Shibaozhai Pagoda i kilka przygód po drodze.

Ci, którzy czytają nas na bieżąco, być może pamiętają, że blisko dwa i pół roku temu, odwiedziliśmy Pagoda of Six Harmonies w Hangzhou. Byliśmy wtedy zachwyceni nie tyle samą pagodą, co znajdującym się na jej tyłach parkiem. Owy park mieścił bowiem miniatury innych pagód, rozsianych po całym Państwie Środka.

Wszystkie były ciekawe i bardzo piękne, ale jedna szczególnie zwróciła naszą uwagę. Dlatego obiecaliśmy sobie wtedy, że kiedyś pojedziemy zobaczyć oryginał.

Właśnie nastąpiło to kiedyś.

Pagoda na rzece Jangcy.

Shibaozhai Pagoda znajduje się grubo ponad 200 km od Chongqing, na maleńkiej wysepce, na rzece Jangcy.

Zbudowano ją w 1572 roku, w okresie panowania dynastii Ming, ale od tego czasu była oczywiście wielokrotnie rozbudowywana i remontowana.

Aby przedostać się na wysepkę, najpierw należy pokonać stabilnie się prezentujący, aczkolwiek wielce chybotliwy mostek. Już sama ta przeprawa dostarcza emocji, ale z pewnością nie aż takich, jak rozpościerające się z mostu widoki.

W oddali widać rozwijające się miasto, z wieżowcami i wielkimi kominami, ale pod nogami mamy nieregularny brzeg, pasące się cielaki, ludzi robiących pranie w rzece i stare, wyglądające na opuszczone, barki. W połączeniu z niezwykle spokojną taflą wody, o cudnym, niebieskawym kolorze, jest to krajobraz niezapomniany.

Sama pagoda jest dość dostojna, choć jednocześnie, wyjątkowo prosta. Uwagę najbardziej przykuwają idealnie okrągłe okna, pięknie wykończone najwyższe piętra, a przy bliższym poznaniu, również wspaniale ozdobione wejście.

W środku nie ma zbyt wiele, ale widać jak budynek łączy się ze skałami, o które się opiera. Wszelkie drewniane podpory są bardzo proste i mnie się to podoba. Nie lubię zbędnego przepychu, który tutaj byłby naprawdę nie na miejscu.

Z górnych pięter rozciąga się oszałamiający widok na Jangcy. To naprawdę potężna rzeka i w tym miejscu widać to doskonale. Ogromne promy wycieczkowe, wyglądają na niej jak pudełeczka zapałek.

Trzy mosty.

Na tyłach pagody znajdują się zabudowania świątynne, a wśród nich, jeden mały mostek, który szybko przyciąga naszą uwagę. Jak się okazuje, w regionie Three Gorges, podobne mosty są aż trzy! Jeden prowadzi do nieba, drugi na ziemię, a trzeci do piekła.

Ten który oglądamy w Shibaozhai to Aihe Bridge i prowadzi do nieba. Mamy zatem szczęście.

Czy aby jednak na pewno?!

Trudno stwierdzić, bowiem już następnego dnia przyjdzie nam przekroczyć kolejny most, ten do piekła, który jest zresztą znacznie większy i bardziej okazały.

Powrót.

Z Chongqing do Shibaozhai jest naprawdę kawał drogi. Aby tam dotrzeć, musieliśmy wziąć dwa autobusy i spędzić kilka godzin w podróży.

Do tej pory mieliśmy raczej nienajlepsze doświadczenia z poruszaniem się po tym regionie Chin, co nie ukrywam, było dla nas trudne do zrozumienia. Chongqing to naprawdę bardzo nowoczesne miasto i dziwi fakt, że przejechanie stu, czy też dwustu kilometrów, w dodatku w obrębie municipality, może być tak trudne.

Tym jednak razem, wbrew wszelkim naszym obawom, podróż poszła zadziwiająco sprawnie, ………

……… przynajmniej w jedną stronę.

Gdy dojechaliśmy do Shibaozhai, było już popołudnie i wiedziałam, że na pewno nie uda nam się wrócić do Zhong (miasta, w którym planowaliśmy nocleg), publicznym transportem.

Nie przejmowałam się tym jednak za bardzo, gdyż najważniejsze było to, że udało nam się dojechać i czekała nas naprawdę fajna wycieczka. Miałam zresztą w pogotowiu plan awaryjny, a mianowicie – autostop.

Autostop – koncept nie każdemu znany.

Gdy zdecydowaliśmy, że najwyższy czas na powrót, opuściliśmy główną ulicę w miasteczku i udaliśmy się na most.

Wiem, że most nie jest generalnie odpowiednim miejscem na łapanie stopa, ale wioska, w której byliśmy jest tak mała, że samochody pojawiały się w kilkuminutowych odstępach czasu i dla nikogo nie stanowiliśmy zagrożenia.

Na nasze wyciągnięte ręce reagował prawie każdy i samochody zatrzymywały się (nawet te, na które nie machaliśmy), ale niestety nikt za bardzo nie rozumiał, o co nam chodzi. Była z nami Irina, która mówi trochę po chińsku, ale pomimo tego, a także naszych dobitnych gestykulacji, ludzie zdawali się nie pojmować, czego od nich chcemy.

Jeden kierowca był niezbyt przyjemny, a poza tym, chciał pieniędzy, a kolejny powiedział, że jesteśmy w złym miejscu i że zawiezie nas w odpowiednie, po czym zabrał nas z powrotem do miasteczka.

Wróciliśmy zatem, do punktu wyjścia.

Na tym etapie byliśmy już lekko zniechęceni i powoli zaczynaliśmy opadać z sił. Ku naszemu zdziwieniu, napatoczyła się jednak mała grupka kobiet, z których jedna mówiła trochę po angielsku. Ja w tym czasie złapałam kolejny samochód i użyliśmy jej jako tłumacza.

Para jadąca samochodem, wybierała się do Zhong i dość szybko zgodziła się nas zabrać. Słysząc to, byliśmy gotowi wskakiwać do samochodu, gdy nasza tłumaczka oznajmiła, że przecież nie obgadaliśmy jeszcze tematu zapłaty. Ja na to, czy oni chcą pieniędzy, a ona, że na pewno. Dla niej było to takie oczywiste, że nikt nikogo nie będzie woził za darmo.

Jak się okazało, para nie miała wymagań. Powiedzieli, że możemy im dać ile chcemy, ale jestem przekonana, że gdyby nie nasza tłumaczka, to zabraliby nas za darmo.

Ostatecznie daliśmy im 100 RMB i o ile nie stanowi to oczywiście żadnego problemu, to trochę żałuję, że nie udało nam się tak naprawdę złapać stopa. Była to raczej taksówka (zwłaszcza, że zawieźli nas prosto do naszego hotelu).

Jak widać, co kraj to obyczaj. I chociaż zdarzało nam się już wcześniej łapać stopa w Chinach, to najwyraźniej jest to koncept rozumiany na wiele sposobów, a czasami nie rozumiany wcale.

Drobne przeszkody, bez których żadna podróż po Chinach nie będzie kompletna.

Ogólnie mieliśmy bardzo fajny i udany dzień, ale kilka drobiazgów dość skutecznie uprzykrzyło nam czas. W Chinach naprawdę nic nie może być zbyt łatwe. Po prostu nie ma takiej możliwości.

Pagodę zwiedzaliśmy praktycznie w samotności, ale od czasu do czasu przybywają tam fale turystów. Jest tak dlatego, że pagoda jest jednym z przystanków podczas rejsów po rzece Jangcy i jej trzech przełomach.

Dlatego też, przed wejściem na jej teren, ciągną się dwa rzędy sklepików z pamiątkami, sprzedających przeróżne badziewie, z czego bardzo dużo rzeczy wygląda jak antyki, ale z pewnością nimi nie jest.

Gdy opuszczaliśmy teren pagody, wręcz rzuciła się na nas chmara sprzedawców. Wyszli nie wiadomo skąd, trochę jak zombie z „Nocy żywych trupów”.

W sklepiku obok, chciałam kupić dwa napoje. Z początku nie mogłam znaleźć sprzedawcy, ale okazało się, że siedzi na chodniku, razem z kilkoma towarzyszami i gra w karty. Rzucił cenę 10 RMB, po czym inny koleś dodał, że 10 RMB za jeden. Od razu oddałam napoje, bo za długo mieszkam w tym kraju, żeby dawać się tak wykorzystywać (normalnie zapłaciłabym za nie ok. 7 RMB). Szybko zmienili zdanie i jeszcze długo za nami wołali, ale byliśmy nieubłagani. Nie będziemy nawet rozmawiać z ludźmi, którzy chcą nas oszukać. Nie dość, że nie mają oporów wyłudzać od turystów pieniędzy, to w dodatku, nawet nie chce im się pracować w ich własnym sklepie.

W jednym, czy dwóch kolejnych sklepach, doszło do tej samej sytuacji i wodę w normalnej cenie udało nam się kupić dopiero w kolejnym przybytku, gdzie już wiedzieli, że nie uda im się nas naciągnąć. Masakra! Dawno nic takiego nam się nie przydarzyło w Chinach i chyba po prostu się odzwyczailiśmy.

Ostatnią i najbardziej uciążliwą przeszkodę, w dużej mierze sprowadziliśmy na siebie sami. Mianowicie, jak już wspominałam, zostaliśmy odwiezieni prosto pod hotel w Zhong. Tyle tylko, że wysadzono nas na tyłach budynku, w bardzo obskurnym miejscu i pokazano wejście, które wyglądało, jakby prowadziło do jakiejś speluny.

Od razu założyliśmy, że to nie może być nasz hotel, zwłaszcza, że mapa w moim telefonie, pokazywała, że jesteśmy prawie kilometr od celu.

W ten oto sposób, zaczęła się nasza ok. godzinna tułaczka po okolicy, która obfitowała w pokonywanie licznych schodów, łażenie po ciemnych i biednych uliczkach i pytanie ludzi o drogę, przy czym każdy pokazywał nam inny kierunek.

Ostatecznie hotel znaleźliśmy i okazało się, że z parkingu, na którym nas wysadzono, do środka prowadziło małe, tylne wejście, a jakby tego było mało, chwilę później przechodziliśmy też obok głównego wejścia, nie zdając sobie sprawy, że to nasz hotel.

Trzeba było jednak zaufać Chińczykom, przynajmniej tym razem.

Na koniec dnia wybraliśmy się jeszcze na miasto, żeby coś zjeść. Zaszliśmy do małej knajpki i każdy zamówił sobie po misce makaronu. Ceny były naprawdę niskie, więc nie mieliśmy powodu czegokolwiek podejrzewać.

Chwilę później, zaserwowano nam trzy ogromne michy. Były tak duże, że jedna wystarczyłaby zapewne na całą naszą trójkę. Zresztą ledwie się nam zmieściły na stole.

Zabraliśmy się do roboty, ale zważywszy na to, że knajpka już powoli się zamykała, pracownicy zebrali się wokół naszego stolika i zaczęli nam przyglądać. Nie mogę powiedzieć, że wyglądali na bardzo zniecierpliwionych, ale dla nas nie była to zbyt komfortowa sytuacja. Siedzą sobie trzej obcokrajowcy i wciągają makaron (co nigdy nie jest najpiękniejszym widokiem), a wokół nich zgraja gapiących się i komentujących Chińczyków.

Mówiąc krótko, Chiny w „najlepszym” wydaniu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*