The Final Countdown: 10, czyli nasze ostatnie miesiące w Chinach.

Pierwszego lipca (2018) rozpoczął się nasz ostatni rok w Chinach. Tym razem już na pewno.

Tego dnia pierwszy raz poszłam do nowej pracy, w której kontrakt mam na rok. Plan A zakłada, że wytrzymam do końca, ale nie kładę na to zbyt dużego nacisku. Tym razem jestem otwarta na to, co przyniesie przyszłość, a zwłaszcza najbliższe miesiące i jeśli uznam, że nie chcę już pracować w Chinach, ani kończyć tego kontraktu, to po prostu zrezygnuję i wyjadę.

Mam już dość uczenia, zwłaszcza w tym kraju i jestem gotowa wracać do domu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak ważnym okresem w moim życiu był (i wciąż jest) pobyt w Państwie Środka i dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać te ostatnie 12 miesięcy.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, potraw do spróbowania i przygód do przeżycia.

Mam czas, żeby wszystko sobie rozplanować i na spokojnie zrealizować, a następnie opisać to na blogu.

Stąd też, po zakończeniu każdego miesiąca, będę publikować krótkie sprawozdanie z tego, co się działo. Chcę jak najwięcej zapamiętać i zachować wspomnienia zarówno z pracy, jak i z naszego codziennego życia, wyjazdów, wyjść ze znajomymi i interakcji z Chińczykami. Mam nadzieję, że Was też to zaciekawi.

Wrzesień 2018.

Trzeci miesiąc naszego ostatniego kontraktu już za nami. Wrzesień minął nie wiadomo kiedy i mamy za sobą ćwierć ostatniego roku w Chinach.

Tak, jak się spodziewałam, dni mijają nam bardzo szybko.

Na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że praca zajmuje nam mnóstwo czasu. Spędzamy w niej 9 godzin dziennie plus dojazdy, co w przypadku Kaspra, oznacza ponad dwie dodatkowe godziny.

Poza tym, ja wreszcie zaczęłam uczestniczyć w lekcjach i wykonywać pracę, do której zostałam zatrudniona. W lipcu i sierpniu miałam głównie treningi, a od września jestem prawdziwą nauczycielką, odpowiedzialną za swoją asystencką część lekcji. Fakt, że nie muszę na siłę szukać sobie zajęcia na całe 9 godzin, też sprawia, że godziny i dni mijają mi szybciej.

A skoro już jesteśmy przy temacie pracy, to czas na kilka historyjek z mojego codziennego życia w Morning Star.

Niesamowitości dnia codziennego.

Z każdym dniem coraz bardziej przyzwyczajam się do mojej obecnej codzienności i pracy w centrum wczesnej edukacji, w związku z czym, coraz mniej mnie dziwi.

Od czasu do czasu, zdarza się jednak coś, co wzbudza moje niedowierzanie i nie mogę oprzeć się pokusie, aby o tym tutaj nie wspomnieć. Stąd też, poniżej znajdziecie kilka historyjek z ostatniego miesiąca.

Rozwój zmysłów, czyli podotykajmy dzieci warzywami.

G1 (Grade 1) to poziom dla najmniejszych dzieci, które mają mniej niż 5 miesięcy. Są to zatem niemowlaki, które jeszcze bardzo słabo ogarniają, co się wokół nich dzieje.

A co my robiliśmy z nimi na lekcji? Cici przyniosła kosz warzyw i owoców, po czym wyjmowała je po kolei, przykładała bobasom do twarzy, dawała do wąchania i machała im przed oczami.

Ogólnie może nie jest to taki zły pomysł, żeby zmusić dzieci do uaktywnienia zmysłów. Na pewno im to nie zaszkodzi. Moje wątpliwości wzbudziła tylko część z dotykaniem. Warzywa nie wyglądały na umyte, a poza tym,   po co dotykać niemowlaka cytryną? To owoc tropikalny, który dzieci od razu chciały lizać. Wydaje mi się również, że jest zbyt kwaśny, żeby pocierać nim dziecku buzię.

Indiańskie pióropusze, czyli nasz dzień afrykański.

Tego samego dnia, w naszej szkole była impreza afrykańska. Poza takimi czynnościami jak noszenie koszyków na głowie, były również tańce. Tyle tylko, że do strojów w panterkę, dopasowano opaski na głowę z piórami i wydawano indiańskie okrzyki.

Powiedziałam później dziewczynom w biurze, że Indianie są z Ameryki, a nawet pokazałam im zdjęcia w Internecie. Uśmiechały się trochę nieswojo, ale chyba nie bardzo się przejęły.

Innym razem, na dzień o Indiach, przygotowano typowo tureckie stroje do tańca brzucha.

O tym im już nie powiedziałam, uznałam, że nie ma to sensu.

Powyżej trzeciego roku życia.

Przy okazji naszych imprez, gdy z braku zajęcia zaczęłam czytać etykiety, odkryłam, że flamastry, które mieliśmy użyć do malowania twarzy, są przeznaczone dla dzieci powyżej trzeciego roku życia. Oczywiście wszystkie dzieci w naszej szkole są poniżej tej granicy wiekowej.

Od razu powiedziałam o tym Cici, a ta zareagowała jak typowa Chinka, czyli zerwała etykietę.

Nie ważne, że dzieci dostaną uczulenia albo wysypki. Malujemy im po buziach!

Wcześniej odkryłam, że nasz płyn do baniek też jest nieodpowiedni. Kto by się jednak przejmował czymś takim?! Nie w Chinach.

Jak otworzyć szampana?

Któregoś dnia w naszym biurze pojawiły się butelki szampana. Stały sobie tak przez kilka dni, aż w końcu dziewczyny zaczęły żywo się nimi interesować. Było to na dzień przed oficjalnym otwarciem szkoły.

W pewnym momencie zapytały, czy umiem je otworzyć. Całe szczęście, że to zrobiły, gdyż zauważyłam wtedy, że mają w ręce korek i myślą, że nim będą otwierać.

Wytłumaczyłam im cały proces, ale dalej wydawały się bardzo niepewne. Po chwili zapytały, czy mogę otworzyć te butelki już teraz.

Wytłumaczyłam im dlaczego nie otwiera się szampana dzień przed tym, gdy zamierza się go wypić. Na szczęście zaakceptowały.

Następnego dnia przyszły do mnie jednak z rana i poprosiły o otwarcie. Dalej było kilka godzin do imprezy, ale uznałam, że nie mam już siły. Otworzyłam wszystkie.

Później okazało się, że i tak nikt nie zamierzał tego pić. Na stole ustawiono piramidę z kieliszków i kilka ważnych osób przelało przez nią te dwie, czy trzy butelki. Nikt nawet nie wziął łyka.

Dopiero później widziałam pracownice, które z ciekawością przyglądały się trunkowi i któraś nawet spróbowała. Być może pierwszy raz miały do czynienia z szampanem.

„We all love babies”, czyli mój niesamowity wkład w otwarcie szkoły.

Podczas otwarcia szkoły, które odbyło się 3-ego września, były przemowy, występy, a także krótka recytacja w wykonaniu wszystkich pracowników. Ja też miałam w niej udział i było to jedyne, co miałam do zrobienia. Wcześniej zaproponowano mi uczestnictwo w tańcu z innymi nauczycielkami, ale po pierwszej próbie zrezygnowałam. Dziewczyny wybrały układy z milionem różnych ruchów i uznałam, że ja się do tego nie nadaję.

W każdym razie, podczas recytacji miałam do powiedzenia dwa proste zdania, w dwóch różnych momentach. Haczyk polegał na tym, że wszyscy inni mówili po chińsku, więc musiałam uważać, żeby odezwać się w odpowiednim momencie.

Pierwsze zdanie brzmiało tak: „Yes, we can, because we all love babies.”

Drugiego zdania nigdy nie dane mi było wypowiedzieć. Zanim zdążyłam wydobyć z siebie pierwszy dźwięk, dziewczyny, które miały być następne, wykrzyczały swoją kwestię.

Powiedzenie tego jednego zdania, otworzenie butelek szampana, wycięcie kilku gwiazdek i ok. 10-minutowe malowanie rynny (o które poproszono mnie po południu), były jedynymi rzeczami, które miałam tego dnia do zrobienia. Siedem godzin w pracy, a produktywność zerowa. Tak zresztą wyglądało wiele moich dni we wrześniu.

Bywały nawet takie, kiedy nie miałam do zrobienia ani jednej rzeczy. Kilka razy zdarzyło się bowiem, że byłam jedyną nauczycielką w pracy i całymi dniami siedziałam wtedy przed komputerem.

Nie taka zła ta praca, prawda?

Biedne Chinki.

Niestety tylko ja mam takie luzy w pracy i tylko mnie nie zaprząta się głowy dodatkowymi zajęciami.

Cici i trzy pozostałe nauczycielki mają przerąbane i bardzo się dba, żeby nie miały zbyt dużo wolnego czasu.

Przed Mid – Autumn Festival zostały całkowicie pozbawione obu dni wolnych w tygodniu, więc pracowały ok. 10 dni z rzędu, a może nawet więcej.

Dzień przed otwarciem szkoły, zorganizowano próbę. Pomimo tego, że cały dzień nie było prawie nic do roboty, próba zaczęła się dopiero tuż przed szóstą, czyli pod sam koniec pracy. Ja po kilku minutach powiedziałam, że muszę iść i poszłam, ale wszystkie inne dziewczyny musiały zostać jeszcze na godzinę lub półtora. One nie mogą sobie tak po prostu wyjść.

Następnego dnia wszyscy przyszliśmy do pracy pół godziny wcześniej, ale Cici zapewniła mnie, że wyjdziemy również pół godziny wcześniej. Jak nadeszła 17:30, tylko ja się zebrałam. Wszyscy inni musieli zostać, bo trzeba było dalej malować rynny i wykonywać inne prace artystyczne.

I tak non stop. Dziewczyny nie mają nic do powiedzenia w żadnej kwestii i absolutnie nie mogą się sprzeciwiać.

Jak zapytałam Nicole, czemu odbierają im dni wolne, skoro mają je przecież w kontrakcie, to powiedziała, że muszą robić to, co im karzą, albo mogą iść do domu i już nie wracać. Ja na to, że przecież nie ma ich kto zastąpić, a one pracują już od kilku miesięcy i są doskonale przeszkolone, więc byłaby to ogromna strata (wszystkie trzy przyszły dokładnie wtedy co ja, a od tego czasu było mnóstwo innych kandydatek, ale albo same uciekły, albo nie zostały zaakceptowane). Nicole na to, że nikogo to nie obchodzi.

Rzeczywiście, jest to zjawisko, z którym spotykam się w Chinach nie pierwszy raz. Nikt nie dba tu o pracowników, pomimo, że ich odejście jest często prawdziwą katastrofą dla firmy. Zwłaszcza, jak odchodzi ich wielu na raz, a to zdarza się bardzo często.

Chińska logika.

Przygoda w Ikei.

Jakiś czas temu pisałam o naszej niedorzecznej wyprawie do KFC, a we wrześniu spotkała nas kolejna przygoda, tym razem w Ikei.

Jeździmy tam czasami po kawę i kilka innych produktów, a przy okazji jemy obiad. Ja zazwyczaj zamawiam łososia, gdyż normalnie nie mam okazji go jeść. Tak też było i tym razem.

Niestety, tuż po kilku pierwszych kęsach, okazało się, że mój łosoś jest zamarznięty w środku.

Na wieść o tym, Kasper przystąpił do akcji i poszedł z moim talerzem do obsługi. Oni mu na to, że ryba ma być na zimno. Hahaha, nie ma to jak potraktować klienta jak debila.

Kasper na to, że wie, że łosoś jest na zimno, ale ten jest zamarznięty w środku.

Kolejna porada ze strony pracowników była taka, żebyśmy podgrzali sobie danie w mikrofalówce.

Ostatecznie skończyło się na tym, że dostałam nowy talerz z nową rybą. I byłoby to rozwiązanie jak najbardziej zadowalające, gdyby nie okazało się, że i ten łosoś jest zamarznięty.

I jak tu się nie denerwować?

Chiński masaż.

We wrześniu wybrałam się z koleżanką na masaż. Oczywiście nie był to mój pierwszy raz w Chinach, ale nigdy wcześniej o tym nie pisałam, a uważam, że jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Przede wszystkim, jest zupełnie inne od tego, do czego przywykłam w Polsce.

Ja osobiście do Spa wybieram się po to, aby się zrelaksować, wyciszyć i odpocząć.

W Chinach natomiast, do Spa idzie się po to, aby się najeść, obejrzeć film i pogadać, ewentualnie posłuchać co mają do powiedzenia masażystki.

To, na co my zawsze się decydujemy, to masaż stóp w połączeniu z masażem całego ciała.

Wygląda to tak, że jesteśmy prowadzone do prywatnego pokoju, w którym są dwa, ewentualnie trzy (zależnie od tego, ile nas jest) potężne fotele.

Na chwilę zostajemy same, gdyż musimy się przebrać w przygotowane pidżamki, które wyglądają koszmarnie. Są brązowe, dużo za duże i wyglądamy w nich tragicznie.

Podczas masażu nie będziemy nago, ani w bieliźnie. Cały czas będziemy w tych pidżamkach.

Po chwili przychodzi ktoś z obsługi, żeby przyjąć zamówienie. Wybieramy wtedy kawę, herbatę, albo inny napój, a do tego zupę, pierogi, makaron, popcorn, lub cokolwiek innego. Menu jest dość bogate i większość dań jest wliczona w cenę masażu.

Na ścianie przed nami, mamy ogromny ekran i możemy puścić sobie film. Ja nie lubię tego robić, ale moje koleżanki już tak.

Gdy przychodzą masażystki, zaczynają od namoczenia naszych stóp. W fotelu ukryte są małe wanienki, do których wkładają plastikowy worek, a dopiero później napełniają go ciepłą wodą. Dosypują też jakiejś mieszanki ziołowej i w tym moczą nasze nogi.

Masaż jest skoncentrowany na stopach, ale w ciągu 80 minut, zostaną nam wymasowane całe ciała, łącznie z karkiem, głową, dłońmi.

Po zabiegu czuję się bardzo dobrze, ale w trakcie bywa boleśnie. Nigdy nie jest mi dane wybrać, czy chcę masaż klasyczny, czy relaksacyjny, więc rozumiem, że opcja jest tylko jedna.

Masaż zawsze jest bardzo profesjonalny i nie miałabym do niego żadnych zastrzeżeń, gdyby nie fakt, że jest robiony przez ubranie i bez olejku.

Poza tym, nie podoba mi się, że masażystki albo zagadują nas, albo gadają między sobą. W takich warunkach nie sposób się w pełni zrelaksować.

Z początku byłam bardzo negatywnie nastawiona do całego procesu (wręcz zszokowana) i chciałam, aby mój masaż jak najbardziej przypominał to, do czego przywykłam w Polsce.

Z czasem jednak, zaczęłam traktować to jako doświadczenie. Inny kraj, inna kultura. Sam masaż wciąż jest bardzo satysfakcjonujący, więc czemu nie poddać się i nie zrobić wszystkiego dokładnie tak, jak robią to Chińczycy?!

Dlatego też, od jakiegoś czasu pierwsze co robię po wejściu do pokoju, to zamawiam pierogi i inne przysmaki (a jedzenie zawsze jest znakomite), natomiast resztę czasu spędzam na pogaduchach z koleżankami. Jest naprawdę fajnie.

Pogoda.

Pogoda we wrześniu trochę mnie zszokowała. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że miesiąc będzie gorący i ochłodzenie będzie przychodzić do Chongqing bardzo powoli. Otóż pomyliłam się i to bardzo. Przykładowo, jeszcze 5 września mój telefon pokazywał 34°C, a 8 sierpnia, było już tylko 18°C.

Oczywiście nie można powiedzieć, że zrobiło się zimno, ale lato definitywnie się we wrześniu skończyło. 

Podróże i rozrywki.

Wrzesień nie był ciekawym miesiącem pod względem podróżniczym. W ogóle nie ruszyliśmy się poza miasto.

Raz wybraliśmy się jednak ze znajomymi nad rzeki i zrobiliśmy sobie spacer po słynnej ulicy Nanbinlu. Widoki stamtąd są naprawdę imponujące. Miasto rozbudowuje się w zastraszającym tempie i tak, jak już wielokrotnie stwierdzałam, za jakiś czas będzie nie do poznania.

Innym razem, z koleżanką Iriną, odwiedziłam park na wzgórzu w pobliżu miejsca, w którym mieszkamy.

Obie już od dawna chciałyśmy się tam wybrać i wreszcie nadarzyła się okazja. Park jest bardzo ładny i nie ma tam prawie nikogo, więc jest idealny na spacery. Nic szczególnego tam jednak nie zobaczymy, no może poza tajemniczymi badylami wystającymi z ziemi, które wyglądają jak spalone drzewa.

Miejsce to bardzo przypomina mi wzgórze, które mieliśmy koło domu w Linping, Hangzhou.

We wrześniu sporo chodziliśmy po barach, głównie aby grać w nasze karcianki. Razem ze znajomymi ciągle odkrywamy nowe gry i mamy spore grono osób, które dość regularnie się w tym celu spotyka. Gramy przede wszystkim w Cards Against Humanity oraz Joking Hazard.

Jeśli chodzi o inne rozrywki, to we wrześniu pierwszy raz spróbowałam gier VR (virtual reality). Było super i bardzo realistycznie. Zdecydowałam się na zabijanie zombie i przejażdżkę roller coaster’em. To drugie prawie doprowadziło mnie do wymiotów, tak było realistycznie. Źle się czułam jeszcze przez kilka godzin po powrocie do domu.

Byłam tam z dwoma koleżankami i jako, że byłyśmy bodajże jedynymi klientkami, obsługa bardzo dobrze się nami zajęła. Dostałyśmy też dużo więcej czasu na gry. Normalnie mają trwać 5 minut, a my za każdym razem dostawałyśmy dwa, trzy razy więcej.

W oczekiwaniu na zmiany.

We wrześniu po raz pierwszy dotarło do mnie, że faktycznie niedługo nadejdzie czas, aby pożegnać się z Chinami.

Ktoś mógłby powiedzieć, że chyba powinnam od dawna zdawać sobie z tego sprawę, zwłaszcza, że już w lipcu zaczęłam odliczanie. Otóż nie.

Któregoś dnia nagle zaczęłam wyobrażać sobie ten dzień i doszło do mnie, że będę musiała po raz ostatni zamknąć drzwi naszego mieszkania, wsiąść do taksówki, po raz ostatni obejrzeć wieżowce mijane w drodze na lotnisko, a następnie wsiąść do samolotu i odlecieć, pozostawiając Chiny na zawsze za sobą.

Szczerze mówiąc, jest to dość przerażająca wizja. Myślę, że tak duże zmiany nigdy nie przychodzą łatwo, nawet jeśli jest się na nie gotowym.

Gdy podzieliłam się tymi przemyśleniami z kolegą, on od razu powiedział, że przecież przylecę w odwiedziny. Otóż nie. Nie sądzę abym kiedykolwiek miała do Chin wrócić.

Mam już poczucie, że wszystko co miałam tutaj do zrobienia, zrobiłam. I wszystko co miałam zobaczyć (prawie), zobaczyłam. Co więcej, większość znajomych też wcześniej czy później z Chin wyjedzie, więc tak naprawdę, niewiele będzie osób, które mogłabym tu ewentualnie odwiedzić.

Poza tym, tyle jest jeszcze miejsc na świecie, które chciałabym zobaczyć, że nie sądzę abym kiedykolwiek zapragnęła poświęcić wolny czas na przyjazd akurat do Chin.

Być może kiedyś zmienię zdanie, gdyż na pewno ciekawie byłoby zobaczyć Chongqing za jakieś 20 lat, ale na chwilę obecną, nie widzę takiej opcji.

Natomiast co do tych dziewięciu miesięcy, które nam pozostały, to zdaję sobie sprawę, że niejedna osoba pomyślałaby, że to dużo. Z doświadczenia wiem jednak, że czas ten minie jak w mgnieniu oka.

Zwłaszcza ostatnio, dni lecą jeden za drugim, podobnie tygodnie.

Jak mówimy znajomym, że pracujemy w Morning Star od trzech miesięcy, to nikt nie może uwierzyć. To już jedna czwarta kontraktu!

Zanim się obejrzymy, będziemy pakować walizki i opuszczać ten kraj na zawsze.

I tak, zdaję sobie sprawę, że od początku dużo na Chiny narzekałam, a teraz z utęsknieniem czekam na powrót do Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że ten chiński rozdział był jednym z najważniejszych w całym moim dotychczasowym życiu.

Nie da się przecenić tego doświadczenia i wszystkiego, czego się tutaj nauczyłam, zarówno o życiu, jak i o sobie. Chiny mnie zmieniły i będę wyjeżdżać stąd innym człowiekiem, niż przyjechałam.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*