Singapur – azjatycki ewenement.

Trudne początki.

Singapur przywitał nas dość chłodno. Na przejściu granicznym wylądowaliśmy późno w nocy, więc wszystko było zamknięte. Nie było możliwości wymienić pieniędzy i nigdzie nie było bankomatu. Gdyby nie zapoznana rodzina z Indonezji, pewnie utknęlibyśmy tam na całą noc, gdyż nie mieliśmy przy sobie ani jednego singapurskiego dolara. Na szczęście przemiły ojciec rodziny zapłacił za nasze bilety autobusowe i bodajże dwójki innych osób. Sam to też zaproponował i nie chciał nic w zamian.

Chwilę trwało zanim znaleźliśmy nasz hostel, a gdy wreszcie trafiliśmy do środka, okazało się, że nie możemy zapłacić kartą! Naprawdę? W tak nowoczesnym kraju?

Zamiast tego, musieliśmy iść na kolejny nocny spacer, w poszukiwaniu bankomatu.

Gdy wszelkim formalnościom stało się zadość, zostaliśmy zaprowadzeni do pokoju wieloosobowego, gdzie prawie natychmiast znaleźliśmy pluskwę. Leżała sobie na samym środku prześcieradła. Co prawda była martwa, ale my nie mieliśmy zamiaru ryzykować.

Byliśmy w dżungli i na tropikalnej wyspie, ale pluskwę znaleźliśmy akurat w Singapurze! Jak to w ogóle możliwe? Od razu zaczęliśmy wątpić, że Singapur okaże się tym, co sobie wyobrażaliśmy.

Na szczęście od rana następnego dnia, było już tylko lepiej.

Jedzenie.

Śniadanie szybko poprawiło nam humor, gdyż nie ma nic lepszego niż porządne indyjskie żarcie!

Oczywiście przez ten jeden jedyny dzień, który spędziliśmy w Singapurze, nie mieliśmy szansy zasmakować zbyt wielu lokalnych przysmaków, ale wszystko czego spróbowaliśmy, bardzo nam smakowało.

Jedzenie było bardzo podobne do tego, z którym spotykaliśmy się w Malezji, czyli z silnym wpływem indyjskim i chińskim.

Jestem przekonana, że wrócimy jeszcze kiedyś do Singapuru, być może na odrobinę dłużej, a wtedy będę chciała spróbować więcej. Znacznie więcej!

Marina Bay Sands.

Pierwszym miejscem, w jakie się udajemy, są okolice słynnego hotelu Marina Bay Sands i Gardens by the Bay.

Wyjazd na taras widokowy hotelu (Sands SkyPark) jest drogi, ale nie możemy sobie odmówić tej przyjemności. Widok naprawdę wart jest swojej ceny.

Miasto nie wygląda jak typowa azjatycka metropolia. Jest zielone i znakomicie zorganizowane. Na pewno nie obraziłabym się, gdyby przyszło mi tam zamieszkać (na jakiś czas oczywiście).

Gardens by the Bay.

W dalszej kolejności, udajemy się do Gardens by the Bay. Oczywiście już z daleka widzieliśmy ogromne, sztuczne drzewa, ale teraz jest okazja, aby dokładnie się im przyjrzeć.

Są naprawdę imponujące i cudownie komponują się z otaczającym je krajobrazem. Cały park, w którym się znajdują, jest bardzo przyjemnym miejscem i widać, że ktoś dokładnie to sobie przemyślał.

Z tablicy informacyjnej wynika, że zamysł jest taki, aby przemienić Singapur z „Garden City” w „City in a Garden” poprzez zwiększanie ilości zieleni w mieście.

Moim zdaniem, jak na razie idzie im znakomicie. Chyba próżno byłoby szukać w Azji miasta z większą ilością drzew i roślin.

Pomiędzy kilkoma sztucznymi drzewami, zawieszona jest ścieżka (OCBC Skywalk), z której można dokładnie obejrzeć sobie zarówno drzewa, jak i cały park.

Jest to atrakcja dodatkowo płatna, ale widoki są naprawdę fajne. Myślę, że warto przyjrzeć się tym rozłożystym koronom i roślinom pnącym się po pniach.

W parku do zwiedzania są jeszcze dwa pawilony, z czego jeden mieści las mglisty, a drugi kwiaty. Upał jest jednak nie do zniesienia, więc tym razem odpuszczamy sobie wizytę w tych miejscach.

Zamiast tego, udajemy się na krótki spacer i zaglądamy w kilka zakamarków, odkrywając m.in. zegar kwiatowy, akwarium z ogromnymi rybami, czy też mały ogród kaktusów.

Chinatown.

Na koniec udajemy się do Chinatown, które sprawia wrażenie, jakby żywcem zostało przeniesione z Chin. Wszystko wygląda identycznie jak w Państwie Środka, a zwłaszcza restauracje i sklepy.

My wiemy jednak, że już następnego dnia, ponownie znajdziemy się w swoim prawdziwym „Chinatown”, więc bardziej skupiamy się na architekturze.

Znajdują się tam trzy ulice, które od razu przykuwają naszą uwagę: Temple Street, Pagoda Street oraz Mosque Street.

Jak same nazwy wskazują, przy każdej z ulic znajduje się miejsce kultu. Są to świątynia chińska, świątynia hinduistyczna i meczet. Maleńka przestrzeń, a trzy różne religie i wyznawcy, którzy najwyraźniej potrafią ze sobą harmonijnie współżyć.

Sri Mariamman Temple.

Najpierw zachodzimy do świątyni hinduistycznej, gdyż już z daleka widzimy ciekawe rzeźby i przepiękną gopuram. Dachy są bardzo kolorowe i pełne rzeźb, więc na długo przyciągają wzrok.

Później wrócimy do świątyni ponownie, gdy przyciągnie nas dochodząca z wewnątrz muzyka i w ten o to sposób, załapiemy się na część jakiejś ceremonii.

Sri Mariamman Temple to najstarsza świątynia hinduistyczna w Singapurze. Zbudowano ją w 1827 roku i od początku odgrywała dużą rolę w życiu mieszkających tam Hindusów. Początkowo stanowiła nawet schronienie dla przybywających imigrantów. Była też jedyną świątynia, której kapłani mogli udzielać hinduistycznych ślubów.

Podobno w październiku i listopadzie, odbywają się tam ceremonie, podczas których wyznawcy chodzą po rozgrzanych węgielkach, na znak swojej wiary i oddania.

Buddha Tooth Relic Temple.

Naszym kolejnym przystankiem jest świątynia chińska. Jest zdecydowanie największa ze wszystkich trzech przybytków i najbardziej okazała. Jak przystało na każdą ważną świątynię chińską, najwyraźniej wpakowano w nią masę pieniędzy.

Zęba buddy niestety nie widzieliśmy, ale za to obejrzeliśmy milion innych eksponatów, w tym przeróżne figurki buddy i innych postaci, a także figury woskowe znanych mnichów. Muzeum, które się tam znajduje, jest naprawdę ciekawe.

Meczet.

Mały, zielony meczet, stojący bezpośrednio na chodniku, jest zdecydowanie najmniej imponujący. W żaden sposób nie można mu jednak odmówić uroku i tego, jak znakomicie komponuje się ze swoim otoczeniem.

Spędzamy tam dosłownie chwilkę, gdyż nie jest przeznaczony do zwiedzania, a jedynie do modlitwy. Poza obszerną salą, nie ma tam absolutnie nic.

Podsumowanie.

Jak wspominałam na początku, Singapur przywitał nas dość chłodno, ale wyjeżdżaliśmy z bardzo pozytywnymi wrażeniami i na pewno będziemy chcieli jeszcze tam wrócić.

Urzekła nas ilość zieleni, kultura mieszkańców, pyszne jedzenie i wspaniała architektura. Jest to zdecydowanie ewenement na skalę azjatycką.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*