Seul – pierwsze wrażenia z Korei Południowej.

Seul był dla nas pierwszym przystankiem na trasie i pierwszym zetknięciem z Koreą Południową.

Muszę przyznać, że kraj ten nigdy nie był u mnie szczególnie wysoko na liście miejsc do odwiedzenia i dopiero niedawno, gdy zaczęłam się nim trochę interesować, odkryłam, że być może przypadnie mi do gustu.

Spodziewałam się, że Seul okaże się wielką, azjatycką, pełną neonów metropolią, a wyspa Jeju (drugie miejsce w Korei, które planowaliśmy odwiedzić), oczaruje nas niesamowitą przyrodą.

Jako że kilkudniowy pobyt w Seulu jest już za nami, dzisiaj będzie właśnie o wrażeniach z tego miasta.

Pierwsze wrażenie.

Można powiedzieć, że nasze pierwsze zetknięcie z kulturą koreańską nastąpiło w metrze, gdy jechaliśmy z lotniska do naszego hostelu.

Oczywiście wszyscy byli na telefonach, co jest zjawiskiem zupełnie normalnym w Azji, a nawet w Europie. Jedyną osobą w zasięgu naszego wzroku, która nie była wpatrzona w ekran telefonu, była wyjątkowo zmęczona kobieta, również jadąca z lotniska, która leżała na walizce i spała.

Zaskakujące było jednak coś innego. Coś z czym do tej pory nie spotkaliśmy się w żadnym innym azjatyckim kraju.

Mianowicie, w pociągu panowała idealna cisza. Idealna!

Większość osób nie rozmawiała wcale, a ci którzy rozmawiali, robili to bardzo cichym głosem, niemal szeptem.

I tak przez całą drogę!

Dla nas było to zaskakujące, gdyż w Chinach przywykliśmy do czegoś zgoła odmiennego. Tam ludzie mówią głośno, wręcz krzyczą.

Cisza w metrze była więc dla nas nowym, wspaniałym doświadczeniem, którym cieszyliśmy się do końca pobytu w Seulu.

Metro to jednak nie jedyne miejsce, w którym jest cicho. Cicho jest właściwie wszędzie. Idąc ulicą, słyszymy tylko samochody (aczkolwiek nie klaksony). Nikt nie nawołuje do sklepów, nikt nie krzyczy, nikt nie słucha głośnej muzyki. Pełna kultura.

Jak na tak ogromne miasto, stolicę kraju, jest to wręcz zaskakujące.

Język angielski.

W Seulu praktycznie wszyscy mówią po angielsku, na co najmniej komunikatywnym poziomie. Chyba nie muszę pisać, jak ułatwia to życie, kiedy możemy z łatwością dogadać się w kasie biletowej, banku, hostelu, czy też … z żulem.

Pierwszego dnia, gdy odpoczywaliśmy na małym placyku, zainteresował się nami starszy pijaczek, który nie tylko bez problemu się z nami dogadał, ale również poczęstował kawą.

Nikt nie wstydzi się mówić, nawet jeśli jego angielski nie jest idealny. Nikt nie jest zakłopotany i nie ucieka, gdy pytamy jak gdzieś dojść.

Co więcej, wskazówki dotyczące drogi, zawsze okazują się trafne.

Jedzenie.

Koreańskie jedzenie jest pyszne i chętnie próbujemy nowych smaków. Wiele dań znaliśmy już wcześniej, gdyż jak się okazuje, są dokładnie takie same, jak te serwowane w koreańskich restauracjach w Chinach.

Niestety ceny potraw bywają kosmiczne i czasami ciężko jest znaleźć coś mieszczącego się w granicach rozsądku.

To co dziwi nas najbardziej, to fakt, że jedzenie zdaje się być najdroższym aspektem podróżowania po tym kraju.

Transport, noclegi i bilety wstępu są w naprawdę przyzwoitych cenach (a już na pewno niższych, niż się spodziewaliśmy), natomiast jedzenie jest naprawdę drogie.

Co do potraw, które najbardziej przypadły nam do gustu, to należy oczywiście wymienić ramen w najróżniejszych jego odsłonach, smażony ryż z jajkiem i jedyne w swoim rodzaju kimchi, którego fanami jesteśmy już od lat.

Trochę mniej smakuje nam gimbap, czyli koreańskie sushi (którego spróbowaliśmy na Jeju). Jest tak dlatego, że żółty ser, czy też wieprzowina, nie są naszymi ulubionymi składnikami tej potrawy.

Pogoda.

Okazuje się, że koniec września w Seulu, to ciągle lato.

My spodziewaliśmy się bardziej jesiennej pogody, więc upały na które trafiliśmy, troszkę nas zaskoczyły.

Metro.

Po Seulu poruszaliśmy się metrem, co było bardzo wygodnym rozwiązaniem. Sieć połączeń jest naprawdę imponująca. W dodatku, bilety nie są zbyt drogie. Przejazdy po mieście kosztują 1350 WON (plus 500 WON depozytu). Ten z lotniska Incheon, jest droższy.

Miasto jest tak ogromne, że o chodzeniu nie ma oczywiście mowy.

Co ciekawe, z naszych obserwacji wynika, że każda stacja metra jest inna i niektóre są naprawdę interesujące.

Wypłata i wymiana pieniędzy.

Po przylocie do Seulu wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu, używając naszej chińskiej karty. Nie wiem, jak nazywał się bank, z którego skorzystaliśmy, gdyż nazwa była po koreańsku, ale nie pobrał żadnej prowizji. Bankomat innego banku, w którym nasza transakcja została odrzucona, chciał 4800 WON.

Warto więc spróbować kilku bankomatów, a nie koniecznie wypłacać w pierwszym lepszym.

Innym razem, poszliśmy do chińskiego banku z gotówką.

Wymiana małej kwoty trwała ok. 20 minut i wymagała podpisania trzech dokumentów, okazania paszportu, podania numeru telefonu oraz adresu i pełnej nazwy hostelu.

Zastanawiam się, czy te wszystkie formalności były związane z faktem, że był to chiński bank, czy też w koreańskim byłoby tak samo.

Hongdae – nasza dzielnica.

Hostel, w którym się zatrzymaliśmy (Crossroad Backpackers Hongdae), znajduje się w dzielnicy Hongdae. Jest to teren wokół Hongik University i tak też nazywa się stacja metra, z której codziennie korzystaliśmy.

Z wyborem miejsca trafiliśmy w dziesiątkę, gdyż jest to bardzo fajna okolica. Pełno tam sklepów, tańszych knajpek, młodych ludzi i obcokrajowców. Dzielnica tętni życiem!

Trochę gorzej z zielenią, której nie widzieliśmy prawie wcale. Udało nam się znaleźć jedynie mały placyk z kilkoma drzewami, gdzie jak się okazało, wieczorami zbiera się młodzież i imprezuje.

Podsumowanie.

W następnym poście będzie o tym, co udało nam się zobaczyć przez te kilka dni spędzonych w Seulu.

Teraz mogę napisać, że miasto ogólnie przypadło nam do gustu.

Z pewnością nas jednak nie zachwyciło.

Seul jest ogromny, ale jakoś nie wyczuliśmy jego wielkomiejskości. Nie oczarowała nas ani panorama, ani architektura, ani zabytki. Mniejsze uliczki były klimatyczne, ale nie znaleźliśmy na nich niczego, czego nie widzieliśmy już wcześniej w innych krajach. Bardzo brakowało nam też zieleni.

Mówiąc krótko, pozostaliśmy dość obojętni na uroki koreańskiej stolicy.

Czy chcielibyśmy kiedyś wrócić? Być może, ale jeśli tak się nie stanie, to rozpaczać nie będziemy.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*