Kinkaku (The Golden Pavilion), Kyoto

Niezapomniane Kyoto.

Data wizyty: 21-23.10.2019.

Kyoto obfituje w zabytki i wiele z nich należy do tych najbardziej rozpoznawalnych jeśli chodzi o Japonię. Oczywiście w dzisiejszych czasach oznacza to również, że są to miejsca tłumnie odwiedzane przez chętnych posiadania fotki na Instagrama, najlepiej od tyłu albo w zamyślonej pozie.

Bamboo Grove.

Jednym z takich miejsc jest lasek bambusowy, do którego udajemy się pierwszego dnia zwiedzania Kyoto. Ciągnie nas tam Paul, który spodziewa się, że będzie to piękna destynacja, warta odwiedzin. Reality check przychodzi bardzo szybko. Niestety Instagram i rzeczywistość niewiele mają ze sobą wspólnego i ten portal jest ostatnim miejscem, w którym szukałabym inspiracji jeśli chodzi o podróże.

Owszem, lasek jest ładny, a rosnące tam bambusy są smukłe i wysokie. Pną się do góry, prawie całkowicie zasłaniając niebo.

Jestem przekonana, że podczas deszczowej pogody, która uwydatniłaby zieleń i w dniu, kiedy lasek byłby zamknięty dla turystów, możliwość spaceru w tym miejscu byłaby miłym przeżyciem. Niestety na taką sytuację nie ma co liczyć i odwiedzając Bamboo Groove, musimy przygotować się na to, że wszędzie wokół będą fotografujący się turyści, którzy bardzo skutecznie odbiorą temu miejscu atmosferę tajemniczości. Oczywiście nie ma co winić turystów, w końcu my też nimi jesteśmy. Niemniej, krótki spacer między bambusami (ścieżek nie ma zbyt wiele, więc nie jest to miejsce, na które poświęcimy zbyt dużo czasu), nie jest doświadczeniem, które będę wyjątkowo ciepło wspominać, a wizyty w tym miejscu nikomu szczególnie polecać.

No chyba, że czyimś celem w podróży są efektowne zdjęcia z najbardziej popularnych instagramowych destynacji i planuje ubrać się w czerwoną sukienkę, zrobić sobie fotki, a następnie usunąć z nich wszystkich innych turystów i podrasować zieleń bambusów.

Sogenchi Garden.

Nieopodal Bamboo Grove, znajduje się Sogenchi Garden, który jest jednym z najstarszych ogrodów w Japonii. Zachował swój oryginalny wygląd z czasów, gdy został zaprojektowany przez Muso Soseki w XIV wieku. Jest to też miejsce, które rząd japoński jako pierwsze obdarzył tytułem Special Historical Scenic Area, a od 1994 roku znajduje się na liście UNESCO.

Na terenie ogrodu znajduje się również świątynia, ale aby do niej wejść należy uiścić dodatkową opłatę. My sobie odpuszczamy.

Ogród nam wystarcza, gdyż jest to naprawdę ładne miejsce, z wieloma typowymi dla Japonii elementami.

Hirano – jinja Shrine.

Do Hirano – jinja Shrine zachodzimy przez przypadek, po drodze do słynnego złotego pawilonu.

Jak dla mnie jest to jedno z najfajniejszych miejsc, jakie odwiedzamy podczas pobytu w Kyoto. Po pierwsze, nie ma tam innych turystów, więc mamy ten przybytek tylko dla siebie i możemy nacieszyć się panującą tam ciszą i spokojem, a także wszystko dokładnie sobie obejrzeć. Po drugie, bije z tego miejsca szczególna energia i nie chce się stamtąd odchodzić, zwłaszcza jeśli w perspektywie mamy kolejną tłumnie odwiedzaną atrakcję.

Kinkaku (The Golden Pavilion).

Kinkaku to część świątyni Rokuon – ji, ale myślę, że większość ludzi udaje się w to miejsce nie ze względu na świątynię, a właśnie po to by zobaczyć pawilon.

Rzeczywiście The Golden Pavilion jest dość imponujący, a fakt, że dwa górne poziomy pokryte są pozłotą sprawia, że pięknie komponuje się z otaczającą go przyrodą.

W środku znajdują się relikwie Buddy, natomiast na szczycie dachu zobaczymy sporych rozmiarów złotego feniksa.

Do pawilonu nie można wchodzić, podziwia się go z bezpiecznej odległości, dzięki czemu prezentuje się w pełnej okazałości.

Pawilon i otaczający go teren to zdecydowanie jedno z najbardziej tłocznych miejsc w Kyoto, jakie mieliśmy okazję odwiedzić, aczkolwiek myślę, że warto się tam udać. Nie wykreśliłabym Kinkaku z mojego planu podróży.

Nijo – jo Castle.

Drugi dzień zaczynamy od wizyty na zamku. Nijo – jo Castle na pierwszy rzut oka nie prezentuje się zbyt efektownie, a jego bryła znacznie różni się od poprzednich japońskich zamków, które mieliśmy okazję zobaczyć, i które są generalnie bardzo do siebie podobne.

Szybko jednak przekonujemy się, że jest to zdecydowanie jeden z najciekawszych zamków, jakie odwiedziliśmy. Wnętrza są przepiękne (zwłaszcza pochodzące z XVII wieku malowidła ścienne), a ekspozycje dają znakomite wyobrażenie, jak kiedyś wyglądało tutaj życie. Naprawdę wiele można się dowiedzieć i wręcz poczuć atmosferę dawnych epok, co jest dodatkowo potęgowane przez drewniane podłogi, które wydają dźwięki, gdy po nich stąpamy. Podobno panuje przekonanie, że był to zamierzony efekt, który miał na celu ostrzeganie przed intruzami, ale jak dowiadujemy się z ulotki, nie jest to prawdą. Niemniej, skrzypiące drewniane podłogi na pewno rozbudzą naszą wyobraźnię.

Jeśli ktoś lubi historię, to zdecydowanie jest to miejsce warte odwiedzenia. Moim zdaniem, najciekawszy zabytek w całym Kyoto i dlatego poświęcę mu odrobinę więcej uwagi.

Historia zamku.

Nijo – jo Castle był świadkiem jednych z najważniejszych wydarzeń w historii Japonii w ciągu ostatnich 400 lat.

Jego budowę ukończono w 1603 r. na rozkaz Tokugawa Ieyasu, założyciela i pierwszego szoguna szogunatu Tokugawa (1603 – 1867).

Tokugawa Ieyasu zjednoczył Japonię po długim okresie wojny domowej i zapoczątkował okres ponad 260 lat pokoju i dobrobytu. Rząd, który ustanowił istniał przez piętnaście pokoleń i był jednym z najdłuższych okresów stabilności w historii kraju.

Do zjednoczenia Japonii pod rządami rodziny Tokugawa doszło po bitwie pod Sekigaharą w 1600 r., a w 1603 r. Tokugawa Ieyasu został mianowany przez cesarza szogunem.

Następnie udał się do zamku Nijo – jo, aby ogłosić swoją nominację panom feudalnym. Zamek był więc sceną, na której ogłoszono początek jednego z najważniejszych okresów w historii Japonii.

Nijo – jo Castle służył jako rezydencja szoguna w Kyoto, kiedy odwiedzał cesarską stolicę. Kiedy go nie było, na zamku stacjonowali Nijo Zaiban, samurajscy strażnicy, wysłani ze stolicy szogunatu w Edo (dzisiejsze Tokyo).

W 1624 r., za panowania trzeciego szoguna Iemitsu, rozpoczęto zakrojoną na dużą skalę renowację zamku, w ramach przygotowań do wizyty cesarza Go – Mizuno – o, zaplanowanej na 1626 r. Wtedy też namalowano wspomniane powyżej, piękne malowidła ścienne.

W 1867 r., piętnasty szogun Tokugawa Yoshinobu wezwał do zamku starszych wasali z 40 domen, którzy rezydowali w Kyoto i ogłosił koniec rządów Tokugawa oraz powrót kontroli politycznej do cesarza. To zapoczątkowało okres Meiji, podczas którego Japonia szybko przekształciła się ze społeczeństwa feudalnego w obecny, nowoczesny naród demokratyczny.

W ten sposób, Nijo – jo Castel stał się świadkiem otwarcia i zamknięcia ostatniego okresu panowania feudalnego, a także stał się punktem wyjścia do powstania współczesnego państwa japońskiego.

Dlaczego doszło do oddania władzy cesarzowi?

Pod koniec XVIII wieku przybycie zagranicznych delegacji żądających otwarcia japońskich portów, zmusiło szoguna do podpisania traktatów kończących okres ok. 200 lat japońskiej izolacji od świata zewnętrznego.

Szogun zdecydował się zwrócić do cesarskiego dworu, w celu uzyskania zatwierdzenia tych traktatów, co spowodowało spore zamieszanie i podważyło jego autorytet.

Samurajowie, głównie z południa Japonii, zaczęli spiskować przeciwko szogunowi i planowali siłą przywrócić władzę polityczną cesarzowi. W odpowiedzi, doszło do wspomnianego powyżej spotkania z wasalami w 1867 r. i ogłoszenia zamiaru zwrócenia władzy, co też zostało zaakceptowane przez cesarza 15 października 1867 r.

Mimo pewnego oporu, w tym wybuchów walk, zamek Edo został przekazany cesarskiemu rządowi bez rozlewu krwi, wiosną 1868 r.

Władza została przywrócona cesarzowi i dlatego wydarzenie to jest znane jako Restauracja Meiji (Meiji Restoration).

Munakata Shrine i Shirakumo Shrine.

W dalszych planach mamy odwiedzenie pałacu, ale to okazuje się niemożliwe. Już nie pamiętam, czy trafiliśmy na zły dzień, czy ogólnie wizyta w tym miejscu jest problematyczna. W każdym razie, kończy się na spacerze i odwiedzeniu dwóch małych świątynek na terenie otaczającego pałac parku.

Sos sojowy i hojny starszy pan.

Następnie zahaczamy o sklep, który Paul wyszukał w Internetach. Sprzedaje się tam, a także produkuje, sos sojowy. W środku jest bardzo klimatycznie, a w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach. Stoją tam wielkie drewniane beczki, do których można zajrzeć, a pracujący tam ludzie są bardzo mili. Można kupić sos sojowy, a także inne produkty z sosu, np. cukierki.

Spędzamy tam dobrą chwilę, a gdy wychodzimy, spotyka nas jedna z największych niespodzianek, jakie Japonia ma dla nas w zanadrzu.

Otóż do Kaspra zagaduje pewien starszy pan i chociaż rozmowa toczy się na średnim poziomie wzajemnego zrozumienia, to chwilę później cała nasza trójka zostaje poprowadzona do pobliskiego domu.

Nie bardzo wiemy co się dzieje, ale idziemy. Jesteśmy trochę zaskoczeni, że osoba poznana na ulicy, zaprasza nas do swojego domu, no ale jak tu nie skorzystać z takiej oferty?!

Niedługo później siedzimy wszyscy przy niskim stoliczku, a starszy pan zaczyna znosić coraz więcej przedmiotów. Na początku są to małe figurki zrobione z połączonych ze sobą, kolorowych kryształków. Dowiadujemy się, że te wszystkie zwierzątka i pierścionki zostały zrobione przez żonę naszego gospodarza, która jak przypuszczamy, zmarła.

Później na stole pojawiają się tradycyjne japońskie stroje, przypinka do kluczy, portfel i sama już nie wiem co jeszcze. Wszystko dokładnie oglądamy, dowiadujemy się też, że starszy pan zawodowo zajmował się ręcznym malowaniem kimon, co oczywiście wzbudza nasze uznanie.

Naprawdę zaskoczeni jesteśmy jednak wtedy, gdy okazuje się, że nasz gospodarz przyniósł te wszystkie rzeczy, żeby je nam podarować. Wszystkie!

Na początku stanowczo odmawiamy, a później decydujemy się wziąć po jednym z tych kryształkowych zwierzątek. Pan jednak bardzo nalega, żebyśmy wzięli je wszystkie. Jest ich naprawdę dużo, a my nie rozumiemy skąd taka hojność i naprawdę nie czujemy się komfortowo żeby brać je wszystkie.

Udaje nam się odmówić zabrania większej ilości zwierzątek, ale i tak ostatecznie wychodzimy stamtąd szczodrze obdarowani. Ja na przykład mam teraz kimono, które nigdy nie było nawet noszone, gdyż wciąż ma metkę.

Do tej pory nie wiem czemu trafiło akurat na nas i z czego wynikło to spotkanie. Być może z samotności? Tak jak napisałam powyżej, doszliśmy do wniosku, że żona tego pana zmarła, a córka mieszka za granicą. Być może nikt go nie odwiedza i w ten sposób szuka kontaktu z ludźmi.

Pewności jednak nie mam i już nigdy mieć nie będę, pozostaje się domyślać.

Niemniej dla nas było to niezapomniane przeżycie i jedna z tych interakcji z Japończykami, które zawsze będę bardzo ciepło wspominać.

Kurama Fire Festival.

To cudowne spotkanie to jednak nie koniec niesamowitych przeżyć tego dnia.

Otóż wieczorem wybieramy się do małej wioski Kurama, gdzie odbywa się Kurama Fire Festival. O imprezie dowiadujemy się przypadkiem, a właściwe to Paul pozyskuje tą informację od jakichś dziewczyn, które też nocują w naszym hostelu.

Gdy docieramy na miejsce jest już ciemno, a po wyjściu ze stacji trafiamy na ogromny tłum ludzi, którego po chwili stajemy się częścią. Do przodu posuwamy się bardzo powoli i z początku nie wygląda to zbyt obiecująco. W pewnym momencie zaczynamy widzieć przed sobą płomienie, ale nie daje nam to zbyt dobrego oglądu sytuacji. Wciąż jesteśmy bardzo daleko od głównej alejki w wiosce i nie widzimy prawie nic.

Trwa to bardzo długo, ale na szczęście po jakimś czasie trafiamy na główną uliczkę i od tej pory naszym zachwytom nie ma końca.

Kurama Fire Festival to jedno z najpiękniejszych i najciekawszych wydarzeń, w jakich kiedykolwiek miałam okazję uczestniczyć. Coś niesamowitego!

Uliczką podążają kolejni mieszkańcy wioski, w tradycyjnych i bardzo skromnych strojach, a na ramionach niosą potężne pochodnie. Wygląda to na ciężkie i bardzo niebezpieczne zadanie, gdyż pochodnie płoną wielkim ogniem. Oczywiście wszystkie domy są drewniane, a alejka wąska. Uczestnicy procesji wiedzą jednak co robią, a w pobliżu jest zastęp strażaków, więc wszystko przebiega sprawnie.

Mężczyźni wydają z siebie głośne okrzyki i rozbrzmiewa muzyka, jako że niesione są również ogromne bębny. Całość stanowi naprawdę niebywałe widowisko.

Wśród uczestników są też małe dzieci, które niosą znacznie mniejsze pochodnie, ale myślę, ze jest to dla nich równie ciężkie zadanie.

Ciekawym elementem są również otwarte pomieszczenia w niektórych domach, gdzie mieszkańcy przygotowali wystawy. Możemy zobaczyć m.in. samurajskie stroje i inne rodzinne pamiątki.

Jesteśmy zachwyceni całym tym widowiskiem i cieszymy się niezmiernie, że trafiliśmy w to miejsce. Jest to zdecydowanie jedno z najbardziej niezapomnianych przeżyć, jakich przyszło nam doświadczyć w Japonii.

Fushimi Inari Shrine.

Trzeci, ostatni dzień zwiedzania Kyoto, zaczynamy od wizyty w słynnej Fushimi Inari Taisha. Świątynia jest znana przede wszystkim z powodu niezliczonej ilości czerwonych bram torii, które pną się po zboczach wzgórza, jedna za drugą.

Jest bardzo turystycznie i z początku obawiamy się, że nie będzie nam dane nacieszyć się tym miejscem, ale później jesteśmy mile zaskoczeni. Trasa na szczyt jest dość długa, a dzięki temu tłumy turystów są dobrze rozproszone. W wielu miejscach jesteśmy sami i możemy spokojnie sobie zwiedzać.

Bramy są przepiękne i cudnie komponują się z otaczającą je przyrodą. Wspaniałe, wręcz magiczne miejsce, którego absolutnie nie można ominąć podczas wizyty w Kyoto.


Kiyomizu – dera Temple.

Na koniec pozostaje nam jeszcze jedna słynna świątynia w Kyoto: Kiyomizu – dera, która znajduje się na liście UNESCO.

Mnie najbardziej podoba się główny pawilon – hondo, który zbudowano w 1633 roku. W środku jest dość tajemniczo i naprawdę jest co oglądać, a z obszernego tarasu rozciąga się widok.

Idąc dalej trafiamy na potrójne źródełko, z którego niemal wszyscy chcą napić się wody. Każdy ze strumieni ma pomóc w czymś innym, ale niestety już nie pamiętam tych poszczególnych właściwości. Wiem tylko, że my z Kasprem nie mieliśmy wątpliwości z którego z nich zaczerpnąć wody.

Przed wejściem do świątyni jest też ładna czerwona pagoda i brama, a my zasiadamy na chwilę na przylegających do nich schodach. Jest stamtąd bardzo ładny widok na miasto, a zwłaszcza na zaczynającą się tuż poniżej uliczkę handlową.

Podsumowanie.

Kyoto to naprawdę piękne i przede wszystkim bardzo historyczne miasto, które z pewnością warto odwiedzić podczas wizyty w Japonii. Jest bardzo turystycznie, ale trudno się dziwić, zważywszy na te wszystkie cudne zabytki.

Dla nas jednak, najważniejsze i najbardziej zapadające w pamięć były te wspaniałe przeżycia, których przyszło nam tam doświadczyć, czyli spotkanie ze wspomnianym powyżej starszym panem i Kurama Fire Festival. Dlatego też, Kyoto już zawsze będzie zajmować szczególne miejsce w naszej pamięci.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*