The Final Countdown: 06, czyli nasze ostatnie miesiące w Chinach.

Pierwszego lipca (2018) rozpoczął się nasz ostatni rok w Chinach. Tym razem już na pewno.

Tego dnia pierwszy raz poszłam do nowej pracy, w której kontrakt mam na rok. Plan A zakłada, że wytrzymam do końca, ale nie kładę na to zbyt dużego nacisku. Tym razem jestem otwarta na to, co przyniesie przyszłość, a zwłaszcza najbliższe miesiące i jeśli uznam, że nie chcę już pracować w Chinach, ani kończyć tego kontraktu, to po prostu zrezygnuję i wyjadę.

Mam już dość uczenia, zwłaszcza w tym kraju i jestem gotowa wracać do domu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak ważnym okresem w moim życiu był (i wciąż jest) pobyt w Państwie Środka i dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać te ostatnie 12 miesięcy.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, potraw do spróbowania i przygód do przeżycia.

Mam czas, żeby wszystko sobie rozplanować i na spokojnie zrealizować, a następnie opisać to na blogu.

Stąd też, po zakończeniu każdego miesiąca, będę publikować krótkie sprawozdanie z tego, co się działo. Chcę jak najwięcej zapamiętać i zachować wspomnienia zarówno z pracy, jak i z naszego codziennego życia, wyjazdów, wyjść ze znajomymi i interakcji z Chińczykami. Mam nadzieję, że Was też to zaciekawi.

Styczeń 2019.

Styczeń minął nie wiadomo kiedy i mam wrażenie, że każdy kolejny miesiąc będzie mijał jeszcze szybciej.

Pożegnanie z Państwem Środka zbliża się ogromnymi krokami.

Praca.

W pracy miałam luz, tak jak w poprzednich miesiącach. Dzieci przychodziła do szkoły garstka, bo albo były chore, albo spędzały zimę w cieplejszych miejscach, albo były już na wyjazdach w związku z Chińskim Nowym Rokiem.

Zdarzały się dni, kiedy nie miałam ani jednej lekcji. Nawet w weekendy, kiedy ma być najwięcej pracy, lekcje były odwoływane. Raz zdarzyło się, że przez cały weekend miałam tylko cztery lekcje, dwie w sobotę i dwie w niedzielę. Pełen relaks.

Przedszkolaki.

Oprócz tego, w styczniu zaczęłam wreszcie zauważać postępy w angielskim u dzieciaków z naszego przedszkola. Uczę je tylko raz w tygodniu, przez 45 minut, więc nie spodziewam się imponujących efektów, ale wreszcie zaczęły coś łapać. Grają w gry, powtarzają słówka, a niektóre nawet zapamiętują.

Coraz lepiej idzie mi też z dyscypliną, gdyż na początku wyglądało to naprawdę żałośnie. Dzieci są tak małe (poniżej trzeciego roku życia), że naprawdę trudno im pojąć o co chodzi z chodzeniem na lekcje, a poza tym, nie potrafią na niczym zbyt długo skoncentrować uwagi.

W każdym razie, w styczniu wreszcie udało mi się trochę nad nimi zapanować. O tym jak ciężkie było to zadanie, może świadczyć fakt, że i tak mam na lekcjach pomoc, gdyż zawsze są ze mną dwie, trzy chińskie nauczycielki.

Dni wolne.

W styczniu mieliśmy wolne z okazji standardowego Nowego Roku, a pod koniec miesiąca, zaczynały się wakacje z okazji Chińskiego Nowego Roku.

Niby super, ale po raz kolejny okazało się, że w Chinach nic nie może obyć się bez komplikacji.

Po pierwsze, logika (lub jej brak) jaka przyświeca Chińczykom w związku z długimi weekendami, jest dla mnie kompletnie niezrozumiała.

Mnie zawsze wydawało się, że po to są długie weekendy, żeby były DŁUGIE i żeby można było trochę odpocząć.

Otóż nie w Chinach. Za każdym razem gdy zbliża się wolne i trzeba odrobić jakiś dzień, jest on odrabiany bezpośrednio przed, lub po wolnym. W niektórych przypadkach, zarówno przed, jak i po.

Dlatego przykładowo, zamiast czterech dni wolnych, Chińczycy mają tylko trzy, gdyż muszą przyjść do pracy w sobotę, bezpośrednio przed wolnym. Długi weekend jest zatem skrócony, a w dodatku każdy jest bardziej zmęczony, gdyż zamiast pięciu dni, musiał pracować sześć.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej przy okazji dłuższych wakacji, np. Chińskiego Nowego Roku.

Tym razem zostaliśmy poinformowani, że zarówno przed wakacjami, jak i po, musimy pracować cały tydzień, również w nasze dni wolne. Miało to dotyczyć zarówno chińskich pracowników, jak i nas, obcokrajowców.

Chyba nie muszę mówić, jak bardzo taka informacja nas wszystkich zdenerwowała. Zwłaszcza, że zamiast obiecanych dwóch tygodni, mieliśmy mieć tylko 10 dni wolnego, które na szczęście zostały później zamienione na 12 dni.

W każdym razie, gdybyśmy zastosowali się do tych wytycznych, to przed wakacjami, musielibyśmy pracować sześć dni z rzędu, a po wakacjach, osiem!

Nasza czwórka przyjęła te wiadomości bardzo źle i wszyscy zaczęliśmy wypisywać do Flory (która nas zrekrutowała i złożyła wiele obietnic, które nie zostały spełnione) z pretensjami i żądaniami zmian.

Gdy Flora zawiodła, zdobyłam kontakt do pewnej pani posługującej się pseudonimem „Sunflower”. Powiedziano mi, że jest ważna, aczkolwiek czym dokładnie się zajmuje, to nie wiem.

W każdym razie, cała nasza czwórka zaczęła wypisywać do Sunflower, co zaowocowało jej spotkaniem z Kasprem, który reprezentował nas wszystkich.

Podczas spotkania zostało poruszonych wiele tematów, ale to, co każdego interesowało najbardziej, to oczywiście kwestia długości naszych wakacji i praca w dni wolne.

Pełnego sukcesu nie udało się osiągnąć, ale Sunflower obiecała, że z trzech dni wolnych, podczas których mieliśmy pracować, a nie zamierzaliśmy, jeden będzie płatny. Pozostałe dwa niestety nie.

Oprócz tego, Kasper zdołał wynegocjować 150% wynagrodzenia za nadgodziny, czyli to, co powinno funkcjonować od początku.

Poświęcił na tą rozmowę prawie dwie godziny, podczas których rozmawiały z nim cztery osoby i każda mówiła to samo, ale żadna nie potrafiła podejść do tematu zbyt logicznie.

Masakra!

Jeśli ktoś z czytelników zamierza pracować w Chinach, to naprawdę radzę, aby nalegać, aby wszystkie ważne kwestie zostały dokładnie ustalone i zawarte w kontrakcie. My generalnie zawsze staraliśmy się postępować zgodnie z tą zasadą, ale trochę zawaliliśmy przy okazji Morning Star. Stało się tak dlatego, że naglił nas czas i nie mieliśmy pewności, jak pójdzie nasz proces wizowy i czy w ogóle pójdzie.

Tak więc, dobry kontrakt to podstawa, gdyż w Chinach z logiką kiepsko, a większość negocjacji wygląda jak walenie grochem o ścianę.

Natomiast wracając jeszcze na chwilę do tematu Chińskiego Nowego Roku, muszę dodać, że zmuszanie pracowników do odrabiania tych wszystkich dni, nie ma sensu również z tego powodu, że kompletnie nie ma wtedy nic do roboty. Większość osób jest już wtedy w podróży, nikt do szkół nie chodzi i w rezultacie, ludzie siedzą w pracy zupełnie bezczynnie.

Wiem też, że moja szkoła nie jest tu jakimś wyjątkiem. Koleżankom z i2 też odebrano dni wolne. Tam jednak, władze szkoły były chociaż na tyle mądre, żeby nie próbować tego samego z obcokrajowcami.

Świeże powietrze.

Kolejna sprawa, która w styczniu działała mi na nerwy, to obsesja Chińczyków na punkcie świeżego powietrza. Przy czym powinnam raczej napisać „świeżego powietrza”.

Otóż mamy w Chongqing zimę i chociaż styczeń był dość ciepły, z temperaturami oscylującymi zazwyczaj wokół 7-10 C, to jednak jest zima!

Ja jestem przyzwyczajona, że o tej porze roku, regularnie wietrzy się wszelkie pomieszczenia, ale przez większość czasu, okna są zamknięte. Zwłaszcza w klasach, gdzie siedzi się w miejscu i gdzie znajdują się małe dzieci.

Poza tym, mamy w Morning Star dość dobrze działającą klimatyzację oraz specjalny system oczyszczający powietrze.

Co więcej, chyba nikogo nie zaskoczę, gdy napiszę, że w Chinach jest duże zanieczyszczenie powietrza. Zwłaszcza w zimie!

W styczniu była z tym w Chongqing masakra. Na zewnątrz ledwie dało się oddychać. Zanieczyszczenie mocno przekraczało wszelkie normy. Były dni, kiedy AQI wynosiło sporo ponad 200! Ja zaczęłam nawet nosić maseczkę.

Jak połączy się te wszystkie fakty, to nasuwa się wniosek, że mądrze byłoby pozamykać wszystkie okna w szkole i uruchomić system oczyszczania powietrza, prawda?

Otóż nie! Obecnie jestem chyba jedyną osobą w szkole, która włącza ten system, a poza tym, muszę ciągle zamykać wszystkie okna, które zazwyczaj ktoś inny po chwili otwiera.

Nie dość, że ogrzewanie nie działa wtedy najlepiej, to jeszcze dostaje nam się do środka zabójczy smog!

Któregoś dnia przed lekcją, zaczęłam zamykać wszystkie okna, na co moja koleżanka mówi, że potrzebujemy świeżego powietrza. To był właśnie jeden z tych dni z zanieczyszczeniem powyżej 200!

Nie było łatwo, ale zdołałam się opanować i wytłumaczyłam jej, dlaczego nie jest to dobry pomysł. Jestem jednak przekonana, że wcale to do niej nie dotarło.

Chińczycy zawsze muszą mieć otwarte okna i nie wiem, czy jest coś, lub ktoś, kto może to zmienić.

Podróże.

W styczniu wybrałam się ze znajomymi do antycznego miasteczka w okolicach Chongqing. Anju jest urodziwe i można tam spędzić miło czas, ale mojego zachwytu nie wzbudziło. Być może byłam już w zbyt wielu miejscach tego typu, że nie łatwo zrobić na mnie wrażenie. Być może Anju nie jest też wystarczająco ’’autentyczne” jak na mój gust.

Jedzenie mają tam jednak dobre, a oprócz tego, można pozwiedzać świątynki i obejrzeć operę. Widok z wierzy wznoszącej się na wzgórzu, też jest niczego sobie.

31 stycznia rozpoczęłam swoje zimowe wakacje i poleciałam do Tajlandii. O tym jednak, będzie osobny post.

Hot pot.

Po tym jak w październiku zapisałam się na siłownię i mój trener powiedział, żebym nie jadła hot pot’a, faktycznie go nie jadłam. Ponad dwa miesiące!

W styczniu było jednak ku temu tyle okazji, że już nie dałam rady i skusiłam się aż 3 razy!

Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych rzeczy w Chinach i nie wiem jak będę żyła w Polsce bez hot pot’a. Naprawdę!

2 Comments Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*