Szkoła Podstawowa – nasze małe piekło, część II.

Jeszcze więcej niespodzianek.

Jak pisałam w poprzednim poście, cały miniony semestr był pełen niespodzianek. Idąc codziennie do szkoły, tak naprawdę nigdy nie byliśmy pewni co nas czeka.

Z początku reagowaliśmy na to dość nerwowo, z czasem wszystko przestało nas dziwić. Jak pojawiał się jakiś problem, szybko go pokonywaliśmy i jeszcze szybciej staraliśmy się o nim zapomnieć, cały czas powtarzając sobie: Jeszcze tylko 3 miesiące! Jeszcze tylko miesiąc! Jeszcze tylko 2 tygodnie!

No i w końcu semestr minął!

A czym nasza szkoła lubiła nas zaskakiwać? Poniżej kilka przykładów:

  1. Sobota rano, dzwoni telefon. Przeczuwając najgorsze, nie odbieram. Niedługo później, dostaję wiadomość z pytaniem dlaczego nie ma nas w szkole. Dlaczego mielibyśmy być w szkole w sobotę, skoro nikt nam nie powiedział, że odrabiamy jakiś dzień? Widocznie sami mieliśmy się domyślić. Wkurzeni, że informują nas w ten sposób, nie idziemy do szkoły i nie odpowiadamy na wiadomość aż do późnego popołudnia. Tym razem im nie ustępujemy.
  2. Czwartek rano (normalny dzień pracy, ale wolny poranek, bo odwołano nam nasze nadgodziny z powodu wycieczki), dzwoni telefon. Tym razem odbieram, a nauczycielka informuje mnie, że odwołano wycieczkę i że mamy przyjść na lekcje. Jest jakieś 20, może 30 minut do lekcji, a my oczywiście w łóżku, właśnie obudzeni. Trochę nieprzyjemnym głosem, mówię jej co o tym myślę, ale ostatecznie zgadzamy się przyjść. Na pierwszą lekcję nie, bo niestety sztuka teleportacji jest nam na razie obca, ale na drugą już tak. Wolny poranek, na który tak się cieszyliśmy, zostaje nam odebrany.
  3. Piątek po lunchu, właśnie mam wychodzić z naszego biura i iść na English Club, który prowadzę z blisko 90-cioma uczniami. Drugą godzinę ma poprowadzić Kasper. Przychodzi Shelly, jedna z nauczycielek i mówi, że ktoś inny poprowadzi nasze lekcje. My mamy tylko oglądać. Spoko, tym razem jest to miła niespodzianka, bo przepadają nam lekcje. Szkoda tylko, że nie powiedzieli wcześniej, bo oszczędziliby nam przygotowań.
  4. Piątek, tydzień później. Idę na mój English Club. Shelly wspominała tydzień wcześniej, że być może Amerykanin, który poprowadził za nas lekcje, będzie to robił do końca semestru, a my dostaniemy coś innego, ale nigdy nie potwierdziła tej informacji. Dlatego z materiałami dla małych dzieci idę na lekcję, gdy zatrzymuje mnie inna nauczycielka i mówi mi, że mam uczyć trzecią klasę. Ja jej na to, że WHY???? Dlaczego nikt nam nie powiedział? Jak mam teraz uczyć trzecią klasę, skoro mam przygotowaną lekcję dla mniejszych dzieci? Ona mi na to, żebym zrobiła tą samą lekcję, tylko z innymi słówkami. Mam więc jakieś dwie minuty na zmianę planu lekcji!
  5. Środa, ostatni tydzień semestru. Myślimy, że pracujemy do końca tygodnia, ale podczas lunchu, jedna z asystentek próbuje nam przekazać jakieś informacje. Prawie nic nie rozumiemy, ale jest coś o śniegu i odwołanych lekcjach, więc przed wyjściem do domu, zaglądamy do biura nauczycielek, żeby zapytać o co chodzi. Shelly oznajmia, że właśnie skończył się semester i możemy zacząć nasze wakacje. Idziemy do domu z uśmiechami na twarzach, ale bardzo długo nie możemy uwierzyć, że gdybyśmy nie zapytali, to nikt by nam nie powiedział.

Dziwnych, niespodziewanych sytuacji było więcej, ale szkoda życia żeby to wszystko opisywać. Powyższe przykłady chyba wystarczą, żeby dać obraz tego, z czym się tutaj przez miniony semestr zmagaliśmy.

dsc_0825-copy dsc_0834-copy dsc_0891-2-copy

Program nauczania.

Nie mniej ciężką przeprawę mieliśmy jeśli chodzi o program nauczania. Na początku semestru nie dostaliśmy absolutnie żadnych materiałów i nie powiedziano nam czego mamy uczyć. Wybór pozostawiono nam.

Dostaliśmy pierwszą i drugą klasę podstawówki, czyli dzieci w wieku 7-8 lat. Większość z nich nie umiała powiedzieć po angielsku praktycznie nic. Znali słówko ‘hello’ i to by było właściwie na tyle. Nie znały ‘how are you?’, ani nie umiały się przedstawić. Zero, chociaż drugoklasiści mieli już za sobą cały rok nauki angielskiego.

Powiedziano nam, że możemy robić to samo z oboma klasami, więc postanowiliśmy, że nauczymy dzieci alfabetu. Uznaliśmy, że przyda im się ta wiedza, a wraz z każdą nową literą, nauczą się też nowego słówka.

Dość szybko okazało się jednak, że szkole ten pomysł się nie podoba. Dzieci nie były przygotowane do takich lekcji, bo nie noszą do szkoły zeszytów i wiecznie był problem na czym mają pisać litery. Nauczycielkom nie podobało się też, że wywołujemy dzieci do tablicy. Dzieci zgłaszały się jak szalone i wręcz biegły do tablicy, żeby móc się pochwalić jak ładnie piszą, ale nauczycielki narzekały, że skupiamy się na pojedynczych osobach, a nie wszystkich jednocześnie. No cóż, ja osobiście nie wyobrażam sobie nauki języka poprzez powtarzanie wszystkiego jednocześnie i uczenie się absolutnie wszystkiego na pamięć, kiedy nie słyszę nawet co pojedyncze dzieciaki mówią. Później okazuje się, że źle usłyszały i wymawiają zupełnie inne słówko albo takie, które nie istnieje. Dla Chińczyków większym problemem było jednak to, że jeśli jedno dziecko odpowiada, to drugie może się nudzić.

Powiedziano nam też, że dzieci uczą się teraz pisać po chińsku i jeśli my nauczymy ich alfabetu, to wszystko im się pomiesza.

Reasumując, po kilku lekcjach, musieliśmy zaprzestać nauki alfabetu. Zamiast tego, dostaliśmy podręczniki i to według nich mieliśmy teraz uczyć. Żeby nie było nam za łatwo, dostaliśmy tylko jeden zestaw (książka, płyta, flashcards) dla pierwszej klasy i jeden dla drugiej i mieliśmy się podzielić. Tego jak mieliśmy się podzielić jedną płytą, jeśli na przykład oboje mieliśmy drugą klasę w tym samym czasie, już nam nie powiedziano.

Jedyne co wiedzieliśmy to to, że mamy uczyć dokładnie według podręczników.

Mnie wystarczyło jedno spojrzenie na te książki, żeby wiedzieć, że to najgorsze materiały do nauki angielskiego dla dzieci, jakie kiedykolwiek widziałam.

Jak już wspominałam, dzieci nie umiały się nawet przedstawić, ale według książki dla drugiej klasy, na pierwszej lekcji miałam ich nauczyć dwóch zwrotów: ‘clean the desk, please’ oraz ‘sweep the floor, please’. Całe zdania i to dość trudne, w dodatku na tym etapie, zupełnie dzieciom niepotrzebne! Porażka!

Od razu podzieliłam się moją opinią z Shelly, ale najwyraźniej na tym etapie nie było już pola do dyskusji, pomimo tego, że sama przyznała, że w tamtym roku dzieci nie zdążyły przerobić nawet pierwszego z dwóch podręczników, a to co się nauczyły, już zapomniały. Ja mogłam sobie robić wielkie oczy na to co słyszałam, dla niej nie miało to znaczenia. Mieliśmy uczyć według książki i koniec.

Chyba nie muszę dodawać, że nauczenie dzieci tych dwóch zwrotów było pracą długą i mozolną. Poświęciłam na to całą lekcję, po której prawie żadne dziecko nie umiało tego poprawnie wymówić, a później powtarzałam to z nimi na początku każdej kolejnej lekcji. Pod koniec semestru umiały już prawie wszystkie, ale co jakiś czas przypadkowo trafiałam na osobnika, któremu ten koncept był zupełnie obcy. Istna masakra!

dsc_0258-copy

W drugiej szkole też zaczęliśmy od alfabetu, co spotkało się z dużym przyklaskiem. Nauczycielka, która była moją asystentką powiedziała, że to wspaniale, że chcę nauczyć dzieci liter. Sama przerobiła z nimi już kilka.

Doszłam mniej więcej do ‘R’, czyli powoli zbliżałam się do końca, kiedy to zostaliśmy z Kasprem wezwani na rozmowę. Dziewczyna o imieniu Effie, oznajmiła nam, że nie możemy uczyć alfabetu i że oni nie wiedzieli, że my to robimy. Ja jej na to, że jak to możliwe, skoro oboje mamy nauczycielki w klasach, które widzą przecież czego uczymy, ale usłyszałam tylko kolejne zapewnienie, że oni nie wiedzieli.

Tak więc, znów musieliśmy przerwać naukę alfabetu i to w dodatku w momencie, gdy naprawdę niewiele brakowało nam do końca. Na szczęście, ta szkoła miała na tyle rozumu, żeby nie zmuszać nas do uczenia wszystkiego według książki. Mieliśmy skupić się tylko i wyłącznie na słówkach, co było dużo mądrzejszym rozwiązaniem i tak też zrobiliśmy.

dsc_0265-copy

4 Comments Posted

  1. Althought I can’t read, what I expect is a delightfully well written blog, I can feel the love emanating from this blog. The love for the children and the overwhemling appreciation for the school faculty is all in there (I heavily suspect).

    Again, no words are needed to further express your strong feelings for the school. I hope you continue to enjoy your time and youth in your little utopia.

    • thank you dear friend, for your kind words. we do indeed enjoy our utopia, as you call it.
      although, we hope to enjoy Suzhou more. wish you could be there with us.

  2. Byłam mega ciekawa tego wpisu, jako, że sami mamy dosyć mieszane uczucia co do Chin, Chińczyków i chińskiego pojmowania świata 😉 Póki co byliśmy tylko w Pekinie i Szanghaju, a w pracy raz w tygodniu mam do czynienia z Chińczykami i teraz rozumiem, dlaczego nie da się z tymi ludźmi dogadać po angielsku. I to często na turbo podstawowym poziomie, co jest baaaaardzo frustrujące. Ale skoro po roku nauki angielskiego dzieci potrafią powiedzieć tylko „hello” i zabrania się ich uczyć ALFABETU… Szacunek, że przeżyliście semestr 🙂

    • wlasciwie, to jestesmy juz w trakcie naszego trzeciego semestru w Chinach. i chociaz niedlugo minie nam rok od przyjazdu, wciaz nie do konca ogarniamy ten narod i kraj, wiec zupelnie sie Wam nie dziwie, ze macie mieszane uczucia 🙂 pozdrawiam, a gdybys chciala poczytac wiecej o szkole, to wlasnie zamiescilam nowy wpis na ten temat 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*