The Final Countdown: 03, czyli nasze ostatnie miesiące w Chinach.

Pierwszego lipca (2018) rozpoczął się nasz ostatni rok w Chinach. Tym razem już na pewno.

Tego dnia pierwszy raz poszłam do nowej pracy, w której kontrakt mam na rok. Plan A zakłada, że wytrzymam do końca, ale nie kładę na to zbyt dużego nacisku. Tym razem jestem otwarta na to, co przyniesie przyszłość, a zwłaszcza najbliższe miesiące i jeśli uznam, że nie chcę już pracować w Chinach, ani kończyć tego kontraktu, to po prostu zrezygnuję i wyjadę.

Mam już dość uczenia, zwłaszcza w tym kraju i jestem gotowa wracać do domu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak ważnym okresem w moim życiu był (i wciąż jest) pobyt w Państwie Środka i dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać te ostatnie 12 miesięcy.

Jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, potraw do spróbowania i przygód do przeżycia.

Mam czas, żeby wszystko sobie rozplanować i na spokojnie zrealizować, a następnie opisać to na blogu.

Stąd też, po zakończeniu każdego miesiąca, będę publikować krótkie sprawozdanie z tego, co się działo. Chcę jak najwięcej zapamiętać i zachować wspomnienia zarówno z pracy, jak i z naszego codziennego życia, wyjazdów, wyjść ze znajomymi i interakcji z Chińczykami. Mam nadzieję, że Was też to zaciekawi.

Kwiecień 2019.

Praca.

Z naszego dotychczasowego doświadczenia wynika, że w żadnej prywatnej szkole w Chinach nie może być za dobrze.

My pracowaliśmy w trzech i za każdym razem, jak zaczynaliśmy pracę, to warunki wydawały się znośne, a nawet dobre.

Z czasem jednak, wprowadzane były kolejne i kolejne zmiany, z czego każda okazywała się bardziej niedorzeczna niż poprzednia.

Czasami wydaje mi się, że Chińczycy mają przeświadczenie, że cały czas muszą coś ulepszać, bo inaczej nie będzie widać, że pracują. Bardzo poważnie traktują też każdą skargę płynącą od rodziców, jako że ci są klientami i płacą.

Zazwyczaj nie liczy się zdanie nauczycieli, którzy w większości przypadków, mają odpowiednie wykształcenie i lata doświadczenia. Nad ich opinie, stawia się idiotyczne żądania rodziców.

Gdy pracowaliśmy w Jinhua, jeden z rodziców zasugerował, że powinniśmy mieć lampy do dezynfekcji i niedługo później, pojawiły się one w każdej klasie.

Nikt nie wytłumaczył jak z nich korzystać i pierwszego dnia wiele osób zostało narażonych na ich szkodliwe oddziaływanie, gdyż były włączone w całej szkole, podczas naszej obecności.

Później to Chinkom polecono ich obsługę, więc to one narażały swoje zdrowie, włączając i wyłączając lampy.

Klasy nie były też wystarczająco długo wietrzone.

Nie mówiąc już o tym, że moim zdaniem, lampy nie pełniły absolutnie żadnej funkcji.

Co z tego, że wieczorem zdezynfekuje się całą klasę, jeśli następnego dnia, jeden z rodziców przyśle do szkoły dziecko z gorączką. Bakterie natychmiast przeniosą się na inne dzieci.

W i2 co chwilę się coś zmieniało, co doprowadzało nas do szału i nie zliczę, ile wieczorów spędziłam rozmyślając nad pracą, zamiast poświęcić ten czas na relaks.

W Morning Star długo było znośnie, ale im bliżej do końca mojego kontraktu, tym więcej pojawia się idiotycznych zmian. Sprawia to, że tym bardziej się cieszę, że już niedługo w ogóle nie będą mnie one dotyczyć i już nigdy nie będę musiała pracować z Chińczykami i znosić braku logiki w ich działaniu.

Spotkanie w Tiandi.

Kwiecień zaczął się właśnie od zmian, o których poinformowano nas pierwszego dnia miesiąca.

Tego dnia, pojechaliśmy wszyscy do Tiandi, czyli na kampus Kaspra i Łukasza. Myśleliśmy, że czeka nas kolejne nudne spotkanie, podczas którego wszyscy będą mówić po chińsku, a my będziemy grać na telefonach.

O dziwo, dla nas, obcokrajowców, zorganizowano osobne spotkanie, po angielsku.

Wydelegowano nam pewnego Chińczyka, który zazwyczaj towarzyszył Hanni, naszej instruktorce i jedynej rozsądnej osobie w całym Morning Star.

Zaczął nam opowiadać, jak to wszystko się teraz zmieni, gdyż zostaną wprowadzone nowe grupy wiekowe (będzie ich więcej), nowe piosenki, gry i takie tam.

Co więcej, każdy kampus ma przejść 2-miesięczne szkolenie, podczas którego to my, nauczyciele, mamy zaplanować nowe lekcje!

Do tej pory nie pisaliśmy żadnych planów lekcji, gdyż wszystkie były już gotowe, a poza tym, obcokrajowcy zazwyczaj pełnią rolę asystenta, a nie głównego nauczyciela. Ja na przykład, nie poprowadziłam dotąd ani jednej lekcji.

Chyba nie muszę mówić, że słysząc, że mamy zaplanować WSZYSTKIE lekcje na nowo, zareagowaliśmy szybko i gwałtownie.

Rozchodziło się głównie o to, że w naszych kontraktach nie ma mowy o planowaniu lekcji i dlaczego oni myślą, że mogą zupełnie zmienić charakter naszej pracy bez konsultacji z nami i bez naszej zgody.

W tym momencie bowiem, okazywało się, że nasza praca będzie teraz wyglądać zupełnie inaczej, a nie tak się przecież umawialiśmy.

Kasper i ja wiedzieliśmy, że nie bardzo mamy się o co martwić, gdyż niedługo odchodzimy, ale i tak wydało nam się to wszystko niedorzeczne.

Łukasz natomiast, bardzo dobitnie wyraził swoją opinię.

Co ciekawe, ten Chińczyk, który nam to wszystko mówił, zupełnie nie zrozumiał jego reakcji. Ani treści, ani nawet formy.

Łukasz mówi, że tego nie ma w jego kontrakcie, a Chińczyk przytakuje z uśmiechem. Łukasz mówi, że całkowicie zmienia się charakter pracy, a Chińczyk znów przytakuje z uśmiechem.

Chyba w ogóle nie załapał, że Łukasz wyraża swoje niezadowolenie i chyba nie zrozumiał, że ma ku temu podstawy.

To po prostu kolejna osoba, która uważa, że pracownik ma ślepo wykonywać polecenia, nie zgłaszać zażaleń i najlepiej w ogóle nie mieć swojej opinii.

No nic, po spotkaniu każdy po kolei uderzył do Hanni. Ze mną i Kasprem poszło na szczęście błyskawicznie. Od razu powiedziała, że nawet nie musimy uczestniczyć w szkoleniach, gdyż w naszym przypadku, byłyby zupełnie zbyteczne.

No właśnie, ona jedyna jest w tej szkole normalna.

Dodatkowe kwalifikacje.

Tego samego dnia, Hanni wręczyła nam dyplomy ukończenia kursu z teorii dziecięcego rozwoju. Mamy więc kolejne kwalifikacje.

Po tych czterech latach w Chinach, naprawdę czuję, że jestem nauczycielką. Przyjeżdżając tutaj, nie do końca nią byłam, ale teraz już jestem. Kursy i przede wszystkim doświadczenie, zrobiły swoje.

Nie oznacza to jednak, że to co robię, zawsze ma sens. Za przykład niech posłużą moje lekcje angielskiego.

Angielski.

W kwietniu straciłam nadzieję, że moje lekcje angielskiego z dziećmi z przedszkola, zaczną wyglądać jak lekcje i przyniosą jakiekolwiek efekty.

Po pierwsze, uczę prawie wyłącznie chłopców. Pewnego kwietniowego dnia, miałam ich w sumie dziesięciu i ani jednej dziewczynki. Co więcej, jeden chłopiec był nowy, chyba po raz pierwszy w szkole i cały czas płakał.

Kilka razy powiedziałam jednej z nauczycielek, żeby go wyprowadziła, ale nie chciała tego zrobić. W końcu wyszła, ale po chwili i tak wróciła.

Po lekcji zapytałam Cici, dlaczego nauczycielki nie wyprowadzają dzieci, które płaczą. Odpowiedź była oczywista. Muszą zrobić zdjęcia i filmiki. Gdyby rodzic zobaczył, że jego dziecka nie było w klasie podczas lekcji, byłaby skarga.

Rozumiem, że płaczące dziecko, które nie uczestniczy w lekcji, jest problemem. Natomiast fakt, że dziewięcioro pozostałych dzieci nic nie słyszy, a przez to również nie może uczestniczyć w lekcji, już problem nie jest.

Wszystko na pokaz, jak zwykle. I najważniejsi są rodzice, również jak zwykle!

Niestety nie jest to jedyny problem, z jakim borykam się podczas moich lekcji.

Dzieci przychodzą niedługo po drzemce i mają tyle energii, że aż je roznosi. Biegają, krzyczą, szaleją i ani przez chwilę nie chcą usiedzieć na miejscu.

Są tak małe, że żadne tłumaczenia, zachęty ani groźby, do nich nie docierają. Po prostu robią, co im się żywnie podoba i nie ma na to absolutnie żadnej rady.

Nowe obowiązki.

W ostatnią sobotę kwietnia, po blisko 10 miesiącach odkąd zaczęłam pracę w Morning Star, uruchomiono wreszcie na moim kampusie angielski dla pozostałych dzieci (nie z przedszkola).

Kiedyś już tego próbowano, ale skończyło się na dwóch półgodzinnych lekcjach, jako że chętny był tylko jeden chłopiec. Ewidentnie odechciało mu się chodzić, a lekcja została zawieszona.

Miałam nadzieję, że już jej przed moim odejściem ponownie nie uruchomią i wszystko na to wskazywało.

Niestety, stało się. Przestaliśmy być jedynym kampusem, który nie prowadzi podwójnej lekcji angielskiego.

Na szczęście, dzieci które na to chodzą, jest mniej i są starsze, a poza tym, na razie przychodzą z rodzicami, którzy chociaż troszkę je kontrolują.

Pod koniec miesiąca, musiałam też na nowo zacząć czytać w lobby. Po blisko dwóch miesiącach, wreszcie sobie o tym przypomnieli. A wszystko za sprawą jednej z matek, która życzy sobie, aby jej syn uczestniczył w tym wspaniałym wydarzeniu co tydzień.

Robimy to więc dla jednego rodzica i specjalnie ściągamy przedszkolaków z ich zajęć, żeby zrobić tłum.

Co jeszcze robimy dla rodziców?

W podsumowaniu ostatniego miesiąca, wspominałam o różnych zasadach obowiązujących w szkole i o tym, jak są regularnie łamane, co mówiąc delikatnie, działa mi na nerwy.

W kwietniu, dziewczynom z marketingu, udało się mnie wkurzyć bardziej niż zazwyczaj. Nie sądziłam, że jest to możliwe, a tu taka niespodzianka!

Otóż, któregoś dnia miała się odbyć lekcja. Nikt się jednak nie pojawił, a rodzice nie odbierali telefonu. Trochę odczekaliśmy, po czym lekcja została oficjalnie odwołana, o czym poinformowano nawet mnie (takie informacje nie zawsze do mnie docierają).

Było już ok. pół godziny po planowanym rozpoczęciu lekcji, gdy nagle dotarła do mnie nowa informacja, że lekcja jednak się odbędzie. Z 40 – minutowym opóźnieniem!

Rodzice najwyraźniej mieli w dupie, że przyjeżdżają tak późno, a dziewczyny z marketingu nie umiały lub nie chciały odmówić.

To nic, że zgodnie z zasadami, lekcja ma być odwołana, jeśli nikt się nie pojawi do 15 minut. Prawda jest taka, że zostanie odwołana tylko i wyłącznie wtedy, gdy naprawdę nikt nie przyjdzie.

Jak pokazuje powyższy przykład, każde spóźnienie jest tolerowane, a klient traktowany jest jak święta krowa.

Cała ta sytuacja zdenerwowała mnie bardzo, co dałam po sobie poznać. Inne nauczycielki się ze mną zgodziły, ale i tak powiedziały, że trzeba się uśmiechać.

No tak, nikt tu nie może wyrazić swojego zdania, ani w żaden sposób się sprzeciwić, nawet jeśli łamane są obowiązujące zasady.  

Team building.

15 kwietnia ponownie urządzono nam team building.

Oczywiście nikt nie poinformował mnie o tym z wyprzedzeniem, a dopiero na kilka godzin przed.

Dzięki temu nie musiałam jednak robić angielskiego dzieciakom z przedszkola, więc znów miałam dzień bez ani jednej lekcji.

Zamiast tego, wylądowałam w KTV w środku dnia, gdzie razem z resztą personelu, grałam w idiotyczne gry dla dzieci.

Nie wiem jak to jest możliwe, że dorośli Chińczycy oddają się takim rozrywkom, ale najwyraźniej sprawia im to mnóstwo radości. To naprawdę dziecinny naród.

Mianowicie, podzieleni na grupy, staliśmy na kartkach papieru, które z każdą rundą, składaliśmy na pół. Wygrywała ta drużyna, która utrzyma się na najmniejszym kawałku.

Później było coś w stylu głuchego telefonu, tylko z pokazywaniem haseł, zamiast szeptania.

A na koniec, każda grupa chowała się za kartką papieru, podczas gdy jedna osoba musiała zjeść kawałek papryczki chilli lub czegoś innego. Następnie reszta próbowała zgadnąć, która to osoba.

Było też karaoke i tańce.

Takim oto rozrywkom, z wielką radością, oddają się chińscy nauczyciele.

Jakoś w między czasie, były też przemowy, a nasza dyrektorka odczytała list, który napisała poprzedniej nocy, specjalnie na tą okazję. Jako że z tego wszystkiego przetłumaczono mi w sumie ze trzy zdania, to nie bardzo wiem, o co chodziło.

Dowiedziałam się jednak, że mamy w szkole stu uczniów i osiągnęliśmy kwartalny target na ilość podpisanych kontraktów i przeprowadzonych lekcji.

A przy okazji, policzyłam ilu jest w szkole pracowników i wyszło mi, że 30 osób. 28 to kobiety.

Większości z nich nie znam, gdyż ciągle się zmieniają.

Nikt mnie nie informuje, ani się ze mną nie żegna, jak odchodzi (poza Nicole). Nikt nie przedstawia mi też nowych pracowników.

Większość nie mówi zresztą po angielsku, więc prawie nie mam z nimi kontaktu.

Czasami mija sporo czasu, zanim zauważę, że ktoś zniknął. W tym KTV, widząc wszystkich w jednym miejscu, spostrzegłam jednak, że osób, które zostały oryginalnie zatrudnione do pracy na moim kampusie, nie zostało wiele. Rotacja jest naprawdę ogromna, czemu oczywiście w ogóle się nie dziwię. Pracownicy w Chinach traktowani są okropnie.

W każdym razie, po paru godzinach spędzonych w KTV, poszliśmy jeszcze na buffet.

Co ciekawe, szkoła zapłaciła zarówno za KTV, jak i kolację, ale funduszy zabrakło na przekąski. Dlatego, idąc do KTV, najpierw poszłyśmy do supermarketu, gdzie Cici, z własnej kieszeni, kupiła dla wszystkich snacki.

10 kwietnia – cztery lata w Chinach.

10 kwietnia minęły dokładnie 4 lata, odkąd przylecieliśmy do Chin.

Zawsze planowaliśmy coś szczególnego na tą rocznicę, więc i w tym roku nie mogło być inaczej.

Tak się złożyło, że akurat tego dnia, w klubie Nuts (gdzie odbywa się dużo ciekawych koncertów), występował zespół z Polski!

Mowa o Michał Milczarek Trio.

Koncert był super, zespół gra bardzo ciekawą muzykę, a później poznaliśmy ich wszystkich i przegadaliśmy z nimi z godzinę. Świetne chłopaki!

Pogoda.

Już w marcu spodziewałam się upałów, a te w tym roku, nie przyszły nawet w kwietniu.

O ile dobrze pamiętam, kurtkę musiałam nosić jeszcze w pierwszych dniach miesiąca.

Później było kilka naprawdę ciepłych dni, ale to wciąż nie było to, czego się spodziewałam.

Temperatury wahały się bardzo. 2 kwietnia było 13°, 6 kwietnia było 16°, a dzień później, temperatura podskoczyła do 29°! Natomiast pod koniec miesiąca, znów było po 18 – 20°.

Co więcej, w kwietniu zaczęły spadać liście z drzew! Na ulicach zrobiło się jesiennie, co nie ukrywam, zaskoczyło mnie bardzo. Widać to na jednym z poniższych zdjęć.

Wycieczka po bilety.

W kwietniu wybraliśmy się na krótką wycieczkę do prowincji Sichuan, o której za chwilę.

Aby nie mieć po drodze niespodzianek, ani nie stać w kolejkach do kas, dwa dni przed wyjazdem, wykorzystałam moją przerwę na lunch, aby pojechać na dworzec i kupić wszystkie bilety z wyprzedzeniem.

Miałam karteczkę, na której rozpisałam wszystkie połączenia, uwzględniając numer pociągu, datę, a nawet dokładną godzinę. Miałam też przygotowaną gotówkę, na wypadek gdyby nie dało się zapłacić telefonem. Oprócz tego paszporty, które są niezbędne do kupna biletów.

Byłam więc świetnie przygotowana, a poza tym, robiłam coś takiego już wiele razy.

Mimo to, całą drogę się stresowałam, a później, gdy stałam już przy okienku, to myślałam, że się rozpłaczę.

Zamierzałam kupić osiem biletów, dla dwóch osób, w cztery różne miejsca. Wiedziałam, że nie może się obejść bez problemów.

Miałam rację.

Wybrałam okienko, w którym siedziała młoda dziewczyna. Miałam nadzieję, że będzie mówić trochę po angielsku. Niestety nie mówiła.

Dałam jej kartkę ze wszystkimi informacjami oraz dwa paszporty, żeby wiedziała, że wszystkie bilety chcę dwa razy. Ilość załapała, ale reszty już nie.

Wszystko było zapisane bardzo wyraźnie i dużymi literami. Pomimo tego, nie mogła odczytać nazw i niewiele brakowało, a dostałabym bilety w inne miejsce. Poza tym, musiałam wskazać palcem, ze zapisałam też numery pociągu. Dopiero wtedy zauważyła.

Do pomocy przyszła inna dziewczyna, która jak się później okazało, mówiła trochę po angielsku. Jednak jedyne co mi powiedziała, to że mam jechać z innego dworca, a to akurat wiedziałam. Nic innego nie mówiła, ani o nic nie pytała. Zamiast tego, zaśmiewała się razem z tą pierwszą dziewczyną i wypełniała dane, bo tamta robiła to źle. Chyba ze trzy razy wpisywały pełne nazwisko Kaspra.

Z jakiegoś powodu, najpierw zapłaciłam za 6 biletów, a później wszystko robiły od początku, żeby sprzedać mi brakujące dwa.

Oprócz tego, za mną była pokaźna kolejka, której uczestnicy zaczęli się mocno denerwować. Nic dziwnego, zajmowało to niedorzecznie dużo czasu!

W sumie otoczyło mnie ze czterech chłopów, tak że nie bardzo mogłam się cofnąć, chociażby o kilka centymetrów. Kompletnie zignorowali żółtą linię.

Wszystko to było bardzo stresujące, ale co najważniejsze, akcja zakończyła się pełnym sukcesem. Dostałam wszystkie bilety.

Moje wcześniejsze obawy, jak widać, były jednak w pełni uzasadnione. Był to bowiem proces bardzo długi i bardzo problematyczny, chociaż wcale nie powinien taki być.

Dlaczego więc? Dlaczego zawsze musi to tak wyglądać?

Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że nie mam już na to wszystko siły. Dobrze, że niedługo wyjeżdżamy, bo naprawdę wymiękam. Za dużo mam już na koncie tych wszystkich problemów, komplikacji, nieporozumień. Wystarczy!

Podróże.

Jak wspomniałam powyżej, w kwietniu byliśmy na krótkiej wycieczce w prowincji Sichuan. Oprócz tego, pojechaliśmy ze znajomymi na jakąś górę w Chongqing, gdzie znajdują się malownicze, zielone jeziorka.

Ja eksplorowałam też nasze miasto, które nie przestaje mnie fascynować. Z różnych powodów.

Long Men Hao Old Street.

Long Men Hao Old Street, wbrew temu co mówi nazwa, starą ulicą nie jest. Wręcz przeciwnie.

Przypuszczam, że kiedyś znajdowały się tam tradycyjne zabudowania, ale nie pozostał po nich żaden ślad. Wszystko zbudowano od nowa.

W pobliżu są jeszcze stare domy, którym kiedyś miałam okazję pobieżnie się przyjrzeć, ale teraz są zagrodzone i nie można wchodzić na uliczkę między nimi wiodącą. Bardzo nad tym ubolewam i obawiam się, że przygotowują to miejsce do rozbiórki, co byłoby oczywiście ogromną stratą.

W każdym razie, Long Men Hao to zespół zupełnie nowych budynków, w których znajdują się sklepiki, restauracje i inne turystyczne przybytki. Wszystko wygląda całkiem ładnie, Chińczycy mają mnóstwo miejsc, przy których mogą sobie robić zdjęcia, ale autentyzmu nie ma tam za grosz.

Z tablicy informacyjnej można wyczytać, że „It is the most well preserved and largest historical and cultural street in the main urban area of Chongqing.”, co jest oczywiście perfidnym żartem. Nie sądzę, że ktoś mógłby faktycznie uwierzyć, że cokolwiek w tym miejscu jest autentyczne.

No ale cóż, Chiny!

W każdym razie, przechadzając się między tymi budynkami, natknęłam się na ciekawe malowidło, które dało mi trochę do myślenia.

Otóż przedstawia ono, jak kiedyś wyglądało życie na tej uliczce (i zapewne wielu innych). Widzimy zatem kobiety sprzedające coś na schodach, mężczyzn noszących na plecach kosze zawieszone na bambusach, ludzi ze słomkowymi kapeluszami i w łachmanach itp.

Co w tym dziwnego?

Moim zdaniem to, że życie wielu Chińczyków, wciąż wygląda dokładnie tak samo, jak na tym malowidle.

Ludzie dalej sprzedają warzywa i owoce wprost na ulicy, robotnicy dalej noszą materiały budowlane na plecach. Przy dworcach, a także w innych miejscach, wciąż natkniemy się na mężczyzn z bambusowymi badylami, którzy za drobną opłatą przeniosą bagaż lub coś innego. Nazywa się ich tak: bang bang’er.

Chiny zmieniają się szybko, życie biedoty raczej nie.

Rzeka Jangcy.

Schodząc na sam dół Long Men Hao, trafimy na Nan Bin Lu, czyli jedną z bardziej popularnych ulic w Chongqing.

Stamtąd natomiast, możemy zejść bezpośrednio do rzeki Jangcy.

Tego dnia, poziom wody był bardzo niski, dzięki czemu zostało odsłoniętych sporo kamieni prowadzących na środek rzeki.

Można było stanąć, tudzież usiąść na środku rzeki Jangcy! Fajne uczucie, naprawdę!

Leshan Giant Buddha oraz Emei Shan.

Wspomniana wycieczka do prowincji Sichuan, miała na celu przede wszystkim ogromny posąg buddy, który chciałam zobaczyć od lat. Teraz wreszcie udało się zrealizować to marzenie.

O ile budda, zgodnie z przewidywaniami, okazał się bardzo imponujący, to tłumy wyjątkowo nieznośnych turystów, skutecznie uprzykrzyły nam czas. Również zgodnie z przewidywaniami.

Przy okazji, wybraliśmy się też na pobliską górę, Emei Shan.

O wycieczce będzie oczywiście osobny wpis.

Jiu Feng.

Pod koniec miesiąca, razem z dwójką znajomych, wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy w zielone okolice miasta.

Miejsce, które odwiedziliśmy, nazywa się Jiu Feng i znajdują się tam wyjątkowo malownicze jeziorka.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*