Langkawi, Malezja

Sielanka na Langkawi.

Po odwiedzeniu trzech malezyjskich miast, przyszedł czas na zasłużony odpoczynek na wyspie Langkawi.

Szczerze mówiąc nie miałam wygórowanych oczekiwań względem tego miejsca, gdyż nie sądziłam, że coś jest w stanie pobić inną malezyjską wyspę – Tioman, na której byliśmy dwa lata wcześniej.

I chociaż dalej uważam, że Tioman jest miejscem absolutnie pięknym, wyjątkowym i z niepowtarzalną atmosferą, to Langkawi nie pozostaje daleko w tyle.

Wyspa, a właściwie archipelag, gdyż Langkawi to jedna główna wyspa plus wiele znacznie mniejszych, jest naprawdę przepiękna. Krajobrazy wręcz zwalają z nóg.

Co więcej, panuje tam wspaniała atmosfera, pomimo tego, że wyspa jest dość mocno turystyczna.

Wydaje mi się, że wynika to ze specyficznego charakteru Malezji. Nie potrafię tego zbyt dobrze wyartykułować, ale jest coś w tym kraju, co wyróżnia go na tle pozostałych państw regionu i sprawia, że wciąż pozostaje naszym ulubionym celem podróży w Azji Południowo – Wschodniej.

Zasłużony odpoczynek.

Pierwsze dni na Langkawi upłynęły nam bardzo leniwie. Jedyne co robiliśmy, to jedliśmy indyjskie jedzenie i chodziliśmy na plaże (oraz pierwszy raz od tygodni, popijaliśmy alkohol, gdyż Langkawi to wyspa Duty Free).

Dość szybko zdecydowaliśmy też, że przedłużymy pobyt i zarezerwowaliśmy trzy dodatkowe noce, co w sumie dało nam osiem.

Gdyby nie to, to chyba nic nie udałoby nam się na wyspie zobaczyć. Tak, jak wspomniałam powyżej, byliśmy naprawdę wyczerpani po pobycie w Melace, Kuala Lumpur i George Town, gdyż chodzenie po tych miastach, wypełniało nam całe dnie. Nie mówiąc już o tym, jak męczące potrafią być azjatyckie miasta, a na tym polu, Malezja niestety się nie wyróżnia.

Pantai Cenang.

Pantai Cenang to główna plaża w rejonie, w którym się zatrzymaliśmy. Jest długa, szeroka i piaszczysta, ale niestety dość słabo zacieniona. Dla chcącego, jednak nic trudnego i my zawsze wynajdywaliśmy sobie dogodne miejsce na odpoczynek.

Wzdłuż plaży ciągną się hotele, restauracje i bary, a po przejściu paru metrów, łatwo dotrzemy do głównej ulicy w miasteczku, gdzie jest jeszcze więcej infrastruktury turystycznej.

Normalnie nie przepadam za takimi miejscami i wolę zaciszne plaże, ale o dziwo w przypadku Pantai Cenang jakoś mi to nie przeszkadzało.

Codziennie widzieliśmy na plaży tabuny turystów, ale i tak było naprawdę fajnie i chętnie tam wracaliśmy.

Wieczorami natomiast, oglądaliśmy tam przepiękne zachody słońca.

Pantai Tengah.

Pantai Tengah to mniejsza i słabiej uczęszczana plaża, która znajduje się na południe od Pantai Cenang.

Jest bardzo ładna i my byliśmy tam dwa razy.

Za pierwszym razem w ciągu dnia i niestety trochę się namęczyliśmy, co chwilę zmieniając miejsce, w poszukiwaniu cienia.

Drugim razem przyszliśmy pod wieczór, wdrapaliśmy się na tamtejsze skały i oglądaliśmy kolejny piękny zachód słońca.

Gdy zrobiło się ciemno, poszliśmy natomiast do małej restauracyjki, której stoliki poustawiane były bezpośrednio na plaży.

Było to bardzo klimatyczne miejsce, ze znakomitym jedzeniem w bardzo dobrych cenach. Najedliśmy się do syta i miło spędziliśmy czas.

Byliśmy też mega zaskoczeni, że byliśmy jedynymi klientami, którzy zdecydowali się zjeść posiłek właśnie na plaży.

Island Hopping.

Gdy udało nam się przezwyciężyć lenistwo, poszliśmy do jednego z małych biur podróży i kupiliśmy wycieczkę Island Hopping. Kosztowała 35 RM za osobę, ale wiemy, że można taniej. Po prostu nie zrobiliśmy tego, co zazwyczaj, czyli nie porównaliśmy cen w przynajmniej kilku biurach.

W każdym razie, miejsca odwiedzone podczas wycieczki były naprawdę piękne i nie wiem jak inaczej można byłoby je zobaczyć, ale sama wycieczka nie zwaliła nas z nóg. Wręcz przeciwnie.

O umówionej porze byliśmy pod budką biura, ale tam nie było nikogo, a samochód, który miał nas odebrać, spóźniał się.

Po jakimś czasie, pracująca w okolicy dziewczyna zadzwoniła po kogoś i w budce pojawiła się kobieta (to nie z nią dzień wcześniej dobijaliśmy interesu). Zadzwoniła do kierowcy i okazało się, że pojechał do naszego hostelu, chociaż to nie tam mieliśmy na niego czekać.

W sumie nic dziwnego, że doszło do takiego nieporozumienia, gdyż koleś, który nas dzień wcześniej obsługiwał, wyglądał na mocno czymś odurzonego i rzeczy leciały mu z rąk.

No nic, kierowca ostatecznie dojechał (z pół godzinnym opóźnieniem) i ruszyliśmy do przystani łodzi.

Na miejscu rozdano nam naklejki i po chwili czekania trafiliśmy na jedną z łódek.

Miała dwa silniki, więc płynęliśmy bardzo szybko, a fale były słabo odczuwalne, co bardzo mi odpowiadało. Widoki natomiast, były fantastyczne.

Pierwsza wyspa – Dayang Bunting.

Niedługo dotarliśmy do pierwszej wyspy i jeszcze zanim wysiedliśmy na ląd, naszym oczom ukazał się przepiękny krajobraz. Woda była zielonkawa, a wysoko unoszące się nad nią skały, miały cudne kształty. Widok nieziemski, naprawdę.

Niestety dalej było już trochę gorzej.

Na wyspie mieliśmy spędzić godzinę i okazało się, że w sumie jedyne, co możemy zrobić, to zapłacić za wstęp nad jezioro (6 RM), oddalone od portu o kilkaset metrów.

Z braku innych opcji (pływać nie było gdzie, gdyż nie było w tym miejscu plaży), zapłaciliśmy i poszliśmy.

Jezioro, które nazywa się Tasik Dayang Bunting (Lake of the Pregnant Maiden) jest oczywiście bardzo ładne, ale jak to bywa w Azji, ktoś najwyraźniej uznał, że natura nie wystarczy i dobudował infrastrukturę, która obejmuje wypożyczalnię kajaków i rowerków wodnych w kształcie łabędzi. Jest też maleńki, wydzielony obszar, gdzie można pływać, ale tylko w kamizelce ratunkowej (jezioro jest bardzo głębokie). Kierowca naszej łódki nie wspomniał o tym wymogu, więc nie mieliśmy ze sobą kamizelek, a za wypożyczenie, trzeba było oczywiście dodatkowo zapłacić.

Odpuściliśmy to sobie, gdyż uznaliśmy, że jest to wszystko niedorzeczne.

Orły.

Następnym przystankiem podczas naszej wycieczki, była zatoczka wyspy, której nazwy nie znam. Zresztą nie wysiedliśmy tam nawet na ląd.

Po prostu zatrzymaliśmy się na kilka minut, nasz kierowca wrzucił do wody jakieś jedzenie, a my obserwowaliśmy latające nad powierzchnią wody orły.

Ptaki są piękne i majestatyczne, ale to nie jest sposób, w jaki lubię zwiedzać i poznawać nowe miejsca.

Druga wyspa – Beras Basah.

Trzecim i ostatnim przystankiem była wyspa Beras Basah.

Tam przyszedł wreszcie czas na kąpiel morską, która okazała się bardzo przyjemna i miło spędziliśmy czas w pięknych okolicznościach przyrody.

Co prawda pewna małpa próbowała mi obrabować plecak, ale poza tym drobnym incydentem, wszystko było ok.

Do portu wróciliśmy po trzech godzinach, co oznacza, że wycieczka nie trwała czterech godzin, jak nam to reklamowano.

Tak, jak napisałam powyżej, przyroda, którą mieliśmy okazję podziwiać, była warta poświęcenia i nie żałuję, że wybraliśmy się na tą wycieczkę.

Jest mi jednak bardzo przykro, że jest tyle pięknych miejsc w Azji, ale nie można do nich dotrzeć, ani naprawdę ich poznać, gdyż wszelcy lokalni przewodnicy decydują gdzie, jak długo i z iloma osobami możemy przebywać.

Jest to naprawdę bardzo smutne, ale zastanawiam się, czy inni turyści też mają takie odczucia. Patrząc na te wszystkie laski pozujące w dziwnych pozach na plażach, zastanawiam się, czy im przypadkiem nie odpowiada takie zwiedzanie. Być może teraz naprawdę chodzi już tylko o zdjęcia na Insta i FB?

Wodospad Telaga Tujuh (Seven Wells Waterfall).

Innym razem wybraliśmy się nad wodospad Telaga Tujuh.

Dojechaliśmy tam Grab’em, co okazało się tanią i bardzo wygodną opcją.

O dziwo, nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby pobierać opłaty od chcących odwiedzić wodospad, więc póki co, wstęp jest darmowy.

Do zobaczenia jest sam wodospad, który spływa z wysokiej i majestatycznej skały, a także jego górna część, na którą składają się małe baseniki.

Można się w nich moczyć do woli, a w niektórych miejscach nawet zjeżdżać z naturalnych zjeżdżalni, a przy okazji podziwiać cudną przyrodę wokół.

Miejsce jest bajkowe i my spędziliśmy tam cały dzień. Było rewelacyjnie i myślę, że jest to obowiązkowy punkt wizyty na wyspie.

Noworoczne celebracje.

W odwiedzonych wcześniej miastach, widzieliśmy mnóstwo dekoracji na Chiński Nowy Rok i widać było, że szykują się programy artystyczne.

Niestety na Langkawi nie mogliśmy liczyć na to samo, co nie ukrywam, trochę mnie rozczarowało.

Na szczęście, któregoś dnia znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i mieliśmy okazję zobaczyć pewien rytuał.

Otóż tego dnia, po ulicach jeździła ciężarówka z dzieciakami w tradycyjnych kostiumach służących do wykonywania tańca lwa. Mieli ze sobą również rzeczonego lwa (a właściwie dwa lwy), a także instrumenty.

Odwiedzili galerię handlową, gdzie wchodzili do poszczególnych sklepów i odprawiali ceremonię, która jak się domyślam, ma przynieść szczęście i majątek w nowym roku.

Później poszli do hotelu znajdującego się po drugiej stronie ulicy i to właśnie tam udało nam się zobaczyć cały taniec, ze wszystkimi szczegółami.

Kebab.

Na Langkawi zapoznaliśmy pewnego młodego Syryjczyka, do którego regularnie chodziliśmy na kebab. Był to jeden z najlepszych kebabów, jakie kiedykolwiek jedliśmy, ze zdecydowanie najlepszym sosem czosnkowym na świecie. Coś niesamowitego. Yahia przyrządza go wedle własnego przepisu, którym się ze mną podzielił. Palce lizać!

Koronawirus.

O koronawirusie wiedzieliśmy już wcześniej, ale to właśnie podczas naszego pobytu na Langkawi, zaczęły docierać do nas bardziej niepokojące informacje.

Wykryto przypadki zachorowań w Singapurze, z którego niewiele wcześniej wyjechaliśmy, w Malezji, gdzie byliśmy i w Tajlandii, do której wybieraliśmy się w następnej kolejności. Dlatego też, informacje o stale rosnącej liczbie chorych i ofiar śmiertelnych nie nastrajały nas zbyt pozytywnie.

Co więcej, na wyspie było mnóstwo Chińczyków (Chiński Nowy Rok), a ze sklepów zniknęły maseczki i płyny do dezynfekcji rąk. Niektóre sklepy wystawiały nawet kartki, że nie mają tych produktów.

Gdy i my postanowiliśmy na wszelki wypadek zaopatrzyć się w maseczki, nie było ich już prawie nigdzie. Znaleźliśmy je dopiero w Yubiso, sklepie z różnymi pierdołami.

Były też w sklepie prowadzonym przez Chinkę, ale warunki, w jakich przebywały, były niedopuszczalne.

Wyobraźcie sobie, że w obliczu światowej epidemii, gdzie podstawą profilaktyki jest właśnie maseczka, pewna Chinka postanawia sprzedawać je prosto z lady, gdzie każdy może ich dotknąć albo na nie nakaszleć. Co więcej, wszystkie są odpakowane i podawane klientom rękami! Tymi samymi rękami, które dotykają pieniędzy i przeróżnych produktów, podawanych przez setki klientów dziennie!

Czy ci ludzie wiedzą, jak działają maseczki? Czy po prostu myślą, że sam fakt założenia ich na twarz magicznie ochroni ich przed niebezpieczeństwem?

W każdym razie, właśnie na Langkawi zaczęliśmy zakładać maseczki, zwłaszcza jak udawaliśmy się do sklepów albo na tłoczne ulice, czy też podczas naszego rejsu łódką.

Podobnie postąpiło wiele osób, co było bardzo łatwo zauważalne. Zwłaszcza wśród Azjatów, gdyż obcokrajowcy podeszli do tematu z większym luzem.

Z ciekawostek dodam, że gdy opuszczaliśmy Langkawi zauważyliśmy, że pasażerom, którzy właśnie przybyli na wyspę, mierzona jest temperatura. Tak samo nam zmierzono temperaturę po dotarciu do Tajlandii. Czyli obawiając się pandemii i próbując z nią „walczyć”, najpierw pakowano kilkadziesiąt osób do jednej małej łódki, a dopiero po rejsie sprawdzano, czy przypadkiem nie są chorzy. Taka logika.

W każdym razie, właśnie opuszczając Langkawi, pierwszy raz zetknęliśmy się z osobami w kombinezonach ochronnych i „profilaktyką” koronawirusową.  

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*