The Final Countdown: 11, czyli nasze ostatnie miesiące w Chinach.

Pierwszego lipca (2018) rozpoczął się nasz ostatni rok w Chinach. Tym razem już na pewno.

Tego dnia pierwszy raz poszłam do nowej pracy, w której kontrakt mam na rok. Plan A zakłada, że wytrzymam do końca, ale nie kładę na to zbyt dużego nacisku. Tym razem jestem otwarta na to, co przyniesie przyszłość, a zwłaszcza najbliższe miesiące i jeśli uznam, że nie chcę już pracować w Chinach, ani kończyć tego kontraktu, to po prostu zrezygnuję i wyjadę.

Mam już dość uczenia, zwłaszcza w tym kraju i jestem gotowa wracać do domu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak ważnym okresem w moim życiu był (i wciąż jest) pobyt w Państwie Środka i dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać te ostatnie 12 miesięcy.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, potraw do spróbowania i przygód do przeżycia.

Mam czas, żeby wszystko sobie rozplanować i na spokojnie zrealizować, a następnie opisać to na blogu.

Stąd też, po zakończeniu każdego miesiąca, będę publikować krótkie sprawozdanie z tego, co się działo. Chcę jak najwięcej zapamiętać i zachować wspomnienia zarówno z pracy, jak i z naszego codziennego życia, wyjazdów, wyjść ze znajomymi i interakcji z Chińczykami. Mam nadzieję, że Was też to zaciekawi.

Sierpień 2018.

Pierwsze jedenaście dni sierpnia spędziliśmy w prowincji Yunnan, rozkoszując się długo wyczekiwanymi wakacjami i cudowną, lekko chłodnawą pogodą.

Reszta miesiąca upłynęła nam natomiast na bardziej przyziemnych zajęciach, z których na pierwszy plan, wysunęła się niestety praca. 

Odkąd przenieśliśmy się do Morning Star, poziom naszej irytacji znacznie zmalał i stresu w życiu też mamy mniej, ale za to doświadczamy i uczestniczymy w tak wielu niedorzecznych sytuacjach, że po powrocie do domu, ciężko o tym wszystkim zapomnieć. Z drugiej jednak strony, naprawdę cieszę się, że na koniec naszego pobytu w Chinach, przyszło nam doświadczyć pracy w centrum wczesnej edukacji. Inaczej nigdy byśmy się nie dowiedzieli, jak niedorzeczne jest to przedsięwzięcie i nie mielibyśmy szansy zaskakiwać naszych znajomych coraz to dziwniejszymi historiami.

Nowy kampus.

Pierwszego dnia po wakacjach, poszłam na nowy kampus, czyli do mojej szkoły docelowej.

Wcześniej, jeszcze w lipcu, spędziłam tam jeden dzień, więc wiedziałam czego się spodziewać. Miałam też już swoje biurko z komputerem, a nawet kilka rzeczy na półkach.

Cieszyłam się, że skończyły się moje uciążliwe dojazdy na stary kampus i przesiadywanie w ciasnym, niefunkcjonalnym biurze ze zbyt wieloma osobami. Teraz byłam w ogromnym, nowym i bardzo czystym biurze, w dodatku w towarzystwie zaledwie czterech osób. Co więcej, do pracy mogłam chodzić na nogach (ok. 20 minut), a w okolicy miałam mnóstwo opcji na lunch. 

Poza tym, wiedziałam, że raczej nie czeka mnie zbyt wiele pracy, gdyż szkoła wciąż nie była oficjalnie otwarta i z tego co wiem, pierwsze dziecko zapisało się dopiero 21 sierpnia.

Nie oznacza to jednak, że mogłam się spodziewać braku niespodzianek i chociaż dużą część miesiąca spędziłam zajmując się sama sobą, to nie ominęło mnie kilka niesamowitych przygód, których nie zapomnę zapewne do końca życia. 

Dni wolne. 

Wszystko zaczęło się jednak dużo bardziej prozaicznie, a mianowicie od konfliktu z Cici, główną nauczycielką, do którego doszło już pierwszego dnia po moim powrocie. 

Otóż dowiedziałam się wtedy, że skoro „należę” teraz do nowego kampusu, to powinnam spodziewać się zmiany dni wolnych. 

Takie stwierdzenie zadziałało na mnie jak płachta na byka, gdyż dni wolne były jedną z kwestii ustalonych podczas podpisywania kontraktu. Kasper i ja chcieliśmy mieć dni wolne razem i nie podlegało to jakiejkolwiek dyskusji.

Oczywiście od razu powiedziałam to Cici, która słysząc to, bardzo się zdenerwowała. Zapewne nie przywykła do osób, które stawiają opór, gdyż Chińczycy nie zachowują się tak w miejscu pracy. 

Wyszła z biura, a ja od razu skontaktowałam się z Florą, wyrażając swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. Flora obiecała porozmawiać bezpośrednio z naszą dyrektorką. 

Cici wróciła po kilku minutach z informacją, że mogę mieć moje dni wolone w czwartki i piątki, tak jak było ustalone. Problem solved. 

Szczerze mówiąc byłam trochę zaskoczona, że poszło aż tak gładko. Domyślam się jednak, że nie chcą nas denerwować, gdyż przyszliśmy 4-osobową grupą, zapełniając ogromne luki wśród pracowników i nie mogą sobie pozwolić, żeby nas stracić.

Jak się okazuje, nie oznacza to jednak, że dla naszego i wspólnego dobra, zaczną się ze sobą trochę sprawniej komunikować, gdyż następnego dnia, Kasper stanął przed prawie identycznym problemem.

Otóż jego główna nauczycielka – Linda, ustaliła grafik, zmieniła mu dni wolne i nawet nie raczyła go o tym poinformować.

Kasper zorientował się sam i też od razu uderzył do Flory. 

W ten oto sposób, oboje musieliśmy walczyć o nasze dni wolne tuż po powrocie z wakacji. Na szczęście w obu przypadkach wygraliśmy. 

Najgorsze jest jednak to, że gdyby spróbowali się z nami dogadać w tym samym czasie i po prostu zapytali, czy oboje możemy zmienić nasze dni wolne, to z pewnością byśmy się zgodzili i wszyscy byliby zadowoleni. 

Zamiast tego, na moim kampusie wszystkie nauczycielki miały wolne we wtorki i środy, a ja byłam wtedy sama. Dlatego też, przez dwa ostatnie tygodnie miesiąca, musiałam w te dni jeździć na stary kampus. Zamiast nie robić nic u siebie, nie robiłam nic na starym kampusie.

Wypłata.

Normalnie wypłaty przychodzą 10-ego każdego miesiąca, ale ze względu na wakacje, w sierpniu miały pojawić się z opóźnieniem.

Dla nas nie stanowiło to problemu, więc cierpliwie czekaliśmy. 

W końcu wybrałam się jednak do banku, gdzie spotkało mnie zaskoczenie. Okazało się bowiem, że przyszła tylko jedna wypłata, a nie dwie. 

Oczywiście od razu skontaktowałam się z Florą, która oznajmiła, że zapewne na kampusie Kaspra wysłali pieniądze troszkę później i żeby niczym się nie martwić. 

Konto sprawdzałam przez kilka kolejnych dni, ale pieniądze nie przychodziły.

W między czasie powiedziano nam, że to musi być problem naszego banku, gdyż oni pieniądze wysłali i mają potwierdzenie. 

Potrzebowałam jakichś dwóch sekund, żeby patrząc na potwierdzenie, domyślić się, dlaczego wypłata nie przyszła. Otóż w okienku na nazwisko odbiorcy było napisane Kasper Amadeusz, a o nazwisku już niestety zapomniano.

Podzieliliśmy się naszym odkryciem z Florą, ale ona kompletnie to zignorowała, mówiąc, że to żaden problem. 

Dni mijały, a my czekaliśmy na dzień wolny i przygotowywaliśmy się na wycieczkę do banku i kolejną „przygodę”.

Na szczęście zanim do tego doszło, dostaliśmy wiadomość, że przelew wrócił, gdyż nazwisko było źle wpisane i już wysyłają go ponownie.

O matko! Jak to możliwe, że osoba zajmująca się na co dzień finansami nie wie, że przelewając pieniądze, trzeba wpisać pełne nazwisko, tak jak na karcie? I po co Flora wypytywała mnie o dokładne dane, jeśli później nie zostały one użyte? I dlaczego tutaj wszystko musi być takie skomplikowane?

Babies’ crawling competition.

W pewną sobotę, wysłano nas do galerii handlowej, gdzie miałyśmy przeprowadzić zabawy dla dzieci.

Jedną z nich były zawody w raczkowaniu. 

Brzmi niedorzecznie, prawda? Otóż nie, w Chinach jest to podobno bardzo popularne zajęcie. 

A jak wyglądają takie zawody? Dzieci wpuszcza się na maty przez specjalne plastikowe drzwiczki, co powoduje natychmiastowe skojarzenia z ringiem bokserskim. Następnie maluchy raczkują w kilku rzędach i próbują dotrzeć do mety jako pierwsze. 

Tyle tylko, że dzieci są zbyt małe, żeby w ogóle rozumieć o co chodzi i zarówno zawody jak i ewentualne nagrody, mają w głębokim poważaniu. 

Niektóre kierują się w złą stronę, inne próbują uciekać, jeszcze inne zanoszą się płaczem. Rodzice natomiast, zamiast zdać sobie sprawę, że może ich dzieci nie mają ochoty na takie rozrywki, walą im przed oczami nadmuchanymi maczugami i krzyczą wniebogłosy. Hałas jest niesamowity, co nie może dobrze wpływać na słuch u tak małych dzieci.

Trudno jednak oczekiwać, że rodzice to zrozumieją. Patrząc na ich codzienne zachowanie, łatwo dojść do wniosku, że słabo orientują się w tym, co dla ich dzieci jest najlepsze. Kompletnie nie uczą ich też, jak się zachowywać. 

Tego dnia mieliśmy jeszcze jedną imprezę dla dzieci (urodzinową, chociaż nikt nie miał urodzin), podczas której zwróciłam szczególną uwagę na jedną z matek.

Jej dziecko cały czas było na matach, w wielu sytuacjach przeszkadzając innym dzieciom. Ona tylko się uśmiechała, jakby nie zauważała, że przez jej córkę, inne dzieci nie mogą swobodnie brać udziału w zawodach. 

Co więcej, jej stopy całe pokryte były ranami, które moim zdaniem wyglądały na grzybicę, a ona chodziła boso po naszym spadochronie i matach. Dokładnie tam, gdzie bawią się dzieci i wszystkiego dotykają.

A tak na marginesie, wspomnę jeszcze, czym jechałyśmy do tej galerii handlowej. Otóż było nas pięć, a w dodatku miałyśmy ze sobą mnóstwo gratów, więc zwykłej taksówki zamówić nie mogłyśmy. Zamiast tego, przyjechał po nas van.

Niestety pojazd nie miał wystarczająco dużo siedzeń, na co ja od razu zwróciłam uwagę.

Akurat była przy nas dyrektorka, która szybko skierowała mnie na przednie siedzenie, a w rezultacie pozostałe nauczycielki musiały zmieścić się we trzy na jednym większym siedzeniu. Dziewczyna z marketingu, wylądowała natomiast na podłodze.

O pasach nie ma nawet co wspominać. Zapięte miałam je oczywiście tylko ja.  

Imprezy dla dzieci, które są zbyt duże, aby przyjść do naszej szkoły.

Poza wspomnianym powyżej wypadem do galerii oraz dwoma imprezami w szkole, w sierpniu dwukrotnie odwiedziłyśmy również znajdujący się po sąsiedzku pokój zabaw. Zorganizowałyśmy tam zajęcia dla dzieci i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ani jedno dziecko nie było w odpowiedniej kategorii wiekowej. Wszystkie były dużo starsze. 

Można by pomyśleć, że jest szansa, że któryś rodzic ma jeszcze młodsze dziecko i być może się zainteresuje, ale rodziców nie było tam prawie wcale. Poza tym, po co organizować imprezę dla ewentualnego rodzeństwa naszej grupy docelowej, zamiast po prostu dla grupy docelowej?

Kostki lodu.

Podczas naszych imprez promocyjnych, dzieci uczestniczyły w przeróżnych zabawach. Jedną z nich, było rozbijanie kostek lodu małymi, drewnianymi młotkami. W kostkach znajdowały się świecidełka do przyklejenia na twarzy i dzieci miały je wydobyć.

Lodu wcale nie dało się tak łatwo rozłupać i trzeba było w tym celu użyć całkiem sporo siły. Na szczęście nic się nikomu nie stało, ale moim zdaniem ryzyko było spore. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby któremuś z tych maluchów kawałek lodu wpadł do oka.

Perkusja.

Za którymś razem, siedzieliśmy wszyscy na naszym spadochronie (grupa kilkudziesięciu osób) i coś tam robiliśmy, podczas gdy jedno dziecko podłapało zestaw małego perkusisty i zaczęło na nim napieprzać. Mamusia siedziała po drugiej stronie i tylko z błogim uśmiechem, wpatrywała się w swojego bachora. Chyba nawet przez myśl jej nie przeszło, że dziecko przeszkadza i może trzeba by coś z tym zrobić.

Natomiast innym razem, perkusją zainteresowała się jedna z matek i też zaczęła sobie przygrywać podczas naszych zajęć. Wyobrażacie to sobie?! Mamusia!

Podsumowując.

Tak właśnie wyglądał mój sierpień. Multum niedorzeczności, ale mało pracy, w związku z czym, narzekać zbytnio nie wypada.

Morderstwo.

Pod koniec miesiąca dotarły do nas słuchy, że na naszym osiedlu doszło do morderstwa, w dodatku dość nietypowego.

Otóż pewna kobieta zdradzała swojego partnera, o czym ten się dowiedział. Wysłał jej wiadomość, żeby wróciła do domu, bo chce ją zabić. Ona, jako że podobno czuła się winna, do domu wróciła.

Wtedy on zapytał, jak chce umrzeć. Ona na to, że bezboleśnie. Partner przychylił się do prośby i z tego co wiemy, prawdopodobnie udusił ją poduszką, a ciało schował w szafie.

Filmik z całego wydarzenia wysłał do przyjaciela, który mocno się przeraził i zawiadomił policję.

Gdy policja przybyła na miejsce, mężczyzna zachowywał się bardzo spokojnie, a ciało wciąż leżało w szafie.

Dość przerażająca historia, prawda? W dodatku wydarzyła się na naszym osiedlu. Ja przez kilka dni nie mogłam przestać o tym myśleć.

A o całym zajściu dowiedzieliśmy się od koleżanki, która z kolei dowiedziała się od swojej koleżanki, która pracuje w policji. W związku z tym, że morderstwo przebiegło w zaciszu domowym, bez kłótni i wrzasków, sąsiedzi się nie zorientowali i informacja nie przedostała się do mediów.

Podobno nikt o tym nie wie.

Jak mówi nasza koleżanka, jest to standardowa praktyka policji, że nie ujawniane są informacje o zbrodniach, jeśli nie ma takiej konieczności i da się je zataić.

Czego jeszcze się dowiedzieliśmy? Otóż okazuje się, że mieszkamy na przeklętym osiedlu, gdyż podobno co roku dochodzi tu do jakiejś tragedii, np. morderstwa lub samobójstwa.

Pogoda.

Gdy wróciliśmy z Yunnan’u, z radością zauważyliśmy, że w Chongqing odrobinę się ochłodziło. Wciąż było gorąco, ale temperatury nie oscylowały już wokół 40°, a raczej 32 – 34°. Oczywiście były też i cieplejsze dni, ale generalnie dało się odczuć różnicę.

Ja, jako że naprawdę nie lubię upałów, byłam zaskoczona, że potrafię odczuwać ulgę powyżej 30 – stu stopni Celsjusza. No ale z drugiej strony, zawsze lepiej, jak jest nam po prostu bardzo gorąco, niż tak, jakby ktoś nas wkładał do ogniska.

Niestety pod koniec miesiąca temperatury znów podskoczyły do góry i 31 – ego sierpnia było 37°. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że akurat tego dnia postanowiłam sobie połazić po mieście i jeszcze w dodatku wspiąć się na pagodę. The worst timing ever!

Zwiedzanie miasta.

Pagoda, o której wspomniałam powyżej, znajduje się w parku Eling. Jej bryła nie jest zbyt efektowna i chyba słabo już pamięta lepsze czasy, ale widok, który się z niej rozpościera, jest po prostu genialny.

Las wieżowców ciągnie się po horyzont i aż trudno uwierzyć, że miasto jest aż tak ogromne.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*