Tapotupotu Campground, Cape Reinga

Te Araroa – pieszo przez Nową Zelandię. Przygotowania do drogi, autostop i warunki na szlaku.

Data wizyty: 12.12.2019-09.01.2020.

Pamiętam dokładnie, kiedy zaczęła się moja fascynacja podróżami. Było to w podstawówce, bodajże w piątej klasie, kiedy mieliśmy przygotować prezentacje o wybranych krajach na lekcję geografii.

Powycinałam wtedy z gazet strony poświęcone podróżom i zaczęłam czytać o przeróżnych, fascynujących krajach (mam te wycinki do tej pory, gdyż nigdy nie zdobyłam się na to, by je wyrzucić).

To właśnie wtedy, miejsca takie jak Barcelona, Nepal, czy też Nowa Zelandia, trafiły na szczyt mojej listy marzeń. Pomimo upływu lat, wciąż pamiętam wiele informacji, które wtedy pozyskałam.

To właśnie wtedy pierwszy raz usłyszałam o Antonio Gaudim i od razu zakochałam się w jego architekturze. Wtedy też dowiedziałam się, że Nepal jest najwyżej położonym państwem, a Nowa Zelandia znajduje się po drugiej stronie kuli ziemskiej i tym samym jest krajem najbardziej oddalonym od Polski.

Według mnie, był to wystarczający powód, aby kiedyś się tam udać. Z biegiem lat, powodów pojawiło się więcej.

Przede wszystkim niebywale piękna, niemal nienaruszona przyroda, bardzo przyjazny klimat i spokój, który wiąże się z odległością Nowej Zelandii od reszty świata.

Co więcej, jakiś czas temu dowiedziałam się o długim na 3 000 km, pieszym szlaku, biegnącym przez cały kraj. Od razu wiedziałam, że kiedyś będę chciała go przejść.

Te Araroa – The Long Pathway.

Tym razem nie miałam od 4 do 6 miesięcy, bo podobno właśnie tyle czasu potrzeba na przejście całego szlaku, ale koniecznie chciałam pokonać chociaż jego fragment.

Uznałam, że najlepiej będzie, jeśli zacznę od początku, czyli od Cape Reinga, na samej północy Wyspy Północnej. Myślę, że był to dobry wybór, gdyż miejsca, które odwiedziłam po drodze, kompletnie zwaliły mnie z nóg i mam stamtąd niesamowite wspomnienia.

Wszyscy mówią, że Wyspa Południowa jest jeszcze ładniejsza, ale ja jestem naprawdę kontent, jeśli chodzi o Northland, Auckland i tamtejsze krajobrazy.

Nie ukrywam jednak, że mam apetyt na więcej i kiedyś na pewno będę chciała do Nowej Zelandii wrócić. Zarówno na szlak, aby przejść go w całości, jak i na samochodową podróż przez kraj.

Auckland – kompletujemy sprzęt.

Pierwsze trzy dni po przybyciu do Nowej Zelandii, Kasper i ja spędziliśmy w Auckland. Musieliśmy kupić namiot, a także kilka innych drobiazgów potrzebnych na szlaku.

Te Araroa to nie camino, więc można zapomnieć o codziennym noclegu w łóżeczku, ciepłym prysznicu i stałym dostępie do artykułów spożywczych i wody pitnej.

Dlatego też, poza namiotem, kupiliśmy maty, wodoodporny spray, butelkę z filtrem (LifeStraw, która sprawdziła się znakomicie), scyzoryk, ekologiczne mydła, duży krem do opalania, a także zapas jedzenia na ok. 4 – 5 dni.

Droga z Auckland na Cape Reinga, czyli autostop w Nowej Zelandii.

Na Cape Reinga, oddalony od Auckland o ponad 400 km, postanowiliśmy udać się autostopem. Nawet nie sprawdziliśmy, czy są jakieś autobusy. Z góry założyliśmy, że postawimy na samochody i mieliśmy nadzieję, że uda nam się pokonać ten dystans w jeden dzień.

Udało się, aczkolwiek ledwie. Wcale nie dlatego, że ludzie podwozili nas niechętnie. Problemem było to, że drogi były dość puste, a zwłaszcza na końcu naszej trasy.

Kierowcy natomiast byli wspaniali, poznaliśmy wielu bardzo życzliwych i niesamowicie pomocnych ludzi i generalnie było to świetne doświadczenie.

Jeśli czasami musieliśmy trochę dłużej czekać na podwózkę, to tylko dlatego, że po prostu nikt daną drogą nie jechał.

W bardziej popularnych miejscach, kierowcy zatrzymywali się od razu i nie mieliśmy żadnych problemów.

Z autostopu korzystaliśmy później jeszcze kilkukrotnie i zawsze mieliśmy przemiłe doświadczenia. Wiele razy zdarzyło nam się, że ktoś chciał nas podwieźć nawet jeśli nie łapaliśmy stopa. Kierowcy po prostu sami się zatrzymywali i proponowali podwózkę.

Autostop w Nowej Zelandii działa znakomicie. Naprawdę!

Nasi kierowcy.

Stopa zaczęliśmy łapać prawie w samym centrum Auckland. Od jednej z głównych ulic (tej, na której znajduje się hostel, w którym nocowaliśmy), odeszliśmy zaledwie na jakiś kilometr. Dalej się nie dało, gdyż zaczynała się autostrada i długi most nad wodą.

Nie było to najlepsze miejsce, ale i tak dość szybko zatrzymała się pewna kobieta. Powiedziała, że może nas podwieźć tylko kawałek, ale nam to wystarczyło, gdyż w ten sposób pokonaliśmy most i wydostaliśmy się z miasta.

Wysadziła nas na poboczu autostrady, skąd chwilę później zabrały nas trzy młode Niemki.

Później było przemiłe, starsze małżeństwo, a następnie młody chłopak w ciekawym, sportowym samochodzie.

Julian, bo tak ma na imię, ma w swoich żyłach polską krew, gdyż jego ojciec miał polskich rodziców. Ma też polskie nazwisko.

Po przejechaniu sporego kawałka, wysadził nas przy drodze, ale niedługo później wrócił, mówiąc, że jego rodzina zaprasza nas na święta Bożego Narodzenia.

Tego się nie spodziewaliśmy. Wtedy nie wiedzieliśmy też, czy będziemy w tych okolicach na święta, ale wymieniliśmy się kontaktami.

Z tego miejsca zabrała nas kobieta podróżująca z młodą dziewczyną i zawiozła nas aż do Kaitaia.

Tam droga się rozchodziła, więc poszliśmy za znakami wskazującymi Cape Reinga. Później okazało się, że to tylko mało uczęszczana ulica, która prowadzi do większej drogi i dlatego dość długo czekaliśmy na kolejną podwózkę.

W końcu jednak zatrzymał się pewien zabawny mężczyzna, który przewiózł nas kilka kilometrów dalej. Gdy usłyszał, co mamy w planach, powiedział: „that’s a dumb idea”.

Tuż po tym jak nas wysadził, zatrzymał się kolejny samochód. Tym razem trafiliśmy pod skrzydła bardzo aktywnego Maorysa, który wiózł quada, wędkę i dużo innych rzeczy. Był też bardzo rozmowny i chętnie opowiedział nam o okolicy, lokalnych plemionach Maorysów, uprawach awokado itp. Polecił nam też miejsce, gdzie możemy się rozbić, gdyby nie udało nam się znaleźć kolejnej podwózki. Dzień powoli już się kończył, a droga robiła się coraz bardziej pusta.

Faktycznie, na następny samochód czekaliśmy bardzo długo. W pewnym momencie postanowiliśmy nawet iść, ale na szczęście niedługo później trafiła nam się kolejna okazja. Kobieta podróżująca z córką, podwiozła nas jakieś kilkanaście kilometrów, po drodze cały czas opowiadając o okolicy, a na koniec oferując, że możemy się rozbić w jej lasku, gdybyśmy nie złapali kolejnego stopa.

Na szczęście, chwilę później, zatrzymały się dwie młode turystki: Litwinka i Rumunka i zawiozły nas na sam przylądek.

Nie posiadaliśmy się ze szczęścia, gdyż były momenty, kiedy traciliśmy nadzieję, że uda nam się dotrzeć na miejsce w jeden dzień, a jednak się udało!

Cape Reinga.

Cape Reinga spodobał mi się od pierwszego wejrzenia.

Znajduje się na wyjątkowo malowniczych klifach, z których rozciągają się przepiękne widoki.

Wszędzie wokół surowa zieleń, a pod nami groźne, głośno rozbijające się o skały, wody Oceanu Spokojnego, spotykającego się z Morzem Tasmana. Cudo! Uwielbiam takie miejsca!

Pierwszy nocleg w namiocie.

Wybierając się na Cape Reinga, jakoś w ogóle nie pomyśleliśmy, gdzie spędzimy pierwszą noc.

Miałam cichą nadzieję, że będzie tam jakieś centrum turystyczne, może biuro z folderami na temat szlaku, a może jakiś nocleg dla rozpoczynających wędrówkę.

Oczywiście nie było tam absolutnie nic.

Na szczęście dowiedzieliśmy się od Litwinki i Rumunki, że niedaleko jest pole namiotowe o nazwie Tapotupotu Campground i to właśnie tam udaliśmy się po wizycie na przylądku.

Najpierw musieliśmy iść ok. 2 kilometry drogą, a następnie zejść kolejne 3 kilometry po kamienistej nawierzchni, aż do plaży. W między czasie zrobiło się zupełnie ciemno, więc szliśmy po omacku, prawie nic nie widząc.

Na polu namiotowym nie było ani prądu, ani prysznicy, ani koszy na śmieci, a na kranikach z wodą było napisane, że przed spożyciem, należy ją przegotować.

Nie było też nikogo, kto zarządzałby tym polem namiotowym. Była tylko skrzynka na pieniądze (13 NZD od osoby) i formularze do rejestracji.

Nie bardzo nam się to spodobało, a nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że w niektórych miejscach na szlaku będą jeszcze bardziej spartańskie warunki.

Poranek na plaży.

Rano okazało się, że miejsce, w którym nocowaliśmy jest po prostu cudne.

Plaża była bardzo malownicza i cudownie spokojna. Prawie się popłakałam, tak mi się tam podobało. Ta cisza, ta przyroda, ta zieleń!

Był to moment, kiedy wiedziałam już z całą pewnością, że Nowa Zelandia będzie dokładnie tym, czego się spodziewałam.

Warunki na szlaku.

Niedługo później wyruszyliśmy w drogę, ale o tym opowiem już w kolejnym poście.

Teraz, na zakończenie, jeszcze tylko kilka informacji na temat warunków na szlaku.

Otóż, szczerze mówiąc, dla nas były one totalnym zaskoczeniem.

Co prawda czytałam, że zawsze trzeba mieć ze sobą kilkudniowy zapas jedzenia i sporą ilość wody, ale nie sądziłam, że miejsca przeznaczone na noclegi, będą czasami aż tak podstawowe, albo nie będzie ich wcale.

Otóż brak prądu, czy prysznica okazał się normą i szybko zrozumieliśmy, że nie codziennie będziemy zasypiać w naszym namiocie czyści, a czasami, z powodu braku wody, nie będziemy mogli rano umyć zębów.

Mój telefon padł szybko, a to na nim była aplikacja The Trail App i sprawne mapy. Z początku nie sądziłam, że będzie to problem, bo nie wiedziałam, że telefon na szlaku jest koniecznością. Sądziłam, że wystarczy trzymać się znaków.

Otóż nie. Okazuje się bowiem, że czasami znaków nie ma wcale i trzeba korzystać z map, aby wiedzieć, że na przykład następne trzy kilometry prowadzą korytem rzeki (bynajmniej nie wyschniętym), albo autostradą.

Takich sytuacji było niestety sporo, co nie ukrywam, trochę nas rozczarowało.

Co więcej, niektóre fragmenty szlaku są zupełnie zamknięte i w notatkach na stronie internetowej, sugerowane jest łapanie stopa.

Zdarza się również, że idziemy szlakiem godzinę albo dwie i to przez lasy, a tu nagle wisi tabliczka, że szlak jest zamknięty. Wtedy decyzja należy do nas, czy ryzykujemy dalszą wędrówkę, czy męczymy się i zasuwamy z powrotem.

W Nowej Zelandii mnóstwo ziemi należy do prywatnych osób, a reszta jest zazwyczaj pod jakąś ochroną i wszędzie są znaki, że nie można rozbijać namiotów.

Co ma jednak zrobić taki pieszy turysta, który szedł 10 godzin i nigdzie nie doszedł, a już się ściemnia?

Te Araroa to bardzo młody szlak i widać, że wiele jest jeszcze do zrobienia. Niestety, póki co wędrowcy muszą sobie jakoś radzić sami.

Dlatego też, my dość szybko porzuciliśmy pomysł, aby po kolei pokonywać odcinki i uznaliśmy, że niektóre po prostu sobie odpuścimy. Myślę, że postąpiliśmy mądrze.

A oto, co przeczytałam w książce poświęconej tej trasie („A Walking Guide to New Zealand’s Long Trail Te Araroa”), która pewnego dnia wpadła mi w ręce:

„It’s 3000 km long, from Cape Reinga to Bluff. It’s not perfect, but it’s there, and it will only get better.”

Nie pozostaje nic innego, jak mieć nadzieję, że faktycznie będzie tylko lepiej.

Pamiętajmy też, że my byliśmy tylko i wyłącznie na Wyspie Północnej i to głównie w jednym regionie – Northland. Nie chcę nawet myśleć, z jakimi problemami muszą sobie radzić wędrowcy na Wyspie Południowej.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*