.

Każda lekcja podzielona jest na poszczególne etapy, które różnią się od siebie w zależności od grupy wiekowej. Grup wiekowych jest natomiast siedem.

Nauczycieli jest dwóch, z czego jeden to obcokrajowiec, a drugi to Chińczyk, a przynajmniej tak powinno być. W praktyce, Morning Star cierpi na niedobór obcokrajowców, podobnie jak większość szkół w Chinach. O ile nie wszystkie.

Z nami mieli szczęście, trafił im się prawdziwy jackpot. Nie tylko przyszliśmy we dwójkę, ale także poleciliśmy szkołę dwóm innym nauczycielom, którzy podobnie jak i my, postanowili opuścić i2 (naszą poprzednią szkołę). Obaj pracowali ze mną (w biurze zajmowaliśmy trzy sąsiadujące ze sobą biurka).

Jak widać, nie tylko ja byłam niezadowolona z warunków pracy. Wszyscy odeszliśmy, chociaż zarabialiśmy więcej, niż zaoferowano nam w Morning Star. Każdy był jednak gotów zrezygnować z części pieniędzy, na rzecz spokojniejszej i mniej intensywnej pracy oraz jak mamy nadzieję, braku ciągłych, niedorzecznych dramatów.

Czas pokaże czy dobrze zrobiliśmy i czy faktycznie czeka nas taka sielanka, jak się spodziewaliśmy i jak zostało nam przedstawione. Jak wspomniałam powyżej, mnie już nieco wkurzają, ale dam im trochę więcej czasu, zanim wygłoszę oficjalną opinię. W końcu początki zawsze są trudne, a poza tym, nie jestem jeszcze nawet w swojej szkole docelowej.

Wracając jednak do tematu, to każdy nowy nauczyciel, na początku pełni rolę asystenta, co oznacza, że zajmuje się trzema częściami lekcji. Zależnie od poziomu, są to: walking, walking lub baby boogie, parachute time oraz social dance lub drum time. Najbardziej skomplikowana, to ta środkowa, czyli parachute time. Jak sama nazwa wskazuje, wiąże się to z rozłożeniem wielkiego spadochronu, a następnie umieszczeniu na nim dzieci, odśpiewaniu kilku piosenek i wykonaniu pewnych konkretnych czynności. Trzeba zapamiętać kolejność działań, piosenki i dodatkowe elementy, przy czym wszystko jest zależne od grupy wiekowej. Dla przykładu, zarówno w grupie czwartej, jak i piątej, odbywa się „przejażdżkę”, ale śpiewa się inne piosenki. Masakra!

Na początku jest naprawdę ciężko. Pięć dni to stanowczo za mało, aby wszystko zapamiętać. No chyba, że skorzysta się z „dobrej rady” Peach, która sugerowała abym ćwiczyła w domu i nagrywała się, aby lepiej wychwycić błędy. Co najmniej jakbym po dziewięciu godzinach w pracy, nie miała swojego życia i innych zajęć!

Jest to tym bardziej niedorzeczne, że jak już wspominałam, moja szkoła nie jest jeszcze nawet w pełni otwarta i taki stan rzeczy potrwa prawdopodobnie do września. W sumie dawałoby mi to dwa miesiące na porządną naukę i ćwiczenia, zamiast uczenie się wszystkiego po łebkach i stresowanie arcyważnym testem!

No ale cóż, przynajmniej mi za to płacą. Chinki, które przychodzą do Morning Star, pierwsze pięć dni pracują za darmo, a później czeka na nie tak żałosna wypłata, że pozostaje się tylko zastanawiać, jakim cudem udaje im się za to przeżyć.

Chinki.

Chinek, które przyszły mniej więcej w tym samym czasie co ja, było cztery. Wszystkie miały iść na nowy kampus, tak jak ja. Niestety pod koniec miesiąca, jedna z nich oznajmiła, że odchodzi. Znalazła inną, zapewne lepszą pracę. Było mi przykro, gdyż zdążyłam ją polubić, ale z drugiej strony, od początku wiedziałam, że dla niej to lepiej.

W każdym razie, dziewczyny są bardzo młode, ledwie po szkole. Wiele rzeczy w nowej pracy im się nie podoba i narzekają tak samo jak ja, ale tylko po cichu. Nigdy nie powiedzą nic na głos, gdyż jak mówią, tak jest w Chinach. Zdają sobie sprawę, że nic nie mogą zmienić i pozostaje im ślepe wykonywanie poleceń. Strasznie mi ich żal, gdyż wiem, że będą miały znacznie więcej obowiązków niż ja, a zarabiają naprawdę śmieszne pieniądze.

Wszystkie są bardzo fajne i miłe i szybko je polubiłam. Widać, że nie są też głupie i doskonale zdają sobie sprawę ze swojego położenia i jak bardzo jest ono niesprawiedliwe.

Przykładowo, 30 lipca zaczęły się dwutygodniowe wakacje dla pracowników Morning Star. Tyle tylko, że pomimo wcześniejszych obietnic, wszyscy wydelegowani do nowej szkoły, musieli dalej chodzić do pracy. Wszyscy, poza mną oczywiście. Tylko ja potrafiłam powiedzieć, że mam w kontrakcie wakacje i że zostały mi one zapowiedziane, zanim go w ogóle podpisałam. Pozostali przyjęli tę wiadomość w milczeniu. Nikt się nawet nie zająknął, nie zadał pytania. Ślepa posłuszność i wykonywanie rozkazów.

Obserwacje.

W lipcu często chodziłam obserwować lekcje innych nauczycieli i o ile zazwyczaj było to dość nudnawe zajęcie, to udało mi się trafić na kilka perełek.

Najcudowniejszym przeżyciem była lekcja o koniach, której nie zapomnę do końca życia i o której zdążyłam już opowiedzieć większości moich znajomych.

Otóż w pewnym momencie, w klasie zostały rozrzucone małe, żółte kupki, wykonane z jakiejś masy, które miały imitować końskie odchody. Dzieci dostały zmiotki i miały te odchody posprzątać.

Dla mnie już samo wykonywanie tej czynności jest dość dziwnym elementem lekcji dla dzieci w tak młodym wieku, ale jeszcze dziwniejsze było nazewnictwo, które zostało użyte.

Otóż Tina, Chinka prowadzącą zajęcia, użyła słowa „shit”. Chodziła po klasie i nawoływała dzieci, żeby sprzątały „shit of horses”. Wyobrażacie to sobie?

To żywy przykład na to, dlaczego w Chinach tak bardzo potrzebni są zagraniczni nauczyciele angielskiego.

Montessori Motto.

Skoro już jesteśmy przy niedorzecznościach, to warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie.

Otóż już pierwszego dnia w szkole, z dumą pokazano mi zawieszone na jednej ze ścian motto. Brzmi ono dokładnie tak:

„I saw, I forgot; I heard, I remembered; I did, I understood.” (Italy) Maria Montessori

Już na pierwszy rzut oka widać, że coś jest nie tak, prawda? Czyż już dawno nie udowodniono, że jak się coś widzi, to zapamiętuje się to lepiej, niż jeśli tylko się coś / o czymś usłyszy?

Poza tym, wystarczy wziąć to na logikę i chwilę się zastanowić. Wcale nie jest tak łatwo zapomnieć coś, co się widziało, prawda?

W każdym razie, nie chcąc polegać tylko na sobie, sprawdziłam ten cytat w Internecie i oczywiście potwierdziły się moje przypuszczenia. Cytat jest niepoprawny.

Uznałam jednak, że nikomu z Chińczyków nie będę o tym wspominać. Wydało mi się, że gra nie jest warta świeczki.

Wspomniałam jednak Kasprowi i okazało się, że w jego szkole też wisi błędny cytat, a on wiedzy o tym, tylko dla siebie zatrzymywać nie chciał. Pokazał to jednej z pracownic i pomimo tego, że posilił się dowodem z Internetu, ta mu nie uwierzyła. Wyobrażacie to sobie?

Pieluchy, a raczej ich brak.

Na pierwszej lekcji, jaką przyszło mi obserwować, widziałam natomiast, jak jedno z dzieci posikało się na materac.

Na drzwiach są znaki dla rodziców, z czego na jednym jest wyraźnie napisane, że dzieci mają nosić pieluchy, ale kto by w Chinach traktował coś takiego na poważnie?! Chińczycy, a zwłaszcza ci w starszym wieku, nic sobie nie robią z nakazów i zakazów i jakiekolwiek zwrócenie im uwagi, może się zakończyć krzykami i wielką obrazą majestatu.

Dlatego też, na lekcje często przychodzą dzieci w tradycyjnych, rozciętych w kroku spodenkach. Czasami się posikają, a czasami po prostu położą na środku sali z wystawionymi na widok siusiakami. Obłęd!    

Moje lekcje.

W ramach treningu, musiałam uczestniczyć w kilku lekcjach. Z początku wyglądało to tak, że byłam po prostu trzecią osobą, czyli dodatkiem do dwóch nauczycieli, którzy normalnie prowadzą dane lekcje.

Za pierwszym razem nie spoczywała na mnie żadna odpowiedzialność, zwyczajnie kopiowałam czynności wykonywane przez innych.

Za drugim i trzecim razem, miałam za zadanie samodzielnie zrobić część ze spadochronem. W obu przypadkach miałam jednak pomoc od pozostałych nauczycieli, a zwłaszcza tych zagranicznych. Pomagali mi śpiewać, a nawet zaczynali niektóre etapy, aby nic mi się nie pomyliło. Byłam im za to bardzo wdzięczna.

Lekcja angielskiego.

Jeden z dwóch zagranicznych nauczycieli – Ben z Etiopii, wyjechał na wakacje tydzień wcześniej i w związku z tym, powierzono mi poprowadzenie 45-minutowej lekcji angielskiego z dziećmi z przedszkola.

Jak już wspominałam, Morning Star to przede wszystkim wczesna edukacja, ale jest też coś takiego jak IC, czyli przedszkole dla dzieci do trzeciego roku życia. Niektóre przychodzą rano, niektóre po południu, a niektóre są tam cały dzień. Działa to jak normalne przedszkole, co oznacza, że mają swoje opiekunki, które spędzają z nimi cały czas. Dzieci jedzą, bawią się, śpią, a także mają różne lekcje, np. muzyki lub angielskiego.

W każdym razie, bardzo dokładnie przygotowałam się do lekcji i zaplanowałam dużo gier i zabaw. Zdawałam sobie sprawę, że dzieci mnie nie znają i muszę się postarać, aby skupić na sobie ich uwagę.

Ogólnie poszło dobrze, zwłaszcza, że jedna z moich chińskich koleżanek sama z siebie zaproponowała, że mi pomoże. Oprócz tego, na lekcji były trzy nauczycielki z przedszkola, ale one akurat nie robiły praktycznie nic. Jedna z nich, część lekcji spędziła na telefonie! Trzymała co prawda w tym czasie płaczące dziecko, ale i tak uważam, że to mocna przesada, aby korzystać z telefonu podczas lekcji.

Jedna dziewczynka była bardzo niegrzeczna, cały czas wstawała i krzyczała, a opiekunki w ogóle nie reagowały. Widać, że pozwalają tym dzieciom na wszystko.

No cóż, jakoś przeżyłam, ale nie mogę powiedzieć, żeby była to najłatwiejsza lekcja, jaką przyszło mi w życiu przeprowadzić, chociaż teoretycznie miałam do pomocy aż cztery osoby! Dzieci natomiast było zaledwie dziewięcioro!

Ostatnie dni przed wakacjami.

Jak już wspomniałam, w ostatnim tygodniu brakowało jednego nauczyciela. Osobiście uważałam, że jego rolę odegra któryś z chińskich nauczycieli, gdyż nie sądziłam, że ja, ze względu na moje małe doświadczenie, zostanę tym obarczona.

W związku z tym, że nie byłam w swojej szkole, nie sprawdzałam nawet grafiku. Poza tym, sądziłam, że jeśli chcieliby powierzyć mi którąś z lekcji, to najpierw przyszliby do mnie, aby o tym porozmawiać. Tak przynajmniej było ze wspomnianą powyżej lekcją angielskiego, o której wiedziałam na kilka dni wcześniej.

Oczywiście, okazało się, że po raz kolejny nie miałam racji.

Podczas mojego dnia wolnego, Maggie, jedna z nowych Chinek, wysłała mi wiadomość ze zdjęciem grafiku, na którym wszędzie było pozaznaczane moje imię i z pytaniem, czy wiem, że mam lekcje.

Sprawa dotyczyła weekendu, czyli dni, kiedy w szkole jest najwięcej lekcji. Zgodnie z grafikiem, powierzono mi ich aż sześć, z czego w niedzielę, miałam mieć trzy pod rząd. Wyobrażacie to sobie?

Byłam po prawie miesiącu treningów, ale miałam za sobą zaledwie trzy lekcje, w których w ogóle uczestniczyłam i w których szczerze mówiąc, prawie nic nie robiłam! A tu nagle pełen grafik i nikt nawet nie raczył mi o tym wspomnieć!

Moim zdaniem jest to skrajna nieodpowiedzialność i robienie sobie żartów z klientów. Zamiast wysłać wyszkoloną Chinkę, chcieli mnie, tylko dlatego, że nie jestem Chinką!

No ale cóż, ja uznałam, że nie będę się tym przejmować. W sobotę, jak gdyby nigdy nic, poszłam do szkoły, wcześniej w żaden sposób się nie przygotowując.

Szybko okazało się, że rzeczywiście miałam robić te wszystkie lekcje, ale tak się szczęśliwie złożyło, że jedna została odwołana, a dwie zrobił Andriej (drugi z zagranicznych nauczycieli), gdyż lekcje które miał mieć w tym samym czasie, też zostały odwołane. Na szczęście, we wakacje kancelacje zdarzają się bardzo często.

W niedziele miałam trochę mnie szczęścia i ostatecznie przyszło mi uczestniczyć w dwóch lekcjach: G5 oraz G3.

Myślę, że obie poszły całkiem nieźle, aczkolwiek umówiłam się wcześniej z nauczycielką od G3, że zrobi za mnie jedną z moich trzech asystenckich części. Był to fragment, którego prawie w ogóle nie ćwiczyłam i nie czułam się w nim zbyt pewnie.

Najważniejsze było jednak to, że udało mi się to wszystko przeżyć i zakończyć ostatni dzień pracy w miesiącu i na tym kampusie. Następnego dnia zaczynały mi się wakacje, a później miałam iść już prosto do mojej szkoły docelowej. Czułam ulgę, że nie będę musiała wracać na ten kampus. Wiele osób jest super, a zwłaszcza dwaj obcokrajowcy, ale ogólnie nie był to dla mnie łatwy miesiąc i nie posiadałam się ze szczęścia, że wreszcie dobiegł końca.

Tematy niezwiązane ze szkołą, a przynajmniej mniej.

Trochę się rozpisałam na temat nowej szkoły, ale jak widać, sporo się działo. Czas jednak, aby wspomnieć o innych lipcowych wydarzeniach, z których niestety nie wszystkie, należały do najprzyjemniejszych.  

Przygoda z policją.

O poranku 19 lipca, czyli w nasz długo wyczekiwany dzień wolny, zaczęła do nas wypisywać Flora. Oznajmiła, że PSB (agencja, która wydaje wizy) sprawdza nasz adres zamieszkania i dowiedzieli się, że my pod nim nie mieszkamy. Następnie zapytała, czy się przeprowadziliśmy.

My oczywiście się nie przeprowadziliśmy. Wręcz przeciwnie, od ponad roku mieszkamy w tym samym mieszkaniu i bynajmniej nie planujemy zmian. Co więcej, odkąd jesteśmy w Chongqing, we wszystkich dokumentach podajemy ten sam adres!

Flora na to, że mamy iść do PSB, co chwilę później zamieniło się na posterunek policji. Oznajmiła, że mamy się tam udać i powiedzieć im, że dalej mieszkamy pod naszym adresem.

Wkurzyło nas to bardzo, gdyż dopiero co byliśmy na policji, rejestrować swoje poprzednie wizy, a poza tym, byliśmy tam wiele razy przy innych okazjach i naprawdę nie lubimy tych wycieczek. Prowadzi tam męcząca droga pod górę, a w dodatku tym razem, mieliśmy ją pokonać w blisko 40 – stopniowym upale.

A wszystko dlatego, że ktoś postanowił sprawdzić, czy faktycznie mieszkamy tam, gdzie deklarujemy i zamiast umówić się na wizytę, przyszedł sobie niezapowiedziany, w środku dnia. Nikogo nie zastał, więc zamiast uznać, że wyszliśmy z domu, stwierdził, że pewnie się wyprowadziliśmy. Zadzwonił do właścicielki mieszkania, ale jako że ona nie wiedziała, gdzie jesteśmy, to zaczął się problem.

Swoją drogą, nasza pani landlord też chyba nie należy do najmądrzejszych, jeśli nie potrafiła powiedzieć, że mieszkamy w jej mieszkaniu. Zwłaszcza, że zaledwie kilka dni wcześniej mówiłam jej, że będziemy kontynuować wynajem, po czym zapłaciłam czynsz za kolejne trzy miesiące!

O matko! Gdyby tylko ktoś w tym kraju potrafił myśleć logicznie!

Ale nieeee, zamiast tego, musieliśmy iść na posterunek policji. Wszystkich już tam znamy, tak często tam chodzimy!

Po wejściu od razu zadzwoniliśmy do Flory, żeby to ona z nimi porozmawiała i wyjaśniła o co chodzi, ale ……… nie odebrała telefonu. Podjęliśmy kilka prób, nie mówiąc już o tym, że Kasper prosił ją wcześniej o numer, właśnie w tym celu. Powinna się spodziewać, nieprawdaż?

Na tym etapie nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko spróbować własnych sił i załatwić to samemu.

Byliśmy już w trakcie rozmowy ze słabo nas rozumiejącym panem, gdy Flora wreszcie oddzwoniła. Oddałam telefon, pan oddalił się do swojego biurka i powrócił dopiero po 7 – minutowej rozmowie, po czym oznajmił: „no problem”. Ja na to, swoją przystosowaną do warunków chińskich, angielszczyzną: „go home?”.

Tak, sprawa była załatwiona! Mogliśmy wrócić do domu. A poszliśmy tam głównie po to, żebym mogła podać temu panu telefon i żeby Flora mogła z nim porozmawiać. Naprawdę nie dało się tego inaczej załatwić? Nie mogła do nich po prostu zadzwonić i wyjaśnić sytuacji?

Przygoda z KFC.

Odkąd mieszkamy w Chinach, od czasu do czasu nachodzi nas ogromna ochota na KFC. Tym razem zauważyliśmy, że mają nową ofertę z dziwnymi kanapkami, z czego jedna była czarna i pokryta meat floss’em, a druga różowa. Co prawda wiedzieliśmy, że na pewno nie będą dobre, ale pokusa spróbowania takich dziwactw, była zbyt duża.

Zauważyliśmy, że jest zestaw zawierający akurat te dwie kanapki, więc bez wahania go zamówiliśmy, dodatkowo dopłacając 12 RMB za duży zestaw frytek z czterema sosami.

Niestety kilka rzeczy poszło nie tak. Po pierwsze, na jedzenie czekaliśmy wyjątkowo długo, a już na pewno znacznie dłużej niż powinniśmy, zważywszy na fakt, że KFC to fast food. Po drugie, zamawialiśmy super nowość, wszędzie rozreklamowaną, więc tym bardziej nie powinno to tak długo trwać! Po trzecie, dostaliśmy czarną kanapkę, a różowej już nie. Zamiast różowej, dostaliśmy zwykłą kanapkę, której normalnie nigdy byśmy nie zamówili, gdyż najzwyczajniej w świecie, jest niedobra. Po czwarte, dostaliśmy jedynie duży zestaw frytek, a tego który normalnie jest w zestawie, już nie. Po piąte, wszystko przychodziło do nas stopniowo. Po szóste, najpierw część naszego zestawu wyjątkowo długo leżała na ladzie, zapewne w oczekiwaniu na któryś z elementów, zanim ktoś wreszcie postanowił przynieść nam to, co było już gotowe. Pewnie uznał, że jedzenie leży zbyt długo i wystygnie. Miał rację, większość jedzenia była już zimna, gdy je dostaliśmy.

W ten oto sposób, posiłek, który zapowiadał się całkiem ciekawie, zamienił się w jedną wielką irytację, której Kasper dał ujście, poprzez rozmowę z menedżerką. Z tego co wiem, wyraził swoje niezadowolenie z faktu, że nie dostaliśmy tego, co zamówiliśmy. Menedżerka na to, że przecież dali nam inną kanapkę w zamian. Naprawdę? Tak to się załatwia? Ktoś zamawia zestaw, którego nie ma, więc zamiast go o tym poinformować, po prostu daje mu się coś innego?

Poza tym, zapytała go, co chce żeby zrobiła, na co on odpowiedział jej, że przecież to ona jest menedżerką, więc chyba ona powinna wiedzieć.

Koniec końców, gdy byliśmy już pogodzeni z kolejną porażką w KFC (gdyż nie była to pierwsza tego typu sytuacja) i jedliśmy swoje obrzydliwe i zimne kanapki, a także frytki z sosami, z których jeden okazał się być czekoladą, a drugi miąższem duriana, menedżerka przyszła do naszego stolika z przeprosinami i pełnym zwrotem pieniędzy.

Czyli jednak dało się coś zrobić, a nawet samemu na to wpaść.

   

Pogoda.

Zgodnie z przewidywaniami, w lipcu przyszły niewyobrażalne upały, które bardzo skutecznie uprzykrzały nam życie przez cały miesiąc.

Oboje nie znosimy upałów, a te w Chongqing są szczególnie uciążliwe. Temperatury sięgają 40°C. Czasami, gdy wychodzi się z pomieszczenia, ma się wrażenie, że tuż przed nami pali się ognisko i żar dosłownie nas oblewa.

Radzenie sobie z takimi temperaturami, zwłaszcza w ogromnym, zatłoczonym mieście, naprawdę nie należy do najłatwiejszych zadań. Zwłaszcza, jeśli codziennie trzeba korzystać z autobusów, aby dostać się do pracy.

Dlatego też, wyjścia z domu ograniczyliśmy praktycznie tylko do tych niezbędnych. A będąc na ulicy, staraliśmy się jak najwięcej czasu spędzać w cieniu i jak najczęściej chłodzić się w miejscach z klimatyzacją.

Podróże.

Głównie za sprawą pogody, lipiec nie był ciekawym miesiącem pod względem podróżniczym. Wręcz przeciwnie.

Tak naprawdę, większość naszych dni wolnych spędziliśmy w domu, ewentualnie udając się na zakupy.

Na wycieczkę udaliśmy się tylko raz i to na bardzo krótką. Mianowicie, wybraliśmy się do muzeum, które jest oddalone zaledwie o kilka przystanków od naszego mieszkania. Zdecydowaliśmy się na to miejsce właśnie ze względu na odległość i fakt, że jest to obiekt zamknięty, z klimatyzacją.

Muzeum, o którym mowa, to bardzo znane Three Gorges Museum. Jak się jednak okazuje, o trzech przełomach rzeki Jangcy (które znajdują się niedaleko miasta), w muzeum jest tylko jedna wystawa. Reszta to wystawy na inne tematy.

Byliśmy trochę rozczarowani, że tak mało dowiedzieliśmy się na temat trzech przełomów i tamy, którą tam zbudowano. Bardziej jednak rozczarował nas fakt, że wiele informacji w muzeum, to czysta i niezwykle łatwa do wychwycenia, propaganda.

O tym jednak, napiszę więcej przy innej okazji.

Początek podróży do prowincji Yunnan.

W lipcu nie mieliśmy większej ochoty na żadne wycieczki również dlatego, że wiedzieliśmy, że zbliżają się nasze wakacje.

30 lipca wyruszyliśmy na długo wyczekiwaną podroż do prowincji Yunnan. O tym jednak, również ukaże się osobny post.

Życie towarzyskie.

Początek miesiąca podporządkowany był mundialowym meczom, które oglądaliśmy nawet my, chociaż na co dzień kompletnie nie interesujemy się piłką nożną.

Jesteśmy jednak zdania, że mundial to szczególna okazja i bardzo lubimy wspólne wyjścia ze znajomymi na piwo i mecz oraz emocje, które towarzyszą tym wydarzeniom.

Tak więc, widzieliśmy między innymi niespodziewane zwycięstwo Rosji nad Hiszpanią (które oglądaliśmy w towarzystwie aż szóstki Rosjan), Chorwacji nad Anglią, a także mecz finałowy.

30-tka Kaspra.

Na koniec miesiąca, troszkę przed czasem, świętowaliśmy 30-te urodziny Kaspra. Plan był taki, żeby celebracje rozpocząć w domu, po czym udać się na miasto, ale do tego drugiego etapu, nigdy nie doszło.

W rezultacie imprezowaliśmy w mieszkaniu i było naprawdę super. Przyszło mnóstwo osób, w sumie było nas szesnaścioro. Nasze międzynarodowe grono w Chongqing bardzo się ostatnimi czasy rozrosło i mieliśmy gości z dziewięciu krajów: Chin, Polski, Ukrainy, Rosji, Armenii, Kamerunu, Brazylii, Anglii oraz Niemiec.

2 Comments Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*