Taman Negara – z maczetą przez dżunglę.

Naszym kolejnym po Cameron Highlands przystankiem, była dżungla Taman Negara. Aby dostać się tam z Kuala Lumpur, nie ma problemu, ale my, chociaż w linii prostej byliśmy naprawdę blisko, na podróż musieliśmy poświęcić prawie cały dzień.

Po raz kolejny skorzystaliśmy z usług agencji Hill Top, decydując się na prywatny transfer, który obejmował również przeprawę rzeczną. To w dużej mierze powód, dla którego trwało to tak długo, ale zapewniam, że było warto.

Z samego rana, zostaliśmy odebrani przez pewnego miłego pana i razem ze zgarniętą po drodze, starszą parą, udaliśmy się na ok. 3 – godzinną przejażdżkę do Jerantut. Jechało się bardzo przyjemnie, gdyż mieliśmy do dyspozycji sporych rozmiarów vana, a kierowca prowadził znakomicie.

Formalności w Jerantut.

Na miejscu trafiliśmy do biura podróży, gdzie obsługiwani są turyści udający się do dżungli. Okazuje się bowiem, że taka wycieczka związana jest z dość dużą ilością formalności. Dlaczego tak jest? Tego nie wiem, ale w moim odczuciu jest to niedorzeczne.

W każdym razie, w biurze spotykają się przybyli ze wszystkich stron turyści i jeden po drugim, obsługiwani są przez pracujące tam kobiety.

Po pierwsze, trzeba zapłacić zawrotną kwotę – 1 RM, za Park Entry Permit. Po drugie, trzeba zapłacić kolejną zawrotną kwotę – 5 RM, za możliwość korzystania z aparatu.

W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że należy z osobna zapłacić za każde urządzenie, które jest w stanie robić zdjęcia i które zamierzamy zabrać ze sobą do dżungli.

Obejmuje to oczywiście telefony. I nawet jeśli robimy zdjęcia jedynie aparatem, to i tak musimy zapłacić za telefony.

Podobno będąc na trekkingu w dżungli, możemy zostać zatrzymani przez strażników, którzy mają prawo sprawdzić, czy mamy przy sobie urządzenia, za które nie zapłaciliśmy. Gdyby się okazało, że mamy, przewidziane są gigantyczne kary finansowe, zupełnie nie adekwatne do popełnionego „przestępstwa”.

Należy jednak pamiętać, że dotyczy to tylko i wyłącznie samej dżungli. Te dziwne zasady nie obowiązują, gdy jesteśmy na łódce, albo w wiosce.

Poza tym, będąc na szlaku, strażników spotkaliśmy tylko raz, tuż obok Canopy Walk i sprawdzili nam jedynie Park Entry Permits. Co więcej, byli wyjątkowo mili i skorzy raczej do pogadanek, a nie przeszukiwania plecaków.

5 RM jest jednak tak małą kwotą, że z pewnością nie warto ryzykować ewentualnych problemów.

Łodzią przez dżunglę.

Po dość długim oczekiwaniu w biurze, w końcu przyjechały po nas vany. W dalszej kolejności musieliśmy bowiem dojechać do przystani, skąd w głąb dżungli płynie się łodziami.

W owej przystani, ponownie musieliśmy odczekać swoje, gdyż obecni tam panowie, wzięli się za przygotowywanie naszych permitów. Dopiero gdy zostały ukończone i osobiście nam wręczone, mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.

Zapakowano nas w długie i płytkie łodzie, z zaledwie dwoma miejscami na każdy rząd i ruszyliśmy na naszą przeprawę.

Było to wyjątkowo przyjemne doświadczenie. Przede wszystkim dlatego, że cały czas czułam się jak na jakiejś wielkiej wyprawie przez dżunglę amazońską, tyle tylko, że nie musiałam się obawiać krokodyli, ani tubylców strzelających z łuku.

Widoki były dość jednostajne, ale fakt, że po obu stronach rozciągała się gęsta dżungla, a my płynęliśmy szeroką i ciemną rzeką, powodował we mnie naprawdę przyjemne odczucie.

Poza tym, oddalaliśmy się od cywilizacji, w głąb zupełnie nieznanego nam świata.

Nie do końca potrafię to ubrać w słowa, ale było to naprawdę fajne doświadczenie.

Kuala Tahan – wioska w dżungli.

Gdy po ponad dwóch godzinach dopłynęliśmy do celu, czyli wioski Kuala Tahan, okazało się, że jesteśmy w małej enklawie wybudowanej nad rzeką i zewsząd otoczonej przez dżunglę.

Wioska jest tak mała, że jestem przekonana, iż wszyscy mieszkańcy dobrze się znają i razem tworzą spójną społeczność.

Ja przez cały pobyt zachwycałam się tym miejscem, gdyż na co dzień niczego takiego nie doświadczam.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że życie tak daleko od cywilizacji i chociażby porządnej służby zdrowia, musi mieć wady, ale ja czerpałam z każdej chwili tam spędzonej.

Zachwycił mnie spokój jaki tam panuje, poczucie bezpieczeństwa i przynajmniej pozorny, brak zmartwień. Ci ludzie może nie mają tego wszystkiego, co znajdziemy w wielkich miastach, ale zdają się też nie mieć zbyt wiele stresu i żyją w bardzo spokojnym, harmonijnym i silnie związanym z przyrodą świecie.

Dla mnie taka odskocznia była swoistym lekarstwem, którego niezmiernie potrzebowałam. Naprawdę bardzo się cieszę, że te dwa tygodnie poza Chinami, spędziliśmy wśród natury, wyciszając się i odpoczywając od wielkomiejskiego życia.

Night Jungle Walk.

Jak już wspominałam, podróż do Kuala Tahan zajęła nam prawie cały dzień, ale i tak udało nam się wykorzystać jego pozostałą część.

Mianowicie, zdecydowaliśmy się na krótką, nocną wycieczkę, czyli Night Jungle Walk.

O ustalonej godzinie, my i kilka innych osób, spotkaliśmy się na barce, która służy jako restauracja, a także centrum turystyczne. Razem przepłynęliśmy na drugi brzeg rzeki, gdzie rozpoczęliśmy naszą nocną przygodę.

Oczywiście towarzyszył nam przewodnik, w postaci młodego i bardzo miłego chłopaka, aczkolwiek z przedziwnym i ledwie zrozumiałym akcentem.

Poprowadził nas przez las, odkrywając przed nami świat insektów i innych, ciekawych, tudzież przerażających stworzeń.

I tak oto, podczas ok. dwugodzinnego spaceru, mieliśmy okazję podziwiać małą i dużą żabę drzewną, karaluchy, pająka wielkości dłoni, gigantyczną stonogę, przeróżne chrząszcze, świecące robaczki, a także, dzięki naszej super latarce, wyposażonej w ultrafiolet, świecące na zielono skorpiony!

Dlaczego skorpiony świecą na zielono? A no dlatego, że w ich pancerzykach jest jakaś substancja, która w zetknięciu z ultrafioletowym światłem, wywołuje taki właśnie efekt.

Oprócz tego, mieliśmy okazję zobaczyć buszującego w ciemnościach, dzikiego kota. Wypatrzyliśmy go z wieży, która służy do obserwacji zwierząt. Podobno czasami udaje się zobaczyć stamtąd więcej zwierząt, w tym na przykład tapiry.

Long Trek.

Na następny dzień, mieliśmy zaplanowaną nieco dłuższą wycieczkę.

O 9:30 ponownie stawiliśmy się na barce, gdzie okazało się, że razem z nami, na całodniowy trekking idą tylko dwie młode Norweżki. Grupa była zatem bardzo mała.

Wszyscy dostaliśmy prowiant, na który składała się woda, danie z ryżu, owoce i ciastka. Fajnie, ale niestety trzeba było to wszystko nieść.

Pierwszym punktem programu była przejażdżka łódką do miejsca w pobliżu Canopy Walk. Łódka była mniejsza niż ta, którą płynęliśmy dzień wcześniej i mieściła tylko jedną osobę w rzędzie. Natomiast woda była dość mocno wzburzona, w związku z czym, nalewała się do środka.

W rezultacie, nawet tak krótki rejs wystarczył, żebyśmy wszyscy przemokli. Gdy wysiadałam, okazało się, że mam cały tyłek mokry. I może nie martwiło by mnie to tak bardzo, gdyby nie to, że na brzegu, z jakiegoś dziwnego powodu, była ekipa z kamerą, która postanowiła nas nakręcić! Masakra!

Canopy Walk.

Canopy Walk to system mostów zawieszonych pomiędzy drzewami. Trochę jak park linowy, tylko bez przeszkód.

Dzięki temu, że jesteśmy na dużej wysokości, możemy spojrzeć na dżunglę z nieco innej, normalnie nam niedostępnej, perspektywy.

Jest to z pewnością ciekawe doświadczenie, ale możecie mi wierzyć, że Taman Negara ma znacznie więcej do zaoferowania i to zdecydowanie nie dla Canopy Walk się tam przyjeżdża.

My, po przejściu przez wszystkie mosty, wracamy na łódkę. Czeka nas teraz ok. 40 – minutowa przeprawa, przez jeszcze bardziej wzburzoną rzekę.

Na łodzi.

Kasper siedzi z samego przodu i o dziwo, nie dotykają go strumienie lejącej się na wszystkich innych wody. Ja po chwili jestem tak mokra, że postanawiam więcej nie zwracać na to uwagi. I tak nie da się nic z tym zrobić, a ja bardziej mokra już raczej nie będę. Jedynie szok, jaki wywołują co większe fale, od czasu do czasu, powoduje niekontrolowany krzyk.

W pewnym momencie zaczynamy zbliżać się do brzegu. Kilkukrotnie podpływamy w zarośla, tak jakby nasz przewodnik szukał odpowiedniego miejsca. Wydaje mi się to dziwne, gdyż spodziewałam się, że on będzie dokładnie wiedział, gdzie się wybieramy. Przez chwilę zastanawiam się, czy to nie taki chwyt na turystów, żeby dodatkowo wzbogacić nasze doświadczenie.

Inna sprawa, że żadne z tych miejsc, przynajmniej w moim odczuciu, nie nadaje się, aby tam wysiadać. To bardziej szuwary niż brzeg, pełne wystających z wody badyli i naprawdę nie wiem, jak mielibyśmy się tam wydostać na ląd.

Na lądzie.

W końcu nasz przewodnik wybiera odpowiednie miejsce i chociaż daleko mu do ideału, to wszyscy lądujemy na brzegu. Nie jest to jednak koniec naszych problemów, gdyż nie jesteśmy na żadnej ścieżce, a na zboczu i ja osobiście, nie widzę stamtąd żadnego wyjścia.

Wszędzie pełno zarośli. Jest tak, jakby ktoś rzucił nas w środek lasu i powiedział, radźcie sobie. A przez środek lasu mam na myśli naprawdę gęstą roślinność i ani śladu czegokolwiek, co przypominałoby jakąkolwiek ścieżkę!

W ruch idzie maczeta. Szczerze mówiąc, wcześniej nie zauważyłam, że nasz przewodnik ma ze sobą maczetę. Zupełnie się też nie spodziewałam, że będzie mu potrzebna.

W pierwszej chwili znów myślę sobie, że to dla nas, turystów, ale z czasem przekonuję się, jak potrzebnym jest narzędziem.

Dean, bo tak ma na imię nasz przewodnik, oznajmia nam, że jesteśmy pierwszą w tym sezonie grupą, która zdecydowała się ten trekking i dlatego wszystko jest takie zarośnięte i trudno dostępne.

Po drodze będzie używał swojej maczety często i w różnych celach.

Wielogodzinny tor przeszkód.

Po dłuższej chwili, którą poświęcamy na przedzieranie się przez zarośla, Dean oznajmia nam, że wreszcie znaleźliśmy się na ścieżce. Hmm, naprawdę? Gdybyś nie powiedział, to pewnie byśmy nie zauważyli.

Od tego momentu jest niby trochę łatwiej, ale tak naprawdę wciąż się przez coś przedzieramy. Pokonujemy strumienie i przewalone drzewa, chodzimy po dużych i małych kamieniach, wspinamy się na zbocza. Jednocześnie odgarniamy gałęzie i staramy się nie wpadać na pajęcze sieci. Trzeba też uważać, aby łapiąc się za mniejsze drzewa, nie położyć przypadkiem ręki na jakimś robalu.

Jest super, naprawdę cudownie. To wspaniała przygoda. Nie ma jednak wątpliwości, że żadne z nas nie przywykło do takich rozrywek i czasami jest nam naprawdę ciężko. Mnie najbardziej przeszkadza to, że jestem cała mokra i w tej wilgoci nic nie chce schnąć. Mam na sobie bardzo szerokie aladynki, które nasiąknięte wodą, stają się naprawdę ciężkie. Oprócz tego, nogawki co chwilę zahaczają o jakieś gałęzie. Zdecydowanie nie jest to odpowiedni strój na trekking przez dżunglę. Następnym razem założę legginsy.

Poza tym, po wielu godzinach takiego wysiłku, nogi powoli zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa. Mięśnie zostały napięte tak wiele razy, że na więcej po prostu nie mają już siły. Zaczynają robić się tak słabe, że pokonanie nawet najmniejszego przewyższania, staje się problemem.

Oprócz tego, już na samym początku, pojawia się problem w postaci pijawek.

Najpierw atakują Norweżki, które nie znoszą tego najlepiej i wpadają w małą panikę. Niedługo później ja zauważam, że mam w okolicach kostki trzy krwiożercze pijawki. Postanawiam znieść to ze spokojem, ale proszę Dean’a o pomoc. Od tej pory, co chwilę będę musiała walczyć z tymi pasożytami, które choć małe, zadziwiająco szybko wspinają się po butach i lgną do każdego kawałka gołej skóry, który mogą znaleźć.

Gdy wbijają się i zaczynają ssać krew, jest to nieodczuwalne, więc co jakiś czas trzeba sprawdzać nogi. Mnie jedna najwyraźniej weszła pod skarpetkę, a następnie została zgnieciona, gdyż później odkryłam wielką plamę krwi.

Nie ma co jednak nadmiernie panikować. Wiadomo, nie jest to nic przyjemnego, ale Dean mówi, że te pijawki nie roznoszą żadnych chorób.

 

Wodospad.

W pewnym momencie odbijamy od naszej ścieżki i idziemy w bok, do wodospadu. W jedną stronę jest to ok. 30 minut.

Cały czas idziemy wzdłuż strumienia, więc trasa nie jest najłatwiejsza, ale udaje nam się dotrzeć do celu.

Miło jest zanurzyć nogi w zimnej wodzie, zwłaszcza że do stóp podpływają rybki i robią nam pedicure. Niestety zabieg zostaje przerwany, w momencie gdy w naszą stronę zaczyna zbliżać się większy i trochę bardziej przerażający okaz.

Dean wykorzystuje przerwę na modlitwę. Muzułmanin kłaniający się nad wodospadem, w środku dżungli, zdecydowanie nie jest widokiem, którego się spodziewałam podczas tej wycieczki.

Szczyt Bukit Indah.

Po dłuższej przerwie wracamy do miejsca, z którego odbijaliśmy, wspinamy się na pokaźne zbocze i idziemy dalej.

Czeka nas jeszcze jeden przystanek, którym jest szczyt Bukit Indah. Aby do niego dotrzeć, musimy iść pod górę. Niby nic takiego, zaledwie 500 metrów do przejścia, ale wszyscy jesteśmy już tak zmęczeni, że okazuje się to sporym wyzwaniem. W dodatku Dean puszcza nas w samopas, a sam urządza sobie odpoczynek.

Droga znów jest pełna przeszkód, z czego niektóre są naprawdę niebezpieczne i chwila nieuwagi mogłaby skończyć się upadkiem w przepaść. Całej naszej czwórce udaje się jednak zdobyć szczyt, z którego oglądamy lasy i brązową rzekę. Ucinamy sobie też dłuższą pogawędkę, gdyż chyba nikt nie ma siły ruszać się z miejsca.

Monitor Lizards oraz inna fauna i flora.

Po zejściu ze wzgórza, wciąż mamy przed sobą spory kawałek do przejścia, ale chyba każdy ma poczucie, że powoli zbliżamy się do celu.

Gdy dochodzimy do drewnianych ścieżek w pobliżu Canopy Walk, energia powraca i Kasper i ja wysuwamy się na prowadzenie.

Idziemy sobie dziarsko, z każdym krokiem zbliżając się do domu, gdy nagle naszym oczom ukazuje się widok, którego już naprawdę się nie spodziewaliśmy.

Mianowicie, mamy przed oczami wielkiego jaszczura, który wygląda zupełnie jak smok z Komodo, tylko trochę mniejszy.

Później, gdy jesteśmy na terenie ośrodka z bungalowami, widzimy kolejnego. Spokojnie spaceruje sobie ścieżką, zupełnie nie zwracając na nas uwagi i najwyraźniej w ogóle się nie bojąc. Idzie sobie ścieżką, jak gdyby nigdy nic, a następnie znika pod jednym z bungalowów.

Dean informuje nas, że owy jaszczur, należy do gatunku monitor lizard.

I nie jest to bynajmniej jedyny zwierz, jaki stanął tego dnia na naszej drodze. Wcześniej, jeszcze w dżungli, Dean jak zwykle szedł pierwszy i ścinał co poniektóre gałęzie swoją maczetą, gdy nagle przestraszył kobrę, która najwyraźniej wygrzewała się na słońcu. Wąż czmychnął w zarośla, a Dean’a ogarnęła euforia z powodu tego niespodziewanego spotkania. Ucieszył się jak dziecko!

Ja miałam nieco inne odczucia, co do tego wydarzenia. Po pierwsze, zdałam sobie sprawę, że przez cały ten czas, przez te wszystkie godziny, też mogłam natknąć się na kobrę! Ja nie wychowałam się w dżungli, więc nie potrafię cieszyć się na takie spotkanie. Wizja bliskiego kontaktu z wężem, napawa mnie raczej przerażeniem.

Na szczęście byliśmy już wtedy dość blisko celu, więc wiedziałam, że spotkanie z kolejnym jadowitym wężem, jest raczej mało prawdopodobne. Całe szczęście, że nie wydarzyło się to na początku trekkingu.

Z pewnością jest to jednak lekcja na przyszłość, zawsze trzeba iść za przewodnikiem!

Co do innych przedstawicieli fauny, na szczęście mniej groźnych, to przy bungalowach, w koronach drzew, dostrzegliśmy też sporo małp. Nie były jednak zbyt skore do kontaktu z ludźmi. Trzymały się raczej na dystans.

Natomiast co do flory, na jaką natknęliśmy się podczas trekkingu, to Dean zaprezentował nam kawałek kory z drzewa cynamonowego (samego drzewa nie chciał jednak pokazać) oraz poczęstował sokiem, który piliśmy prosto z liany ratanowej, ściętej maczetą. Ratan jest bezpieczny dla ludzi, ale podobno wiele rodzajów lian nie jest. Szczerze mówiąc dla mnie nowością był już fakt, że liany mają w sobie sok. Poza tym, sama nie zamierzam przygotowywać sobie podobnych trunków. Nie byłabym w stanie odróżnić tych wszystkich lian.

Trekking ukończony.

Mniej więcej o 17:30 jesteśmy już po drugiej stronie rzeki, zadowoleni, że udało nam się ukończyć tą przygodę i bardzo, ale to bardzo zmęczeni.

Prysznic, który chwilę później bierzemy, przynosi niesamowitą ulgę.

Według dziewczyn z Norwegii, które mierzyły dystans zegarkiem, przeszliśmy 16 kilometrów, czyli podobno znacznie więcej niż było w planie. Ja nie wiedziałam jak długi ma być ten trekking, więc nie zrobiło mi to żadnej różnicy.

Najważniejsze, że było super i że przeżyliśmy kolejną przygodę, w towarzystwie kolejnego, świetnego przewodnika. Dean ujął mnie swoim podejściem do dżungli. Mówił, że właśnie tu, w tej wiosce się urodził i jak widać, nie planuje przeprowadzki. Zdradził mi, że jeszcze rano myślał, że idzie z nami na dwudniowy trekking i bardzo się cieszył, bo byłby to jego pierwszy raz w tym sezonie. Bardzo tęskni za nocowaniem w dżungli, gdyż w sezonie spędza tam połowę czasu.

Mówił to wszystko z uśmiechem i wielką radością. Widać, że praca przewodnika sprawia mu ogromną przyjemność i aż bije od niego pozytywna energia. Naprawdę cieszę się, że trafiliśmy akurat na niego.   

Informacje praktyczne: dojazd z Cameron Highlands do Taman Negara z agencją Hill Top, kosztował 65 RM od osoby. Do dżungli można też dojechać autobusem, za niższą cenę, ale my chcieliśmy płynąć łódką.

Cena za Night Jungle Walk to 30 RM, a za Long Trek to 250 RM. Wycieczki można wykupić w biurze w Jerantut lub już na miejscu, w Kuala Tahan. Dostępne są też krótkie, kilkugodzinne trekkingi, a także znacznie dłuższe, kilkudniowe, które obejmują m.in. noclegi w jaskini i jakiejś wiosce tubylców lub na wieży obserwacyjnej, z której można wypatrywać zwierzęta.

2 Comments Posted

    • dzięki 🙂 mamy w planach wrócić w te rejony i zrobić prawdziwy kilkudniowy trekking w dżungli (ze spaniem w jaskini włącznie), także możemy zawsze pojechać razem, większą ekipą 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*