Osaka Castle, Osaka

Osaka – z wizytą w Decathlon’ie i na zamku.

Data wizyty: 20.10.2019.

Do Osaki po buty.

Na półwyspie Kii moje buty poniosły śmierć. Nie były to żadne profesjonalne buty trekkingowe, a jedynie wodoodporne trapery z Decathlon’a (kupione jeszcze w Chinach i użytkowane przez kilka miesięcy), ale jako że nasza podróż nie była szczególnie wyczynowa, to nie sądziłam, że potrzebuję czegoś lepszego.

Chodziło mi tylko o to, żeby pokonać te kilka szczytów, które mieliśmy w planach, Kumano Kodo, a także kilka innych leśnych spacerów i to w miarę suchą stopą, skoro buty szczyciły się mianem wodoodpornych. Oczywiście wiedziałam już wtedy, że z tą wodoodpornością to jest tak średnio, gdyż przy większym deszczu od razu przemakały, ale i tak nie spodziewałam się tego, do czego doszło na półwyspie.

Otóż buty przemokły do suchej nitki i wyglądały tak, jakby już nigdy miały nie wyschnąć, a w dodatku bardzo widocznie zaczęły odklejać się podeszwy.

O ile nie mam wielkich wymagań co do Decathlon’a, to jednak podeszwa przylegająca do reszty buta jest jak dla mnie absolutnym minimum i uznałam, że buty muszę oddać.

Po krótkim research’u okazało się, że w całej Japonii jest tylko jeden Decathlon! W Osace!

My po wizycie na półwyspie Kii, jechaliśmy prosto do Kyoto, ale jak wiadomo, Osaka jest dosłownie rzut beretem. Dlatego też, już następnego dnia, siedzieliśmy znów w pociągu i jechaliśmy do Osaki.

Tam od razu udaliśmy się do centrum handlowego, w którym mieści się Decathlon i niedługo później miałam nową parę butów.

Zwrot poszedł wyjątkowo sprawnie. Pani nie miała wątpliwości, że buty okazały się nie być wodoodpornymi i zwrot się należy. Nie powiedziała też nic na temat ich wyglądu, a przyznam, że aż wstyd było mi je przekazywać komuś innemu do rąk, zważywszy, że po deszczach, jakich doświadczyły na półwyspie Kii, były w wyjątkowo opłakanym stanie. O zapachu nie wspominając.

Pani zachowała jednak zimną krew i nic nie dała po sobie poznać.

Nie było też problemu z tym, że buty były kupione w innym kraju. Miałam kartę klienta, więc transakcja była w systemie. Jedyny problem polegał na tym, że pani zaproponowała mi przelew. Ja nie miałam żadnego konta, na które byłby sens przelewać te pieniądze, więc poprosiłam o gotówkę. Musieliśmy trochę poczekać, ale ostatecznie dostałam zwrot równowartości, po przeliczeniu waluty (z yuanów na jeny) na podstawie kursu z Internetu. Nieźle. Naprawdę nieźle. Gdyby tylko tak wyglądała obsługa klienta również w innych krajach.

Osaka Castle.

Skoro już byliśmy w Osace, to uznaliśmy, że spożytkujemy resztę dnia i udamy się na zamek. Kolejny japoński zamek do naszej kolekcji.

Osaka Castle jest pięknie usytuowany, oczywiście nad wodą i można go podziwiać z różnych stron, w pełnej okazałości. Główna wieża, w której obecnie znajduje się muzeum, jest już trzecią wersją, jako że dwie poprzednie spłonęły. Pierwsza została zbudowana przez Hideyoshi Toyotomi w 1585 roku, a spłonęła podczas letniego oblężenia miasta w 1615 roku. Druga wieża powstała w 1626 roku, a spłonęła w 1665 roku, po tym, jak uderzył w nią piorun.

Obecną wieżę zbudowano w 1931 roku z dotacji mieszkańców Osaki, wzorując się na pierwowzorze.

Z ósmego, najwyższego piętra, rozciąga się bardzo ładna panorama miasta.

W muzeum natomiast, można zapoznać się z historią życia Hideyoshi Toyotomi (1537 – 1598), który był założycielem zamku i ważną postacią, która zdominowała epokę rywalizujących ze sobą watażków, ostatecznie podbijając kraj.

Chociaż urodził się w rodzinie biednego rolnika, wypracował sobie drogę do zostania władcą Japonii. W rezultacie, jego kariera jest idealizowana przez wielu Japończyków.

Biorąc pod uwagę fakty historyczne, trzeba jednak pamiętać, że Hideyoshi nie zawsze był po stronie ludu. Był nieugięty jeśli chodzi o ściąganie  podatku od ziemi i najechał Półwysep Koreański.

Jak dowiadujemy się w muzeum, od momentu jego śmierci, pojawiło się jednak wiele legend i anegdot na jego temat, w rezultacie czego, wielu uważa go za pociesznego i bohaterskiego władcę.

Dalej już w trójkę.

Po wizycie na zamku, idziemy na znajdujące się na tyłach schody i dość długo napawamy się widokiem budowli, a następnie podziwiamy ją również z przeciwnego brzegu otaczającej ją fosy.

Na dalszą eksplorację miasta nie mamy już czasu (trzeba będzie kiedyś nadrobić). Przechadzamy się jedynie klimatycznymi uliczkami przylegającymi do budynku dworca, w oczekiwaniu na Paul’a. Gdy ten wreszcie do nas dołącza, jedziemy prosto do Kyoto. Od teraz, do prawie samego końca naszego pobytu w Japonii, jesteśmy już w trójkę. Paul, podobnie jak Kasper, od lat był zafascynowany Japonią i bardzo chętnie przyłączył się do naszej podróży.

Na poniższym zdjęciu, jesteśmy w małym przybytku w pobliżu naszego hostelu, celebrując nasze ponowne spotkanie (nie widzieliśmy się od lipca, kiedy to Kasper i ja opuściliśmy Chiny) i przyjazd Paul’a do Japonii.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*