The Best of 2019, czyli miejsca najpiękniejsze, najlepsze, najfajniejsze.

Rok 2019 już za nami.

Dla mnie był to rok bardzo ważny i przełomowy. Po pierwsze, po ponad czterech latach, wreszcie opuściłam Chiny i to permanentnie. Po drugie, zaczęłam podróżować na pełen etat, tym samym spełniając jedno z moich największych marzeń.

Po trzecie, 29-ego grudnia, przyjęłam oświadczyny Kaspra (w Nowej Zelandii), więc teraz nie jesteśmy już tylko parą, a narzeczeństwem.

W minionym roku było zatem wiele zmian, z czego na szczęście, wszystkie okazały się pozytywne.

W podsumowaniu, podobnie jak w poprzednich latach (2017 i 2018), skupię się jednak tylko i wyłącznie na podróżniczym aspekcie minionego roku.

Otóż, pierwsze pół roku spędziłam pracując jako nauczycielka angielskiego w Chongqing. W tym czasie kontynuowałam eksplorację regionu, a także wybrałam się do Tajlandii, a następnie do Macau i Hong Kongu.

30 czerwca po raz ostatni poszłam do pracy (czyli dokładnie pół roku na etacie, a drugie pół jako szczęśliwa bezrobotna), a już następnego dnia wylądowałam w Kashgar, rozpoczynając podróż przez Xinjiang i Gansu.

Pod koniec lipca przyszedł czas na pakowanie i pożegnania ze znajomymi, po czym nastąpił mój długo wyczekiwany powrót do Polski.

W ojczyźnie nie zabawiłam jednak zbyt długo, gdyż już po kilku dniach poleciałam do Porto i wyruszyłam na szlak Caminho Portugues da Costa, który ukończyłam w Hiszpanii.

Po powrocie spędziłam miesiąc w Polsce, który upłynął mi przede wszystkim na przygotowaniach do dalszej drogi. Pierwszy raz w życiu wybierałam się w podróż przez świat (Azję i Nową Zelandię), nie znając ani daty powrotu, ani dokładnej trasy.

Kraków opuściłam 23-ego września i przez Budapeszt, poleciałam do Korei Południowej. Następnym przystankiem była Japonia, później Tajwan, Indonezja i Nowa Zelandia, gdzie jestem do tej pory.

Przede mną jeszcze kilka krajów, więc początek nowego roku też zapowiada się ciekawie. Podobnie jak reszta roku, gdyż nie ukrywam, że na powrót do Polski również czekam z utęsknieniem. Myślę, że przyniesie kolejne zmiany w moim życiu.

Jak pisałam w poprzednim podsumowaniu, spodziewałam się, że w 2019 roku będzie więcej podróży i tak też się stało, z czego bardzo się cieszę.

W sumie byłam w 11 krajach (nie licząc Polski), z czego w ośmiu po raz pierwszy, co jest absolutnym rekordem.

Potrzebowałam takiej odmiany, po tych wszystkich latach spędzonych w jednym kraju. I chociaż absolutnie nie żałuję, że spędziłam aż tyle czasu w Chinach i uważam że było to niepowtarzalne i niesamowite doświadczenie, to na mnie był już po prostu czas. Czas opuścić Państwo Środka, czas wyruszyć w świat i czas zacząć nowy etap w życiu.

Ta zmiana zaowocowała masą niezwykłych doświadczeń i niezliczoną ilością odwiedzonych miejsc. Poniżej zobaczycie te, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Tudzież ze względu na niesamowitą przyrodę, wyjątkową atmosferę, niezapomniane przeżycia lub z jakiegoś innego, zupełnie subiektywnego powodu.

W poprzednich latach wybierałam 12 takich miejsc, ale tym razem było to niemożliwe. Zapraszam zatem do oglądania zdjęć z 24 wyjątkowych miejsc, które odwiedziłam w 2019 roku.

Bangkok, Tajlandia.

Bangkok szybko stał się moim ulubionym miastem w Azji Południowo – Wschodniej. Czułam się tam swobodnie, odpowiadała mi atmosfera, smakowało jedzenie. Oczarował mnie też wygląd tajskiej stolicy z tymi wszystkimi cudnymi świątyniami, klimatycznymi kanałami pełnymi małych łódek i fajnymi uliczkami. Jednym słowem, było znakomicie i wyczekuję powrotu do tego miasta.

Natomiast jeśli miałabym wybrać jeden wyjątkowy zabytek, to na pewno byłaby to świątynia Wat Arun, która jest miejscem absolutnie niezwykłym i zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

Macau.

Moim zdaniem, Macau to prawdziwa perła regionu. Jest to maleńkie miasto, kulturowo i politycznie związane z Chinami, na samym skraju tego wielkiego kraju, a jednocześnie tak bardzo od niego odmienne. Mała enklawa, pełna portugalskiej architektury, filipińskich imigrantów i niepowtarzalnej atmosfery.

Dla mnie pobyt w Macau był jak oddech świeżości i od samego początku wiedziałam, że na pewno będę tam kiedyś chciała wrócić.

Tai O, Hong Kong.

W Hong Kongu byłam już po raz trzeci, ale dopiero tym razem udało mi się odkryć inne oblicze tego nowoczesnego miasta. Tai O to mała, rustykalna wioska na wyspie Lantau, pełna blaszanych domków, suszonej ryby i maleńkich ołtarzyków. Miejsce niezwykle urokliwe i klimatyczne.

Leshan, Sichuan Province, Chiny.

Leshan Giant Buddha to jedno z miejsc, które chciałam odwiedzić od początku pobytu w Chinach. Wreszcie się udało.

Posąg jest naprawdę ogromny, majestatyczny i robi wrażenie. Jest też bardzo malowniczo umiejscowiony. Dlatego, pomimo tego, że miejsce to jest bardzo turystyczne i tłoczne, bardzo się cieszę, że je odwiedziłam.

Wulong Karst, Chongqing, Chiny.

Jak już wielokrotnie wspominałam, okolice Chongqing są przepiękne i obfitują w bardzo majestatyczne, malownicze i wręcz oszałamiające swoją urodą, góry. Wulong Karst było ostatnim miejscem tego typu, które udało mi się zobaczyć przed wyprowadzką z Chin, więc zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci.

Do tej pory doskonale pamiętam wrażenie, jakie zrobiły na mnie pierwsze widoki, które tam ujrzałam, a także chłodne, orzeźwiające powietrze i niepowtarzalna atmosfera.

Kashgar, Xinjiang Uygur Autonomous Region, Chiny.

Pobyt w mieście Kashgar był moim pierwszym zetknięciem z regionem Xinjiang i kulturą Ujgurów. Pomimo tego, że wciąż byłam w Chinach, czułam się, jakbym nagle przeniosła się do innego kraju. Było to naprawdę ciekawe doświadczenie.

Wszystko to, co mnie tam spotkało, te dziwne zjawiska, które zaobserwowałam, łączą się w niezwykłą przygodę, której nigdy nie zapomnę.

Poza tym, miło było poczuć chociaż namiastkę Bliskiego Wschodu oraz najeść się chleba i przepysznych szaszłyków z baraniny.

Kuqa, Xinjiang Uygur Autonomous Region, Chiny.

Kuqa była drugim miastem w regionie Xinjiang, które odwiedziłam i okazała się perłą regionu. To właśnie stamtąd mam najlepsze wspomnienia, chociaż zupełnie się tego nie spodziewałam.

Doświadczyłam tam lokalnej gościnności, poznałam wspaniałych ludzi i odwiedziłam przepiękne miejsca.

Zhangye, Gansu Province, Chiny.

Tęczowe góry w Zhangye to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie da się tego opisać słowami, trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Xiahe, Gansu Province, Chiny.

Xiahe to niezwykle klimatyczna, tybetańska wioska w prowincji Gansu. Życie mieszkańców skoncentrowane jest wokół klasztoru i muszę przyznać, że nigdzie indziej w Chinach, nie widziałam tak religijnych ludzi.

Obserwowanie ich podczas nieustających modłów, okrążania monastyru, czołgania się wokół niego i kręcenia modlitewnymi młynkami, było ciekawym i poruszającym doświadczeniem.

Oprócz tego, odwiedziłam pobliskie jezioro, które jest świętym miejscem dla buddystów i miałam okazję zobaczyć, jak tybetańska rodzina składa ofiary.

Porto, Portugalia.

Piękno Porto było dla mnie szalenie miłą niespodzianką, gdyż udając się do tego miasta, nie sądziłam, że popadnę w aż taki zachwyt.

Tymczasem, miasto kompletnie zwaliło mnie z nóg i koniecznie będę chciała tam kiedyś wrócić.

Muxia, Hiszpania.

W Muxia byłam już wcześniej (w 2013 roku) i wróciłam tam z ogromną przyjemnością. Jeśli to możliwe, to tym razem podobało mi się nawet bardziej.

Jak dla mnie, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Hiszpanii i w ogóle na świecie, do którego zawsze będę chętnie wracać.

Panuje tam bardzo przyjemna atmosfera, która sprawia, że chce się tam pozostać na dłużej. Natomiast słynny kościół, usytuowany na skałach i zdany na burzliwy ocean, to widok niezapomniany.

Seoul, Korea Południowa.

Jak wspominałam w jednym z poprzednich wpisów, stolica Korei Południowej nie zrobiła na mnie oszałamiającego wrażenia.

Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie tam rozpoczęła się moja wielka podróż i w związku z tym, miejsce to już zawsze będzie dla mnie szczególne.

Poza tym, miałam tam okazję dowiedzieć się trochę o historii kraju, a także o jego kulturze. Nigdy nie zapomnę efektownych zmian wart, podczas których zobaczyłam mnóstwo tradycyjnych strojów i naprawdę niezwykłe ceremonie.

Jeju Island, Korea Południowa.

Wyspa Jeju marzyła mi się już od dłuższego czasu i bardzo się cieszyłam, że wreszcie ją odwiedzę. Niestety tajfun mocno pokrzyżował mi plany i nie udało mi się zobaczyć większości miejsc, które miałam w planach.

To co widziałam, wystarczyło jednak, abym stwierdziła, że jest to piękne miejsce i kiedyś na pewno będę chciała wrócić.

Miyajima Island, Japonia.

Na wyspie Miyajima spędziłam wyjątkowo udany dzień i już zawsze będę ciepło wspominać to miejsce. Odwiedziłam tam kilka szczególnie pięknych i klimatycznych świątyń, podziwiałam cudne widoki ze szczytu góry i obserwowałam śliczne sarenki.

Hiroszima, Japonia.

Hiroszima to miasto o niezwykle smutnej historii, która wciąż jest tam żywa.

Sam pobyt w tym miejscu był dla mnie niezapomnianym doświadczeniem, a historie ludzi, o których tam usłyszałam i przeczytałam, zostaną ze mną już prawdopodobnie na zawsze.

Yunomine, Japonia.

Yunomine to maleńka wioska niezwykłej urody, w której znajdziemy gorące źródła. Ja trafiłam tam tuż po ukończeniu pieszego szlaku Kumano Kodo, więc szczególnie doceniłam to dobrodziejstwo natury i cudownie spędziłam tam czas.

Tokyo, Japonia.

Tak jak pisałam w jednym z poprzednich postów, Tokyo jako miasto samo w sobie, nie zrobiło na mnie aż tak dużego wrażenia, jak się spodziewałam. Jednak ze względu na to, że spędziłam tam ponad tydzień, miałam okazję zobaczyć i doświadczyć naprawdę wiele. Cudne panoramy, przedziwne sztuki teatralne, nowoczesne muzeum, Halloween, świątynie, miejsca historyczne, pokazy aikido … to wszystko sprawiło, że mam stamtąd niezapomniane wspomnienia.

Taipei, Tajwan.

Udając się do Taipei, nie miałam żadnych większych oczekiwań i być może właśnie dlatego, miasto bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

Bardzo dobrze się tam bawiłam (między innymi spotykając się z dawno niewidzianymi znajomymi), odwiedziłam cudne świątynie i zjadłam niezliczoną ilość pysznych pierożków.

Bali, Indonezja.

Moje odczucia względem Bali są delikatnie mówiąc, mieszane.

Są jednak dwa miejsce na wyspie, które wywarły na mnie szczególne wrażenie.

Pierwsze z nich to tarasy ryżowe, których nazwy nie znam, gdyż nie są odwiedzane przez turystów. Ja trafiłam tam niejako przez przypadek i od razu się zakochałam. Widoki były przecudne, a ludzie wyjątkowo mili. Każdy się uśmiechał, chętnie zagadywał i wreszcie doznałam tam ludzkiej życzliwości, której na Bali bardzo mi brakowało.

Drugie miejsce, to Lempuyang Temple. Świątynia ta jest znana ze względu na słynną bramę, w której wszyscy robią sobie identyczne i w dodatku zafałszowane zdjęcia. Ludzie spędzają tam mnóstwo czasu czekając na swoją kolej, ale pomimo tego, nie zdają się zbytnio interesować samą świątynia. Ta natomiast, jest miejscem pięknym i wyjątkowym.

Na jej teren nie można wchodzić w celach innych niż modlitwa, ale nie wiąże się to z koniecznością bycia hinduistą.

Kasper i ja wyraziliśmy chęć modlitwy i zostaliśmy zabrani na teren świątyni. Przemiły chłopak nauczył nas całej procedury, wszystko wytłumaczył, a na koniec zrobił zdjęcia, jakich nie ma nikt.

Gili Trawangan, Indonezja.

Gili Trawangan to jedna z trzech maleńkich wysepek, wchodzących w skład archipelagu Gili Islands.

Wyspa jest tak mała, że można ją obejść w mniej więcej godzinę, ale nie oznacza to, że nie ma tam co robić.

Plaże są bardzo ładne, a woda przy ich brzegu, kryje cudną rafę koralową. Co więcej, można tam obserwować ogromne żółwie. Jest to niezwykłe doświadczenie, gdyż żółwie nie boją się ludzi i nie spieszą się z poszukiwaniem jedzenia. Oznacza to, że przy odrobinie szczęścia, można bardzo dokładnie je sobie obejrzeć.

Na Gili Trawangan, panuje też miła, wyspiarska atmosfera, a ludzie zdają się być zrelaksowani i wyluzowani. Było to zdecydowanie najfajniejsze miejsce, jakie odwiedziłam w Indonezji.

Komodo National Park, Indonezja.

Aby zobaczyć słynne smoki z Komodo, udałam się na wyspę Rinca, która wchodzi w skład Komodo National Park.

Po pierwsze, widziałam smoki, które wyglądały groźnie i dość majestatycznie, pomimo tego, że nie są aż tak duże, jak myślałam.

Po drugie, dowiedziałam się o nich bardzo wiele, co tylko wzmogło moje zaniepokojenie. One są naprawdę niebezpieczne i lepiej trzymać dystans.

Po trzecie, odwiedziłam dwie inne, pobliskie wysepki, na których wspaniale spędziłam czas. Na jednej z nich, byliśmy z Kasprem jedynymi osobami.

Podsumowując, był to bardzo ekscytujący i udany dzień na morzu, który zawsze będę ciepło wspominać.

Cape Reinga i pierwsze kilometry na szlaku Te Araroa, Northland, Nowa Zelandia.

Cape Reinga to początek pieszego szlaku Te Araroa, który wiedzie przez całą Nową Zelandię.

Jest to też miejsce bardzo klimatyczne, ze względu na surowy klimat, cudne klify i niezwykłą atmosferę. Podobało mi się tam bardzo.

Jeszcze bardziej podobało mi się następne 12 kilometrów, już na szlaku. Aż trudno uwierzyć, że na tak małym obszarze, krajobraz może zmienić się kompletnie i to aż kilkukrotnie. Jest to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam podczas miesięcznego pobytu w tym kraju.

Twilight Beach, Northland, Nowa Zelandia.

Na Twilight Beach kończy się pierwszy odcinek szlaku i chociaż na pierwszy rzut oka można tego nie dostrzec, to jest to miejsce wyjątkowo piękne.

Wystarczy pochodzić trochę po okalających plażę wzgórzach i gwarantuję, że widoki każdego zwalą z nóg.

Whananaki, Northland, Nowa Zelandia.

Dla mnie Whananaki to nie tylko przepiękna plaża, zacieniona drzewami i otoczona malowniczymi wzgórzami, ale również miejsce, gdzie Kasper i ja wreszcie się zaręczyliśmy.

Już zawsze będzie to dla mnie szczególne miejsce.

Tak właśnie wyglądał rok 2019. Jak widać, działo się całkiem sporo i widziałam masę naprawdę przepięknych miejsc.

Co więcej, spełniłam swoje wielkie marzenie o odwiedzeniu Nowej Zelandii, która jest krajem najbardziej oddalonym od Polski i o której marzyłam już od podstawówki.

Kasper również odwiedził swój kraj marzeń, czyli Japonię, o której też marzył od podstawówki.

Jeśli chodzi o niezwykłe przygody, to w minionym roku było ich kilka.

W marcu, wspięłam się na Macau Tower, co z mojej perspektywy, było wyczynem dość spektakularnym. W listopadzie, przyszło mi pokonać Hidden Canyon na Bali, co niewiele brakowało, a skończyłoby się bardzo źle. Jest to też jedno z tych doświadczeń, których mam nadzieję już więcej nie powtarzać.

Bardzo ciekawym doświadczeniem były również Święta Bożego Narodzenia, które spędziłam z nowo zapoznaną rodziną Kiwi. Zwłaszcza, że tego dnia miałam też okazję wydoić krowę.

Oprócz tego, w 2019 roku byłam na aż trzech szlakach pieszych i to na trzech różnych kontynentach. Najpierw na wspomnianym już wielokrotnie Caminho Portugues da Costa w Portugalii i Hiszpanii, następnie Kumano Kodo w Japonii, a na koniec Te Araroa w Nowej Zelandii. Ostatniego szlaku nie ukończyłam, ale taki był plan. Te Araroa ma 3000 km i od początku zakładałam, że przejdę tylko fragment. Być może kiedyś nadarzy się kolejna okazja i wtedy zrobię całość.

Jak już wspomniałam, początek roku 2020 też zapowiada się dość intensywnie pod względem podróżniczym, ale później przyjdzie czas na odpoczynek, powrót do polskiej rzeczywistości i znacznie więcej rutyny.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*