The Best of 2020, czyli miejsca najpiękniejsze, najlepsze, najfajniejsze.

Rok 2020 już za nami. Na szczęście!
Tym razem jest mi trochę ciężko pisać podróżnicze podsumowanie, zważywszy na fakt, że ostatnie 9 miesięcy spędziłam w domu.
Zaczęło się pod koniec marca, kiedy to wróciłam do kraju w ramach akcji #LOTdoDomu i trafiłam prosto na kwarantannę. Po upłynięciu dwóch tygodni mogłam co prawda wyjść z domu, ale głównie do sklepu.
Bardzo szybko zaczęłam szukać nowej pracy, co jak wiadomo nie było najłatwiejszym zadaniem ze względu na pandemię i ludzie raczej tracili zatrudnienie, a nie zdobywali nowe. Na szczęście udało się i już pod koniec kwietnia wiedziałam, że wracam w korporacyjne szeregi. Na pierwszy dzień w nowej pracy musiałam jednak trochę zaczekać, jako że mój blisko 2 – miesięczny trening przygotowawczy zaczynał się 1 czerwca.
Był to ciekawy zbieg okoliczności, jako że pracę w Chinach zakończyłam 30 czerwca 2019 roku, a zatem byłam bezrobotna dokładnie 11 miesięcy! Co do dnia!
Czerwiec, lipiec, sierpień, czyli najcieplejsze miesiące i te, kiedy panowało największe rozluźnienie restrykcji, spędziłam na okresie próbnym, więc nie miałam możliwości wzięcia urlopu. Dodatkowo, pod koniec lipca przywdziałam koronę i trafiłam na kolejną kwarantannę, tym razem ponad miesięczną (to było jeszcze zanim zmienili przepisy, więc pomimo tego, że dawno byłam zdrowa, nie wypuścili mnie z domu). W związku z tym, przez cały sierpień moją największą rozrywką było przesiadywanie po pracy na balkonie.
We wrześniu i październiku bardzo chciałam gdzieś pojechać, ale wtedy z kolei Kasper był na okresie próbnym i miał mnóstwo szkoleń, więc oczywiście nie mógł wziąć urlopu.
Listopad i grudzień to jak wiadomo kolejne restrykcje i chociaż ci najbardziej zdeterminowani nie zrezygnowali z podróży, to ja jednak postanowiłam odpuścić.
Uznałam, że nie ma sensu na siłę gdzieś jechać, a później i tak nie móc iść ani do restauracji, ani do muzeum, ani nie skorzystać z żadnej z normalnych dla danego miejsca rozrywek. Co więcej, pod koniec roku zaczęto szczepienia, więc widmo podróży w 2021 roku stało się znacznie bardziej wyraźne i przyszła nadzieja.
Teraz niecierpliwie czekam na poluzowanie restrykcji i powrót do normalności. Zapewne tak jak wszyscy.
Ale nic nie zmieni faktu, że nieszczęsny rok 2020 spędziłam w większości w Krakowie i gdyby nie pierwsze 3 miesiące, to musiałabym całkowicie spisać go na straty.
Na szczęście początek roku był dla mnie dużo bardziej łaskawy. W Nowej Zelandii byłam już od 12 grudnia 2019 r. i to właśnie tam przywitałam Nowy Rok. Następnie, w pierwszej połowie stycznia, poleciałam do Singapuru i zaczęłam ostatni etap mojej Dream Trip, czyli podróż przez Azję Południowo – Wschodnią wodą i lądem. Poza Singapurem, kolejno odwiedziłam Malezję, Tajlandię, Kambodżę, Laos i jeszcze raz Tajlandię.
W ten oto sposób, w 2020 roku udało mi się odwiedzić sześć krajów i zobaczyć ogromną liczbę cudownych miejsc. Dwunastoma z nich, tymi najbardziej wyjątkowymi, dzielę się poniżej.
Ruakaka, Northland, Nowa Zelandia.
Ruakaka to kolejne miejsce na szlaku Te Araroa, które szczególnie zapadło mi w pamięć ze względu na cudne widoki. Jest tam naprawdę przepięknie.


Mangawhai Heads, Northland, Nowa Zelandia.
Na północ od miasteczka Mangawhai Heads, biegnie ścieżka, która jest częścią szlaku Te Araroa, ale chętnie chodzą nią również zwykli turyści.
Ścieżka wiedzie klifami, wzdłuż jednej z najpiękniejszych linii brzegowych, jakie kiedykolwiek widziałam. Widoki zapierają dech w piersiach. Coś niesamowitego!


Singapur.
W Singapurze byłam już po raz drugi i ponownie się zachwyciłam. Tym razem miałam też troszkę więcej czasu na zwiedzanie, a jako że główne zabytki już zaliczyłam, to mogłam skupić się na rzadziej uczęszczanych częściach miasta i na spokojnie rozkoszować się jego atmosferą. Jest to zdecydowanie destynacja, o którą chętnie będę zahaczać przy kolejnych okazjach. Piękna architektura, genialne jedzenie i ten porządek!


George Town, Malezja.
George Town kompletnie zwaliło mnie z nóg. Spodziewałam się ładnego, ale bardzo turystycznego miasta i szczerze mówiąc chodziło mi przede wszystkim o to, żeby w końcu zobaczyć, czym tak bardzo zachwycają się ci wszyscy blogerzy.
W rezultacie, George Town przeszło wszelkie moje oczekiwania. Zachwytom nie było końca. Nigdzie indziej nie widziałam takiej kumulacji zabytków i to tak różnorodnych. Niebywała architektura, wspaniały Street Art, mieszanka kultur, znakomite jedzenie i niepowtarzalny klimat. Miasto cudo!


Langkawi, Malezja.
Malezja jest moim ulubionym krajem regionu już od pierwszej wizyty w 2018 roku, ale z każdym kolejnym odwiedzonym miejscem, mój zachwyt rośnie.
Tioman prawdopodobnie pozostanie moją ulubioną malezyjską wyspą, ale Langkawi też jest cudne. Krajobrazy, a zwłaszcza zielone wzgórza powalają, a nad wodospadem Telaga Tujuh (Seven Wells Waterfall), spędziłam jeden z najfajniejszych dni podczas całej podróży. Cisza, spokój, relaks.
Na Langkawi zapoznałam też młodego Syryjczyka, który robi jedne z najlepszych kebabów, jakie kiedykolwiek jadłam i podzielił się ze mną przepisem na swój niebywały w smaku sos czosnkowy. Pycha!


Khao Sok, Tajlandia.
Khao Sok to bardzo turystyczne miejsce, a w Tajlandii taka łatka zazwyczaj oznacza sporo nieprzyjemności. Dlatego też, do Khao Sok już prawdopodobnie nigdy nie wrócę. Nie oznacza to jednak, że pozostałam ślepa na niebywałą wręcz urodę tego miejsca, które spokojnie można zaliczyć do najpiękniejszych na świecie.
Nigdy nie zapomnę też jedynej w swoim rodzaju nocy, którą spędziłam w unoszącej się na tafli jeziora drewnianej chatce.


Thung Wua Laen (Chumphon), Tajlandia.
Thung Wua Laen to plaża raczej nieznana szerszej publiczności. Ja też zanim się tam znalazłam, nigdy wcześniej nie słyszałam tej nazwy. Co więcej, nie ma tam rajskiego krajobrazu, ani niczego innego, co przyciągnęłoby rzesze turystów.
Dla mnie jednak, Thung Wua Laen stało się jednym z ulubionych miejsc w Tajlandii i jednym z najcudowniejszych wspomnień z całej 6 – miesięcznej podróży.
Zaznałam tam długo wyczekiwanego spokoju, relaksu i kilkudniowego odpoczynku na plaży, który upływał na sączeniu świeżo zerwanych kokosów i spoglądaniu na fale. Mówiąc krótko – dostałam wszystko, czego wtedy potrzebowałam i w przyszłości chciałabym częściej trafiać na takie perełki w podróży.


Bangkok i Jim Thompson House, Tajlandia.
Bangkok pozostaje moim ulubionym miastem w Azji Południowo – Wschodniej i myślę, że już zawsze będę tam wracać z ogromną chęcią. Klimat tej azjatyckiej stolicy jest tak wyjątkowy, że do niczego nie można go nawet porównać.
Ja osobiście uwielbiam te wszystkie kanały i przepływające po nich łódki, ociekające złotem i pełne cudnych rzeźb świątynie, znakomite jedzenie i klimatyczne zaułki.
Ostatnio odkryłam tam też wyjątkowe miejsce, a mianowicie Jim Thompson House, które stało się jedną z moich ulubionych destynacji w mieście. Zarówno sam dom i znajdujące się w nim muzeum, jak i okolica. Jest to istna enklawa w środku miasta, z niepowtarzalnym klimatem i o niezwykłej urodzie. Jim Thompson był bardzo ciekawą osobistością i miałam ogromną frajdą poznając bliżej jego fascynujące losy.
Będąc w Bangkoku, wróciłam też do świątyni Wat Arun, po raz pierwszy odwiedzonej rok wcześniej. Jest to niezwykła świątynia, jak dla mnie wręcz magiczna.


Angkor Wat, Kambodża.
Angkor Wat to zdecydowanie najpiękniejsze i najbardziej majestatyczne miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam. Wątpię by w przyszłości jakiś inny zabytek zachwycił mnie bardziej.
Dwa dni zajęło mi jeżdżenie od świątyni do świątyni i ciągłe zbieranie szczęki z podłoża. Zachwytom nie było końca. Istne cudo!
Bardzo miło wspominam również ludzi, w tym chociażby naszego kierowcę tuk tuka.


Vang Vieng, Laos.
Vang Vieng to cudna miejscowość i bardzo swojska. Jak dla mnie, jest kwintesencją Laosu i pobyt tam wspominam najlepiej ze wszystkich miejsc, które udało mi się zobaczyć w tym kraju.
Z mojego pokoju rozpościerał się przepiękny widok na okoliczne wzgórza, tuż obok była znakomita restauracja, która serwowała najlepsze jedzenie, jakie udało mi się znaleźć w całym kraju, a na uliczkach sprzedawano rewelacyjne soki owocowe. Okolice Vang Vieng obfitują natomiast w genialne krajobrazy. Chyba najlepiej wspominam wspinaczkę na pobliską górę – Pha Ngern Silver Cliff. Ze szczytu rozpościerały się niebywałe wręcz widoki i panowała tam cudowna cisza. Idealne miejsce na odpoczynek i kontemplację.


Kuang Si Falls, Laos.
Kuang Si Falls to przepiękny wodospad znajdujący się w pobliżu Luang Prabang. Kolor wody jest wręcz nieziemski, a kaskady piękne i rozłożyste, więc w ten cudny spektakl przyrody można wpatrywać się w nieskończoność. Ogromnym atutem jest również to, że w tej lazurowej wodzie można się kąpać! Spędziłam tam wspaniały dzień.


Chiang Rai, Tajlandia.
Chiang Rai to prawdziwa perełka Tajlandii. W ogóle następnym razem chciałabym spędzić więcej czasu na eksploracji północy Tajlandii, gdyż wydaje mi się, że region ten przypadnie mi do gustu znacznie bardziej niż południe.
Tym razem udało mi się zobaczyć tylko Chiang Rai, ale była to bardzo przyjemna wizyta. Pandemia koronawirusa miała już wtedy duży wpływ na turystykę, w związku z czym w mieście przebywało mało turystów, ale wszystko wciąż było otwarte. Dlatego też, najważniejsze atrakcje mieliśmy niemal na wyłączność.
White Temple to może oklepany zabytek, ale mnie i tak zachwycił. Jest to zdecydowanie miejsce jedyne w swoim rodzaju i dowód na niezwykły kunszt artysty.
Całe miasto jest zresztą bardzo artystyczne i w tym miejscu na pewno warto wymienić Baandam Museum, gdzie znajdziemy masę intrygujących dzieł sztuki.
Mnie jednak Chiang Rai przypadło do gustu najbardziej ze względu na spokój jaki tam panował i luzacką atmosferę. Tajowie z północy zdają się też być bardziej stonowani i przyjaźniejsi.

Tak właśnie wyglądał mój rok 2020, a właściwie trzy pierwsze miesiące, czyli sam jego początek.
Oby rok 2021 przyniósł tak wyczekiwany przez wszystkich powrót do normalności i oby ludzkość już nigdy nie musiała przechodzić przez żadną pandemię.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*