The Final Countdown: 09, czyli nasze ostatnie miesiące w Chinach.

Pierwszego lipca (2018) rozpoczął się nasz ostatni rok w Chinach. Tym razem już na pewno.

Tego dnia pierwszy raz poszłam do nowej pracy, w której kontrakt mam na rok. Plan A zakłada, że wytrzymam do końca, ale nie kładę na to zbyt dużego nacisku. Tym razem jestem otwarta na to, co przyniesie przyszłość, a zwłaszcza najbliższe miesiące i jeśli uznam, że nie chcę już pracować w Chinach, ani kończyć tego kontraktu, to po prostu zrezygnuję i wyjadę.

Mam już dość uczenia, zwłaszcza w tym kraju i jestem gotowa wracać do domu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak ważnym okresem w moim życiu był (i wciąż jest) pobyt w Państwie Środka i dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać te ostatnie 12 miesięcy.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, potraw do spróbowania i przygód do przeżycia.

Mam czas, żeby wszystko sobie rozplanować i na spokojnie zrealizować, a następnie opisać to na blogu.

Stąd też, po zakończeniu każdego miesiąca, będę publikować krótkie sprawozdanie z tego, co się działo. Chcę jak najwięcej zapamiętać i zachować wspomnienia zarówno z pracy, jak i z naszego codziennego życia, wyjazdów, wyjść ze znajomymi i interakcji z Chińczykami. Mam nadzieję, że Was też to zaciekawi.

Październik 2018.

Wraz z końcem października, upłynęła jedna trzecia naszego ostatniego roku w Chinach. Jak już wielokrotnie wspominałam, czas mija nam zadziwiająco szybko, pomimo tego, że już nie możemy się doczekać powrotu do Polski. Dziwne, prawda?

Szkoła.

Jeśli chodzi o pracę, to w październiku, o dziwo, nie wydarzyło się prawie nic, co zasługiwałoby na wzmiankę. Albo minęła pierwsza, trochę zdezorganizowana faza i w szkole wszystko się jakoś poukładało, albo to ja przyzwyczaiłam się do panujących warunków i nic mnie już nie dziwi.

Jedyne o czym chciałabym wspomnieć, to nasza wycieczka integracyjna i pewne ciekawe spotkanie pracowników naszego kampusu.

Integracja.

Jak już wspominałam, jestem jedynym obcokrajowcem w mojej szkole, przez co czuję się trochę osamotniona. Gdyby inni pracownicy faktycznie mówili po angielsku, nie byłoby problemu. Niestety większość z nich posługuje się tylko podstawowymi zwrotami, a niektórzy nie mówią po angielsku wcale.

Nawet inne nauczycielki słabo się ze mną komunikują.

W każdym razie, któregoś dnia dowiedziałam się, że planowana jest wycieczka dla wszystkich pracowników naszego kampusu. Miała się odbyć w poniedziałek, więc uznałam, że nawet nie będę pytać, czy muszę na nią jechać. Uznałam, że skoro jest to dzień pracujący, to raczej muszę.

Za cel obrano Nan Shan, czyli jedną z gór w Chongqing.

Chinki musiały się tam udać już w niedzielę po pracy, w dodatku na własny koszt. Ja powiedziałam, że przyjadę w poniedziałek rano, gdyż naprawdę nie miałam ochoty spędzać całej nocy z dziewczynami, które nie będą ze mną rozmawiać. Jak się później okazało, była to znakomita decyzja.

Długa podróż.

W poniedziałek rano, wybrałam się w podróż, która okazała się znacznie dłuższa, niż przewidywałam.

Poza tym, że szmat drogi przejechałam metrem, to później spędziłam ok. półtorej godziny w taksówce. Oczywiście nie powinno być tak długo, ale jak zwykle zawiodły mapy na Baidu Maps, a chiński taksówkarz jak zwykle nie miał pojęcia gdzie jedzie. Rozmawiał z dziewczynami, do których kilkukrotnie musiałam dzwonić, z przypadkowymi ludźmi na ulicach, korzystał też ze swojego telefonu, ale drogi bardzo długo nie udawało się znaleźć.

W sumie nic dziwnego. Gdy w końcu dotarliśmy do celu, wylądowaliśmy na polnej ścieżce, która wyglądała jakby prowadziła donikąd. Obok był plac budowy, ale żadnego hotelu nie było widać.

W pierwszej chwili pomyślałam, że znowu źle trafiliśmy, ale gdy zobaczyłam dziewczyny na horyzoncie, to wreszcie mogłam odetchnąć z ulgą.

Dziewczyny próbowały targować się z taksówkarzem, bo w końcu on powinien ogarniać dojazd, a nie ja, ale ostatecznie musiałam mu zapłacić całość – 84 RMB, co i tak nie jest jakąś ogromną sumą, jak na półtoragodzinną przejażdżkę.

Ośrodek, do którego trafiłam, wyglądał całkiem ładnie, z małymi, przytulnymi i ładnie urządzonymi domkami. Jednak jak to w Chinach, wiele rzeczy było niedopracowanych, budowa wciąż trwała i generalnie panował lekki rozgardiasz. Miejsce z potencjałem, pod warunkiem, że ktoś doprowadzi projekt do końca.

Program dnia.

Pierwszym punktem programu był lunch. Niestety szybko okazało się, że niektóre osoby mają spotkanie i musimy na nich zaczekać z jedzeniem.

Niesamowite, prawda? Przyjeżdżamy na wycieczkę, ale praca jedzie razem z nami. Widocznie były tak ważne sprawy, że trzeba było je przedyskutować właśnie w tym miejscu.

W końcu jednak zjedliśmy, a następnie przyszedł czas na grę integracyjną.

Na ścianie powieszono mapę pustyni i generalnie chodziło o to, żeby znaleźć najkrótszą drogę z jednego punktu do drugiego i z powrotem.

Mniej więcej tyle dowiedziałam się ja. Zasady zostały oczywiście wytłumaczone, rozdano też potrzebne informacje na kartkach. Tyle tylko, że nikt nie pofatygował się, żeby i mnie wtajemniczyć, a moja grupa bardzo szybko wyeliminowała mnie z procesu decyzyjnego.

W rezultacie przesiedziałam jakieś dwie godziny, zupełnie nie rozumiejąc co się wokół mnie dzieje, od czasu do czasu umilając sobie czas telefonem.

Na koniec wszyscy zaczęli się rozchodzić i okazało się, że będę wracać z Cici, po którą miał przyjechać chłopak.

Niestety wkrótce dowiedziałam się, że oznacza to ok. 40 minut oczekiwania, co i tak się przeciągnęło. W rezultacie byliśmy ostatnią grupą, która opuściła to miejsce.

Porażka! Naprawdę bardzo się cieszyłam, że nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby jechać z nimi wszystkimi w niedzielę. Szlag by mnie tam trafił.

Spotkanie.

W poniedziałki w Morning Star nie ma lekcji. Dotyczy to wszystkich lekcji poza, jak się okazuje, moim angielskim dla dzieci z IC, czyli przedszkola.

Poniedziałek jest bowiem dniem na spotkania, zmianę naszych set up’ów, mycie zabawek itp.

Gdy odbywa się spotkanie dla wszystkich, to zazwyczaj nie chodzę, gdyż wszyscy gadają wtedy po chińsku.

W ostatni poniedziałek października, zostałam jednak w takie spotkanie wrobiona.

Przyszłam zanim się rozpoczęło i przywitały mnie oklaski. Na tym etapie nie sądziłam, że faktycznie są dla mnie, więc zupełnie je zignorowałam. Nikt też nic nie powiedział, więc szczerze mówiąc myślałam, że klaskają z innego powodu, tudzież bez powodu.

Spotkanie przebiegało normalnie, czyli poszczególne osoby wychodziły po kolei na środek i coś tam gadały. W końcu wyszła też Cici i tak jak pozostali, zabrała głos po chińsku.

W pewnym momencie zaczęła jednak na mnie spoglądać i szeroko się uśmiechać, po czym nastąpił przełom, a mianowicie, padło całe zdanie po angielsku. Brzmiało ono mniej więcej tak „Gosia is the most beautiful”. I tyle. Zaraz po wypowiedzeniu tego zdania, Cici kontynuowała przemowę w języku chińskim i nigdy nie przyszło mi się dowiedzieć, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło.

Lekcje.

Najważniejsze, że w październiku nie napracowałam się za wiele. W weekendy miałam zazwyczaj po kilka lekcji, ale za to poniedziałki, wtorki i środy upływały mi niemal wyłącznie na prywatnych sprawach. Jeśli mnie pamięć nie myli, to tylko raz miałam krótkie demo w środę, a poza tym angielski w poniedziałki. Bajka! Ta praca to był naprawdę dobry wybór na ostatni rok w Chinach. Lepiej chyba trafić nie mogłam.

Lekcje z każdym dniem przychodzą mi też łatwiej i już od dawna nie muszę się zastanawiać, jak wygląda procedura na poszczególną z nich. Jedyne co mnie denerwuje, to opóźnienia i fakt, że zazwyczaj lekcje trwają znacznie dłużej niż powinny.

Poza tym, nie podoba mi się, że pomimo tego, że mamy wiele zasad, regularnie są one łamane. Jedna lekcja szczególnie zapadła mi w pamięć, gdyż była całkowitym pogwałceniem idei, jaka stoi za Montessori.

Otóż do sali, razem z niemowlakiem weszła matka i jej starszy syn. Od razu mi się to nie spodobało, gdyż z matką może być tylko ojciec, ewentualnie babcia. Nikt inny nie powinien w klasie się znajdować.

Chłopak miał jakieś 8 – 10 lat i szybko okazało się, że 45 minut to dla niego stanowczo za dużo, żeby usiedzieć w miejscu. Podczas lekcji dał nam pełen popis swoich możliwości, w tym: tarzanie się po matach, chodzenie po set up’ach, gadanie z matką, wychodzenie i wchodzenie do sali, a także skok nad niemowlakiem.

Mamusia pozostała oczywiście niewzruszona i ani raz go nie upomniała.

Masakra w przedszkolu.

Niestety w październiku doszło w naszym mieście do strasznej tragedii. Mianowicie, jakaś wariatka weszła na teren jednego z przedszkoli i zaatakowała dzieci nożem kuchennym. Pocięła im twarze i z tego co wiem, niektóre dzieci są w bardzo złym stanie. Nikt nie zginął, ale dwójka podobno nigdy nie będzie mówić.

Co więcej, jakiś chirurg plastyczny zadeklarował pomoc i darmowe operacje, po czym okazało się, że to nie prawda i on tylko próbował zrobić sobie reklamę.

A czemu kobieta zaatakowała dzieci? Podobno jej wnuczek chodził do tego przedszkola i dzieci wymyśliły mu przezwisko. Kobieta interweniowała u dyrektora i żądała wydalenia ze szkoły kilkorga dzieci, na co ten oczywiście nie przystał. W związku z tym, kobieta postanowiła wymierzyć sprawiedliwość osobiście.

Ten news bardzo nami wszystkimi wstrząsnął. To tylko dowód na to, że nigdy nie wiadomo czego się spodziewać i nie sposób przygotować się na pewne sytuacje. A ludzie, których mijamy na ulicy niczego nie podejrzewając, mogą okazać się bardzo źli i gotowi do wyładowania swoich frustracji na innych, np. kompletnie bezbronnych przedszkolakach. Nie mieści się to w głowie, ale tak właśnie jest.

Co gorsza, przeróżne tragiczne historie z całych Chin zalewają nas non stop, ale zdaje się, że ostatnio naprawdę wiele z nich ma miejsce w Chongqing. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Wygląda na to, że nasze miasto nie jest aż tak bezpieczne, jak myśleliśmy.

Sport.

W październiku wybrałam się na zajęcia Muay Thai, które prowadzi mój znajomy z Filipin. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że akurat ten rodzaj sztuk walki, może mi się spodobać (gdyż nie lubię kopania), ale okazało się, że może.

Właściwie spodobało mi się tak bardzo, że dość długo rozważałam zapisanie się na kurs. Niestety nie odpowiadała mi odległość i grafik, więc ostatecznie zrezygnowałam.

Zamiast tego, zapisałam się na siłownię.

Wybrałam tą, która znajduje się naprzeciwko mojej szkoły, więc mogę tam chodzić codziennie podczas mojej 2-godzinnej przerwy na lunch. Takie rozwiązanie jest idealne, gdyż nigdy nie muszę się zmuszać, żeby faktycznie tam iść i wreszcie mam co robić podczas tej długiej przerwy.

Pierwszego dnia zrobiono mi test, podczas którego wyszło ile mam tłuszczu, mięśni itd. Okazało się, że brakuje mi ponad 5 kilo mięśni. Porażka.

Jerry, trener, który przeprowadził test, zrobił mi później trening na sali i od tego dnia prawie codziennie się mną zajmuje. Był taki moment, kiedy próbował mnie namówić na opłacenie zajęć z prywatnym instruktorem (we własnej osobie), ale odmówiłam i od tego czasu nie zawraca mi tym głowy. Trenuje mnie jednak dalej, z czego jestem bardzo zadowolona. Przede wszystkim pokazuje mi, jak prawidłowo korzystać z urządzeń, żeby ćwiczyć odpowiednie mięśnie. Oprócz tego, pisze do mnie z pytaniami, interesuje się moimi mięśniami, zdrowiem, dietą itp. Naprawdę dobrze trafiłam z tą siłownią.

Podróże.

W październiku wzięliśmy dwa dni wolnego, co w połączeniu z naszym weekendem, dało nam cztery dni i udaliśmy się na wyspę Hainan.

Cudownie spędziliśmy tam czas, odpoczęliśmy trochę od pracy i przede wszystkim od Chongqing. Miasto było bowiem w październiku wyjątkowo szare i przygnębiające.

Oprócz tego, poniżej znajdziecie kilka zdjęć z Nanbinlu. Wybrałam się tam pewnego deszczowego dnia. Lubię te okolice, gdyż można tam obserwować pływające po rzekach barki i statki. Widać tam trochę inny Chongqing niż ten, który znamy z bardziej popularnych i luksusowych miejsc w mieście.

Halloween.

Najważniejszym wydarzeniem w naszym życiu towarzyskim w październiku, było Halloween.

Imprezę zaplanowaliśmy z ogromnym wyprzedzeniem i od razu zaznaczyliśmy, że będzie to impreza z kostiumami. My swoje zamówiliśmy na taobao już na początku miesiąca.

Wszystko zaczęło się w naszym mieszkaniu, do którego jakimś cudem zmieściło się 20 osób. Później ruszyliśmy do klubu Revolucion w imprezowej części miasta, gdzie zostaliśmy do końca.

Gdy wysiedliśmy z taksówek, poczuliśmy się jak gwiazdy filmowe. Od razu zebrało się wokół nas grono osób i zaczęli nam robić zdjęcia, podczas gdy my pozowaliśmy. Brakowało jedynie czerwonego dywanu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*