Most na rzece Kwai, część 1: współczesna turystyka w tajskim wydaniu.

Rozmyślając nad podróżą do Tajlandii uznałam, że w moim planie absolutnie nie może zabraknąć mostu na rzece Kwai.

Oglądałam kiedyś film, a poza tym, uwielbiam odwiedzać historyczne miejsca. Te w Azji, interesują mnie szczególnie i mam sporą listę, która obejmuje m.in. tunele Wietkongu w Wietnamie, czy też Pola Śmierci w Kambodży.

Wycieczka z biurem.

Początkowo chciałam udać się do Kanczanaburi (gdzie most się znajduje) na własną rękę, ale ostatecznie lenistwo zwyciężyło i postanowiłam pojechać z wycieczką.

Z wiadomych powodów, rzadko decyduję się na takie rozwiązania. Tym razem też byłam sceptyczna, gdyż obawiałam się, że wycieczka obejmie jeżdżenie na słoniach, wizytę w tygrysim sanktuarium albo jakiś wodny targ. Nie chciałam uczestniczyć w żadnym z tych procederów, gdyż jestem przeciwna wykorzystywaniu zwierząt w turystyce, a wszelkie ”autentyczne” targi, tudzież wioski z poprzebieranymi ludźmi, kompletnie mnie nie interesują.

W biurze podróży zapewniono mnie jednak, że mogę wybrać wycieczkę, która w programie ma jedynie most.

Cena nie wydała mi się zbyt wysoka, a myśl o tym, że nie musiałabym martwić się transportem ani w jedną, ani w drugą stronę, wydała się kusząca.

Co więcej, uznałam, że skoro głównym punktem programu jest most, to będę miała wystarczająco dużo czasu, żeby na spokojnie go sobie obejrzeć.

Otóż nic bardziej błędnego! I teraz, już z pełnym przekonaniem, stwierdzam, że na żadną wycieczkę, z żadnym biurem, więcej nie pojadę. A już na pewno nie w kraju takim jak Tajlandia!

Na Filipinach i w Malezji korzystałam z pomocy przewodników i miałam super doświadczenia. Jednak wycieczka ze zwykłym biurem podróży, w kraju nastawionym na wyciąganie pieniędzy z durnych turystów, to zupełnie inna bajka i kompletne nieporozumienie!

Dlaczego więcej nie pojadę?

To z czego byłam zadowolona, to transport. Zostałam odebrana z hostelu, jechało się dobrze, o nic nie musiałam się martwić.

Niestety na tym zalety się kończą. Cała reszta to porażka i już wyjaśniam dlaczego.

Po pierwsze, moim głównym i właściwie jedynym celem, było zobaczenie mostu. Spodziewałam się, że podczas całodniowej wycieczki będę miała na to mnóstwo czasu. Ile miałam w rzeczywistości? 20 minut!

Cały dzień na wycieczce i tylko 20 minut na główny punkt programu!

Nasza kilkuosobowa grupa została wysadzona w Kanczanaburi, tuż pod World War II & Jeath War Museum. Powiedziano nam, że za dodatkową opłatą (50 THB) możemy je sobie zwiedzić, a następnie udać się na most.

Ja chciałam zobaczyć i most i muzeum, żeby przy okazji czegoś się dowiedzieć. Czasu było jednak tak mało, że przez muzeum zmuszona byłam dosłownie przelecieć i zamiast poczytać sobie tablice informacyjne, musiałam zadowolić się ich zdjęciami.

I tak zazwyczaj robię zdjęcia, gdyż pamięć jest ulotna, ale lubię chociaż trochę sobie poczytać, żeby zwiedzając, wiedzieć na co patrzę. Tym razem było to niemożliwe.

Jesteś turystą, płacisz 10 razy więcej.

Kolejna rzecz, która moim zdaniem jest absolutną niedorzecznością, to ceny dla turystów i podejście Tajów do tematu.

W pewnym momencie, nasza przewodniczka powiedziała, że jeśli chcemy jechać pociągiem (który przejeżdża przez most), to musimy zapłacić dodatkowe 100 THB.

Wiedziałam, że tak będzie, gdyż poinformowano mnie o tym w biurze. To, co mnie zaskoczyło, to sposób, w jaki przewodniczka przedstawiła sytuację.

Otóż stanęła przed nami i kilkukrotnie powtórzyła, że Tajowie płacą za pociąg 10 THB, a turyści 100 THB. Mówiła to w taki sposób, jak gdyby była to najnormalniejsza rzecz na świecie.

A niby dlaczego jedni ludzie płacą mniej, a drudzy więcej? Dlaczego panuje taka dyskryminacja i podziały?

I dlaczego nigdy nie dostaliśmy żadnych biletów ani potwierdzenia zapłaty, a pieniądze trafiły do osoby, która wyrosła jak spod ziemi i zdecydowanie nie wyglądała na pracownika kolei?

10 minut na zdjęcie.

Następna kwestia, o której chciałabym wspomnieć, jest najsmutniejsza i dała mi najwięcej do myślenia.

Nie jest to bynajmniej temat dla mnie nowy. Już od dawna spędza mi sen z powiek.

Tego dnia zobaczyłam jednak kolejną jego odsłonę, bardzo dobitną i od tego czasu, nie daje mi to spokoju.

Otóż gdy jechaliśmy pociągiem, a także później, nad wodospadem, nasza przewodniczka cały czas rzucała hasła typu:

– powiem wam, kiedy będzie czas na zdjęcie,

– mamy 10 minut, czas tylko na zdjęcie,

– chwila na zdjęcie i wracamy do busa.

Ja się pytam, od kiedy podróżowanie opiera się wyłącznie na robieniu zdjęć? Czy ludzie naprawdę przemierzają tysiące kilometrów tylko po to, żeby zrobić sobie zdjęcia, a następnie pochwalić się nimi na Facebook’u, tudzież Instagram’ie? Jaki to ma w ogóle sens?

Ja nie po to przez lata marzyłam o podróżach w dalekie miejsca, żeby teraz, gdy wreszcie je odwiedzam, zrobić sobie zdjęcia i wsiadać z powrotem do busa!

Ja jeżdżę po świecie, żeby się uczyć, doświadczać, poznawać zmysłami. Jeśli odwiedzam jakieś miejsce, to chcę w nim pobyć, poczuć atmosferę, zamyślić się nad jego historią, wydarzeniami, jakie miały tam miejsce.

Chcę poczuć lokalne smaki i zapachy, przysiąść na ławce, popatrzeć na rzekę, może pogadać chwilę z ludźmi.

I tak, ja też robię zdjęcia, bo lubię i dzięki nim zabieram ze sobą detale, które mojej pamięci wcześniej czy później na pewno by umknęły. Zawsze jednak staram się, aby czas na zdjęcia był tylko malutkim procentem mojego pobytu w danym miejscu, a nie jego główną, lub też jedyną częścią.

Jak patrzyłam na tych ludzi, którzy na zawołanie rzucili się do okien pociągu i zaczęli pstrykać zdjęcia, to naprawdę mnie to przeraziło. Nawet nie patrzyli, co tam jest za tymi oknami, tylko robili zdjęcia, jedno za drugim.

I takich sytuacji są tysiące. Widzę to non stop, w każdym kraju, do którego jadę. Coraz więcej osób patrzy na świat przez obiektyw aparatu, a właściwie przez ekran telefonu. Wchodzą do świątyni, pstryk, i już ich nie ma. Kilkunastominutowa sesja na plaży w zwiewnych sukienkach, po czym z powrotem na deptak, a może nawet do hotelu. Selfie, jedno za drugim, w każdej możliwej pozie.

Oprócz tego filmiki, nagrania z dronów, transmisje.

I absolutny hit, o którym do niedawna nie miałam pojęcia. Czy wiecie, że niektórzy zabierają teraz ze sobą ubrania, żeby przebierać się do zdjęć?

Tak, idą w jednych ciuchach, tych wygodniejszych i bardziej odpowiednich do pogody, a później przebierają się, żeby lepiej wyglądać na zdjęciach.

Ja nie wiem, czy ja już jestem taka stara, a może nie idę z duchem czasu, ale jedno jest pewne, nie ogarniam! Nie ogarniam tego!

Podsumowując.

Podsumowując, już nigdy nie pojadę na żadną wycieczkę zorganizowaną. Wolę się męczyć w rozklekotanym autobusie (albo czterech), dojechać na wieczór i iść do zapyziałego hoteliku. Byle tylko mieć możliwość naprawdę zobaczyć miejsce, które chcę zobaczyć, poczuć je trochę i zabrać ze sobą wspomnienia, które będą miały dla mnie znaczenie.

4 Comments Posted

  1. Gosiu, ja również zwiedzam świat w identyczny sposób jak Ty, w sensie celu jego zwiedzania. Absolutnie Cię popieram w poruszonej kwestii robienia zdjęć itp w trakcie wycieczek.To zmora i niszczycielska siła całej przyjemności.Dosięga również mnie, która zdjęć nie robi wcale.Zawsze i wszędzie jestem proszona o „strzelenie komuś fotki”, gdyż ja sama przecież nie jestem zajęta ich robieniem ! Odmawiam, czyniąc sobie momentalnie wrogów wokół wśród obcych, ale też większości znajomych, którzy nie mogą tego pojąć i posądzają mnie o skrajna niekoleżeńskość. Nic bardzie mylnego. Może założymy wspólnie jakieś towarzystwo propagujące opamiętanie się ludzi w tej sprawie? :-).

  2. Gwoli precyzji: nie robię zdjęć w pełni świadomie,żeby lepiej przeżyć dany moment w danym miejscu, a nie dlatego ,że nie umie :-). A detale jak mi się zawieruszą w pamięci, to nic nie szkodzi, życie i tak będzie piękne i ciekawe bez nich :-).

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*