Przeprowadzka do Hangzhou.

Lipiec, ze względu na podróże, minął nam bardzo szybko. Wróciliśmy do Suzhou ciesząc się na zasłużony odpoczynek i planując długie leniuchowanie. Byliśmy naprawdę wykończeni upałem, tymi wszystkimi podróżami pociągiem i milionami Chińczyków, których spotkaliśmy po drodze. Marzyliśmy tylko o tym, żeby położyć się na naszym twardym łóżku i bardzo długo nie wstawać.

Skończyło się na tym, że na takim nic nie robieniu minął nam cały sierpień. Temperatury w Suzhou były tak drastyczne, że wyjście do supermarketu, który znajduje się 100 metrów dalej, było udręką. Słońce wręcz paliło skórę i odbierało chęć do życia, więc tym bardziej nie mogło być mowy o planowaniu jakichkolwiek wycieczek. Całymi dniami i nocami chodziła klimatyzacja, a jak tylko próbowaliśmy ją wyłączyć, to po kilku minutach mieliśmy w mieszkaniu saunę. W kranie nie było zimnej wody! Tylko letnia!

Do naszych jedynych rozrywek poza domem, należały więc wyjścia do klubu bilardowego, który znajduje się tuż koło supermarketu, czyli jakieś 150 metrów od naszego mieszkania. Wstęp kosztował 35 RMB od osoby i pozwalał na korzystanie ze stołu bilardowego przez czas nieograniczony. W cenie były również napoje, w tym KAWA, a także przekąski, wszystko bez ograniczeń. Poza tym, miły chłopak układał nam bile po prawie każdej grze. Żyć nie umierać. Cena niezwykle konkurencyjna, nie wiem jak komukolwiek może się opłacać taki biznes. W sumie doszliśmy do wniosku, że może to po prostu pralnia pieniędzy?!

Naszą drugą rozrywką były spotkania z Simonem, czasami w naszym, a czasami w jego mieszkaniu i wspólna degustacja chińskiego alkoholu o bardzo wątpliwych walorach smakowych. To podczas jednej z tych imprez, doszły nas niepokojące słuchy. Otóż okazało się, że kilka osób, tak jak my pracujących dla Helen Group w Suzhou, zostało poinformowanych, że zostaną przeniesione do innych miast. Z początku chodziło bodajże o dwie, może trzy osoby, ale szybko zaczęły docierać do nas informacje o kolejnych. W pewnym momencie okazało się, że firma ma jakiś problem z kontraktem. Oczywiście od razu założyliśmy, że to pewnie Suzhou się wkurzyło, że dostali tak mało nauczycieli i zerwali współpracę.

Mijały dni, 1 września był już tuż tuż, a Simon i my teoretycznie dalej nic nie wiedzieliśmy. Do wszystkich innych już zadzwoniono, tylko nie do nas!

Któregoś dnia skontaktowałam się ze swoją szkołą, dokładniej z Sam, a ona, najwyraźniej o niczym nie wiedząc, napisała, że zaczynam pracę 1-ego września.

Pisaliśmy i dzwoniliśmy do Klausa, ale nigdy nie odbierał telefonu i nie odpowiadał na wiadomości. W końcu zadzwoniłam do Rocka, ale udzielił mi tylko wymijających odpowiedzi i dalej nic nie wiedzieliśmy.

O tym, że faktycznie będziemy się ewakuować z Suzhou, dowiedzieliśmy się od Simona, do którego ktoś (Klaus) w końcu raczył zadzwonić.

W poniedziałek, 31 sierpnia, czyli na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, Tom Joe zwołał w mieszkaniu Simona spotkanie dla naszej trójki.

Chciał abyśmy pojechali do Hangzhou jeszcze tego samego dnia. Ja nie rozumiem prawie nic z tego, co ten człowiek próbuje nam komunikować swoim koszmarnym wręcz angielskim, ale jak żądaliśmy wyjaśnień i stawialiśmy opór wobec tak szybkiego wyjazdu, to krzyczał, że powinniśmy go słuchać.

Ostatecznie stanęło na tym, że wyjedziemy 2 września, co dawało nam dwa dni. Simon wywalczył dla nas samochód, dzięki czemu nie musieliśmy się telepać pociągiem z naszymi wszystkimi tobołami, których koniec końców, trochę przybyło od przyjazdu do Chin. Simon, który przyleciał z małą walizeczką, teraz miał tonę bagażu, w tym pościel, talerze i inne sprzęty kuchenne, mopa oraz masę innych rzeczy. Jak dostał mieszkanie, nie było w nim absolutnie nic, a myślał, że zostanie w Suzhou na ponad rok, więc zaczął się urządzać. Tak jak i my, nie spodziewał się, że firma zgotuje nam taką niespodziankę!

1 września Kasper i ja poszliśmy do mojej szkoły. Nie chciałam wyjeżdżać bez pożegnania z Jin, a poza tym, wiedziałam, że na mnie czekają. Na korytarzu spotkałam Sam, która od razu zaczęła mówić, że mój nowy grafik jest na biurku w moim biurze. Nie miała pojęcia, że ja już tam nie pracuję! Nikt nie poinformował ani jej, ani nikogo innego z pracowników. Musiałam to zrobić ja!

Następnego dnia przyjechał po nas samochód, a za kółkiem był oczywiście znany mi już mistrz kierownicy, przez którego miałam kiedyś bardzo ciężką podróż z dworca. Zapakowaliśmy graty, pojechaliśmy po Simona, a później podjechaliśmy pod firmowe mieszkanie. Kierowca chciał zjeść lunch, a my musieliśmy na niego zaczekać.

Następnie pojechaliśmy odebrać Tom’a Joe z jakiegoś przystanku. Wyglądał jakby się zgubił, co oczywiście nie byłoby dla nas żadnym zaskoczeniem.

Na sam koniec, ponownie podjechaliśmy pod mieszkanie firmowe, gdyż Tom Joe chciał zabrać swoje rzeczy. Okazało się, że jedzie do Hangzhou razem z nami.

Jak zwykle nikt nie uszanował naszego czasu. Nie wiem po co nas tak ciągnęli za sobą. Mogli po prostu umówić się z nami dwie godziny później!

Gdy dojechaliśmy wreszcie do Hangzhou, zawieziono nas do znanego już nam hotelu. Tam czekał Klaus, żeby nas zameldować. Ucięliśmy sobie z nim małą pogawędkę, bo wreszcie mogliśmy na kogoś wylać wszystkie nasze żale i uzyskać odpowiedzi przynajmniej na część nurtujących nas pytań. Niestety, aczkolwiek nie ku naszemu zaskoczeniu, nie był w stanie powiedzieć, do jakich miast będą chcieli nas wysłać.

Dowiedzieliśmy się jednak, że do firmy mamy przyjść dopiero w sobotę, bo wcześniej jest święto narodowe. Ściągali nas zatem do Hangzhou w takim pośpiechu, a teraz okazało się, że mamy siedzieć bezczynnie w hotelu przez prawie trzy dni!

W sobotę, 5 września, cała nasza trójka udała się do firmy, ale w sumie nic się nie dowiedzieliśmy i zostaliśmy z powrotem odesłani do hotelu. Myśleliśmy, że zostaniemy tam przynajmniej na jeszcze jedną noc, a tu nagle, ku naszemu sporemu zaskoczeniu, sytuacja diametralnie się zmieniła! Kasper i ja otrzymaliśmy telefon, że mamy się pakować i mniej więcej w przeciągu godziny, a może nawet szybciej, przyjechał po nas samochód. W środku był już jeden pasażer – Keith z RPA i w trójkę zostaliśmy wywiezieni do bardzo odległej części miasta. Następnie zakwaterowano nas w hotelu, który był dużo lepszy niż poprzedni, w dodatku ze śniadaniem. Następnego dnia mieliśmy mieć spotkanie w naszej nowej szkole. Wiedzieliśmy już więc, że kolejne pięć miesięcy spędzimy w Hangzhou, czyli mieście, w którym jak myśleliśmy przed przyjazdem do Chin, mieliśmy być przez cały nasz pobyt w tym kraju.

Co do naszej firmy, to jak zwykle wykazała się kompletnym brakiem profesjonalizmu. Mieli całe wakacje żeby nas przeprowadzić, a zrobili to na ostatnią chwilę, po tym jak nowy rok szkolny już się zaczął! Na ostatnią chwilę nas też o tym poinformowali! Utrzymują, że kontrakt został zerwany, bo Suzhou im nie zapłaciło (my do tej pory czekamy na wypłatę za pierwsze trzy dni lipca; co prawda nie mieliśmy w tym czasie ani jednej lekcji, ale rok szkolny jeszcze wtedy trwał i mieli nam zapłacić), ale jak było naprawdę, to trudno powiedzieć. Oni od początku nawalali na wszystkich możliwych frontach jeśli chodzi o nas, więc zapewne wielokrotnie złamali również postanowienia kontraktu z Suzhou. Moim zdaniem jest wysoce prawdopodobne, że Suzhou miało podstawy, żeby im nie zapłacić.

dsc_0461-copy