Macau and Hong Kong – 5 days of fun and excitement!

Za nami pięć bardzo aktywnych, wyczerpujących i niezwykle ekscytujących dni, które spędziliśmy w Macau i Hong Kongu.

Macau.

Wyjazd był planowany od dawna, ale szczerze mówiąc, początkowo nastawiałam się raczej na zwykłe zwiedzanie, błąkanie się po miastach i oglądanie co ciekawszych zabytków.

Dopiero tuż przed wyjazdem, pojawił się pomysł, żeby wycieczkę urozmaicić czymś bardziej ekscytującym, a mianowicie, wspinaczką na Macau Tower, która mierzy sobie bagatela 338 m.

Od razu pragnę zaznaczyć, że wchodzi się (po drabinie!) na sam szczyt, a właściwie na dość cienki szpikulec i nie jest to zadanie ani łatwe, ani napawające poczuciem komfortu i bezpieczeństwa.

Jako że ja boję się wszystkiego, a myślę, że i odważniejsi mieli by momentami nietęgą minę, to uważam fakt, że zadanie wykonałam, za wielkie osiągnięcie.

Zwłaszcza, że miałam momenty, kiedy myślałam, że już nie dam rady i zastanawiałam się, czy nie zawrócić.

Ale udało się, i mnie i Kasprowi, i stanęliśmy na szczycie Macau Tower na dobre kilkanaście minut, kiedy to mogliśmy podziwiać całe miasto z góry, a także poczuć jak to wieża (razem z nami) giba się na wietrze. Niezapomniane przeżycie. Naprawdę!

Wspinaczka miała miejsce drugiego dnia naszego pobytu w Macau i zdominowała cały wyjazd. Zanim do niej doszło, zastanawialiśmy się jak to będzie, a gdy było już po, to wszystko dalej przeżywaliśmy. Było to zdecydowanie najbardziej ekstremalne doświadczenie, w naszym dotychczasowym życiu.

Mimo to, przez te pięć dni robiliśmy też inne rzeczy i teraz pokrótce o nich wspomnę.

Zaczęliśmy od zwiedzania Macau, które bardzo zaskoczyło mnie swoim wyglądem.

Owszem, jest tam sporo kolonialnej architektury i są to prawdziwe perełki, ale jest też mnóstwo typowo chińskich spelun, a z okolicznych wzgórz, miasto wygląda jak slumsy.

Nie oznacza to jednak, że nie odkryłam jego uroku i nie urzekła mnie tamtejsza atmosfera. Wręcz przeciwnie, czułam się tam znakomicie i bardzo chciałabym wrócić. Spędziliśmy tam naprawdę cudowne dwa dni, a wpływ na to, z pewnością miał również lekko filipiński vibe. Tak, Filipińczyków mieszka tam sporo i myślę, że dodają Macau sporo kolorytu. Jako że ja uwielbiam ten naród, to czułam się wśród nich naprawdę super.

Co do samego zwiedzania, to odwiedziliśmy kilka kościołów, twierdzę, muzeum, świątynię, pochodziliśmy po placach i uliczkach. Było ciekawie, czasami pięknie, czasami dziwnie, ale ogólne wrażenie jest zdecydowanie pozytywne.

Oczywiście pobyt w Macau nie byłby kompletny, bez wizyty w kasynie. W tym celu udaliśmy się do Venetian, gdzie galeria handlowa zrobiona jest na Wenecję, z pięknymi fasadami budynków, a nawet kanałem i gondolami. Próbowaliśmy też swoich sił w kasynie, ale niestety nie wyszło. To chyba jednak nikogo nie zdziwi. Po pierwsze, jak wiadomo, kasyno zawsze wygrywa, a po drugie, my mamy bardzo małe doświadczenie w grach hazardowych.

Hong Kong.

Na półwysep Kowloon popłynęliśmy promem. Po dotarciu na miejsce, niemal biegiem ruszyliśmy na poszukiwania naszego obskurnego hoteliku, aby czym prędzej udać się na wyspę Hong Kong.

Pośpiech był konieczny, gdyż chcieliśmy zdążyć na wyścigi konne, które odbywają się w środowe wieczory.

Na tym punkcie programu najbardziej zależało Kasprowi. Ja byłam już kiedyś na wyścigach konnych (niestety mało ekscytujących), więc nie spodziewałam się szału.

O dziwo, bardzo miło się zaskoczyłam.

Po pierwsze, budynek widowni był ogromny i mocno oświetlony, dzięki czemu bardzo się wyróżniał na tle ciemnego nieba.

Po drugie, atmosfera była super i szybko zapomniałam, że jestem w Azji. Wszędzie było słychać angielski, a niektóre kobiety miały na głowach fikuśne kapelusiki. Naprawdę można było poczuć brytyjskość tego miejsca.

Po trzecie, bez trudu znaleźliśmy miejsca tuż przy ogrodzeniu i przebiegające konie były niemal na wyciągnięcie ręki.

Tupot kopyt przy takiej prędkości, robi piorunujące wrażenie.

Kontynuując hazardowy wątek tego wyjazdu, obstawiliśmy jeden z wyścigów. Konie wybraliśmy oczywiście zupełnie przypadkowo, jako że nie mamy najbledszego pojęcia o tej dyscyplinie sportu. Niestety przegraliśmy, ale to oczywiście żadna niespodzianka.

Następnego dnia udaliśmy się do Disneyland.

W sumie spędziliśmy tam dwa dni, jako że dwudniowy bilet kosztował prawie tyle samo, co jednodniowy.

Było fajnie, ale w najbliższym czasie raczej nie będziemy odwiedzać kolejnego. Na razie wystarczy, jako że to już drugi Disneyland w ostatnich latach (w 2016 roku byliśmy w tym w Szanghaju), a jak wiadomo, jest to rozrywka bardziej dla dzieci, niż dla dorosłych.

W każdym razie, byliśmy chyba na wszystkich możliwych kolejkach i bardzo intensywnie spędziliśmy tam czas.

Pomiędzy jednym, a drugim dniem w Disneyland, udaliśmy się natomiast do wioski Tai O.

Jestem nią zachwycona i bardzo miło spędziłam tam czas. Małe, blaszane domki na palach, prezentują się bardzo malowniczo. Można też wyjść na pobliskie wzgórze, gdzie po pierwsze jest cisza i spokój, a po drugie, cudne widoki, zarówno na wioskę, jak i na wodę.

Jak wspomniałam powyżej, był to bardzo ekscytujący wyjazd i do opowiedzenia mam sporo, więc można się spodziewać więcej wpisów na ten temat.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*