Kumano Kodo – szlakiem japońskiego spirytualizmu.

Kumano Kodo, to sieć leśnych ścieżek na górzystym półwyspie Kii, którymi od ponad 1000 lat podążają kolejne pokolenia Japończyków.

Po raz pierwszy pielgrzymkę Kumano podjęto w erze Heian (794 – 1185), kiedy to w drogę wyruszyły rodziny cesarskie i arystokratyczne.

Powstanie klasy wojowników w erze Kamakura (1185 – 1333), położyło kres cesarskim pielgrzymkom, ale samurajowie ze wschodnich prowincji kontynuowali tradycję.

Era Muromachi (1333 – 1573) była świadkiem rozkwitu kultury pielgrzymkowej wśród zwykłych ludzi. Natomiast podczas wyjątkowo spokojnej ery Edo (1603 – 1868), liczba pielgrzymów wzrosła wręcz dramatycznie, jako że Kumano Sanzan zostało włączone do obwodów innych pielgrzymek.

Kolejne dziesięciolecia reform politycznych, wojny oraz intensywny rozwój gospodarczy i modernizacja były jednymi z przyczyn dużego spadku liczby pielgrzymów. Niedawno jednak, nastąpiło odrodzenie Kumano, a współcześni Japończycy na nowo odkrywają jego święty krajobraz i duchowe korzenie.

Zupełnie jak w przypadku naszego europejskiego Camino de Santiago, które przez ostatnie lata przeżywa prawdziwy rozkwit i cieszy się ogromnym zainteresowaniem pielgrzymów, a także zwykłych turystów z całego świata.

Podobieństw pomiędzy tymi dwoma szlakami jest oczywiście więcej. Obie trasy mają wydźwięk religijny, a ludzie, którzy od wieków przemierzają setki kilometrów, czy to w Europie, czy to w Japonii (w Japonii to raczej dziesiątki, a nie setki), w wielu przypadkach robią to właśnie ze względu na wiarę. W Europie idzie się do katedry w Santiago de Compostela, a w Japonii do trzech świątyń zwanych Kumano Sanzan.

Oba szlaki mają też ogromne znaczenie historyczne i kulturowe, a moim zdaniem warto wspomnieć również o krajobrazowym, jako że obie trasy są piękne i nawet jeśli nie planujemy odrodzenia duchowego, lub po prostu go nie potrzebujemy, to na pielgrzymkę warto się udać. Którąkolwiek z nich, a najlepiej na obie.

Dual Pilgrim.

Jeśli rzeczywiście zdecydujemy się na obie, tak jak zrobiliśmy to my, to zostaniemy uhonorowani tytułem Dual Pilgrim i otrzymamy piękny dyplom wydrukowany na tradycyjnym, japońskim papierze i unikatową przypinkę. Oprócz tego, nasze zdjęcie pojawi się na oficjalnej stronie.

No i oczywiście będziemy mieli ogromną satysfakcję!

Jak już kiedyś wspominałam, to Kasper wpadł na pomysł, abyśmy przeszli jeden z odcinków Kumano Kodo, a jako że camino miałam wcześniej na koncie tylko ja, przed wyjazdem do Japonii, udaliśmy się do Portugalii i wyruszyliśmy na Caminho Portugues da Costa.  

Będąc w Santiago de Compostela, odebraliśmy specjalne paszporty i bardzo szczegółowe broszury o Kumano Kodo.

Co ciekawe, w żaden sposób nie udało nam się zdobyć tych paszportów przed camino, co miałoby oczywiście znacznie więcej sensu, jako że paszport ma służyć na obie trasy.

Niestety po dość dokładnym przeszukaniu Internetu, okazało się, że przed wyruszeniem na camino, paszport można zdobyć jedynie zamawiając go bezpośrednio z Japonii, w zestawie, który zawiera między innymi gruby, książkowy przewodnik. Był to dość drogi interes i uznaliśmy, że sobie odpuścimy. Same paszporty i mniejsze przewodniki są bowiem dostępne bezpłatnie zarówno w Santiago, jak i w Japonii.

No nic, najważniejsze, że będąc w Santiago, mieliśmy już te paszporty w rękach i z ogromną ciekawością przeglądaliśmy zadziwiająco dokładną broszurę, wyobrażając sobie, jak to będzie super, kiedy wreszcie ruszymy na szlak w Japonii.

Wtedy myśleliśmy, że poświęcimy na to kilka dobrych dni, ale w rezultacie przejście odcinka, który sobie zaplanowaliśmy, zajęło nam zaledwie dwa dni.

Tak, Kumano to nie camino i należałoby przejść kilka różnych odcinków, żeby porządnie się nachodzić.

Nakahechi Main Route.

Nakahechi to najbardziej popularna trasa, a przemierzając ją, mamy okazję odwiedzić wszystkie świątynie wchodzące w skład Kumano Sanzan, czyli: Kumano Hongu Taisha, Kumano Hayatama Taisha oraz Kumano Nachi Taisha.

Historia tego szlaku sięga początków X – ego wieku, a przemierzali go między innymi członkowie cesarskiej rodziny, pielgrzymujący z Kyoto.

Pierwsza część, prowadząca do Kumano Hongu Taisha, ma 38.5 km, i to właśnie na przemierzenie tego odcinka, zdecydowaliśmy się my.

Według oficjalnej mapki, świątynia znajduje się 700 metrów przed ukończeniem etapu, ale my po pierwsze nie zwróciliśmy na to uwagi, a po drugie, to właśnie przekraczając progi świątyni, czuliśmy, że znajdujemy się na mecie.

Na koniec, tuż przed zamknięciem, trafiliśmy do Kumano Hongu Heritage Center, gdzie dumnie odebraliśmy nasze piękne dyplomy, przypinki i gdzie zrobiono nam pamiątkowe zdjęcie.

Natomiast te brakujące 700 metrów i tak przyszło nam pokonać innego dnia, jako że prowadzą one w okolice ogromnej bramy torii, pięknie usytuowanej w pobliżu rzeki.

Nakahechi ciągnie się jednak dalej i kontynuując jedną z dwóch dostępnych tras, dotrzemy na wschodnie wybrzeże: albo do Kumano Hayatma Taisha (w Shingu) albo do Kumano Nachi Taisha.

Niestety my mieliśmy czas tylko na jeden odcinek, który w naszej broszurce został rozplanowany na aż cztery dni.

My te 38.5 km pokonaliśmy w dwa dni, ale od razu spieszę z zapewnieniem, że pomimo tak krótkiego dystansu, wcale nie było łatwo.

Dojazd.

Wieczór poprzedzający naszą przygodę z Kumano Kodo, spędziliśmy w hostelu w Kyoto, w małej, drewnianej kapsule przeznaczonej dla dwóch osób.

Po ukończeniu szlaku, planowaliśmy tam wrócić i dlatego bardzo nam zależało, aby zostawić tam nasze duże plecaki. Trochę to trwało, ale ostatecznie chłopak z recepcji zgodził się na nasz pomysł, po wcześniejszym dokonaniu i udowodnieniu poprzez okazanie, rezerwacji na kilka noclegów dla trzech osób (niedługo dołączał do nas Paul).

Następnego dnia, z samego rana wyruszyliśmy w pociągową podróż do Kii Tanabe (z przesiadką w Osace), miasteczka na zachodnim wybrzeżu półwyspu Kii.

Tam, po krótkiej wizycie w centrum informacji turystycznej, czym prędzej wskoczyliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Takijiri – oji, naszej miejscowości docelowej, będącej jednocześnie początkiem szlaku Nakahechi.

Przekraczamy bramę.

Pięknym i niesamowicie klimatycznym miejscem jest sam początek Kumano, który wyznacza pierwsza na szlaku brama torii. Jest stara, szara i mało imponująca, ale cudnie współgra z otaczającą ją przyrodą i widocznym tuż za nią, pierwszym oji.

Kiedyś w tym miejscu znajdowało się znacznie więcej zabudowań, w których mieściły się łaźnia, noclegownia dla pielgrzymów i pomieszczenia dla kapłanów. Tutaj też dokonywano rytualnego obmycia zimną wodą, w celu oczyszczenia ciała i duszy, zanim przystąpiło się do modłów. Jako ofiarę dla przeróżnych lokalnych oraz buddyjskich bóstw, odprawiano natomiast tańce, pokazy sumo, czy też czytano poezję.

Teraz pozostał tylko mały drewniany budyneczek, Takijiri – oji.

Oji to małe świątynki, których na Kumano zobaczymy bardzo wiele, gdyż ich celem jest prowadzić i ochraniać pielgrzymów. Służą zarówno jako miejsce do modlitwy, jak i do odpoczynku. My zatrzymywaliśmy się przy nich regularnie, zawsze wypatrując ciekawych szczegółów.

Pierwsze kilometry na szlaku.

Jak wspominałam, do przejścia mieliśmy zaledwie 38.5 km, ale szybko okazało się, że pomimo krótkiego dystansu, trasa mocno da się nam we znaki.

Już pierwsze metry na szlaku, prowadziły stromo w górę, po wąskiej, słabo wydeptanej i dość śliskiej ścieżce.

Jak się wkrótce okazało, tak zresztą miało być już do końca i właśnie dlatego pierwszego dnia udało nam się pokonać zaledwie kilkanaście kilometrów.

Prawie cały czas szliśmy przez las i trzeba było bardzo uważać, aby się nie poślizgnąć i nie upaść. Nie było to też najlepsze ćwiczenie dla kolan, jako że cały czas chodziliśmy albo w górę albo w dół. Tempo było zatrważająco powolne.

Cieszyliśmy się jednak, że pokonujemy ten wyjątkowy szlak i z ciekawością przyglądaliśmy się małym i mocno już nadszarpniętym zębem czasu figurkom, poustawianym przy drzewach.

W niektórych miejscach znajdowały się też tabliczki z opisami danego miejsca lub jakiejś legendy.

Jedna taka opowiastka szczególnie zapadła mi w pamięć, jako że zawsze zwracam uwagę na historię, które pokazują w jak innej rzeczywistości żyli kiedyś ludzie.

Otóż według legendy, Kumano Kodo przemierzał kiedyś Hidehira Fujiwara, członek potężnego klanu, wraz z żoną. Niespodziewanie, żona urodziła dziecko, więc pozostawili je w jaskini i kontynuowali pielgrzymkę.

Wracając zabrali dziecko i wrócili do domu. Niemowlę przeżyło, gdyż szczęśliwie, tuż po tym jak zostało porzucone przez rodziców, zaopiekował się nim wilk.

Nocleg w domu kultury.

Kumano Kodo nie jest jeszcze zbyt skomercjalizowane, a poza tym, prowadzi głównie leśnymi ścieżkami. Dlatego też, znalezienie noclegu nie jest najłatwiejszym zadaniem.

Było już dość późno, kiedy doszliśmy do Chikatsuyu – oji, małej wioski z zaledwie kilkudziesięcioma zabudowaniami, usytuowanymi głównie wzdłuż jednej drogi.

Zagadaliśmy do starszego pana, który poprowadził nas do jakiegoś biura, które wyglądało na informację turystyczną, ale szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy faktycznie nią było.

Zasiadające tam dwie kobiety, nie bardzo mówiły po angielsku, ale oczywiście udało nam się zakomunikować, że szukamy noclegu.

Problemem większym niż bariera językowa, okazało się niestety to, że noclegu nie było. Najwyraźniej nikt za bardzo nie przewidział, że osoby wyruszające na Kumano Kodo, zapragną zatrzymać się w tej, czy też innej wiosce.

Rozmowa trwała dłuższą chwilę, po czym starszy pan, chyba z poczucia obowiązku, poinformował nas, że weźmie nas ze sobą.

Chwilę później siedzieliśmy w jego samochodzie i jechaliśmy do nieco oddalonego od centrum, dużego domu.

Jakież było nasze zaskoczenie, gdy zostaliśmy poprowadzeni do prywatnego pokoju z dwoma łóżkami i czystą pościelą.

Okazało się, że jesteśmy w czymś na wzór domu kultury, gdyż w jednym z pomieszczeń był sprzęt muzyczny, jakieś naświetlenie i generalnie widać było, że z pewnością nie jest to dom prywatny.

Wzdłuż długiego korytarza było zresztą więcej pokoi, przypuszczam, że podobnych do tego, w którym byliśmy my.

Drobnym minusem było to, że niestety nie mieliśmy dostępu do łazienki, a jedynie do małej toalety i umywalki.

W okolicy nie było też oczywiście żadnego sklepu, ani tym bardziej restauracji, a do centrum nie chcieliśmy wracać.

Po pierwszym dniu na Kumano, nie mieliśmy zatem szansy ani się wykąpać, ani zjeść porządnej kolacji, ale narzekać nie zamierzam. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się znaleźć nocleg i to tak komfortowy.

Dobrze, że nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że następnego dnia, podczas kolejnych 25 kilometrów, też nie uda nam się nic zjeść, a wodę do picia będziemy brać od lokalnej staruszki.

Spotkanie z wężem.

Wyruszając na Kumano, zdawaliśmy sobie sprawę, że w lesie mogą być węże (widzieliśmy ostrzeżenia), jednak nie za bardzo zaprzątaliśmy sobie tym głowę. Wiadomo, węże są prawie wszędzie.

Szliśmy sobie dziarsko przez las, patrząc pod nogi, gdyż inaczej się nie dało, ale uważając głównie na kamienie, gałęzie i tym podobne przeszkody. Gadów za bardzo nie wypatrywaliśmy.

Więc idziemy tak i idziemy. Ja jestem troszkę z przodu, gdyż ścieżka jest naprawdę wąska i we dwie osoby nie da się iść.

Właśnie zbliżam się do jeszcze węższego przejścia, tuż nad małą przepaścią i już mam postawić kolejny krok, gdy ……… w ostatniej chwili zauważam, że tuż przede mną, na samym środku ścieżki, leży sobie wąż.

Nie byliśmy pewni, czy to jeden z tych jadowitych, ale też nie bardzo chcieliśmy to sprawdzać.

Wkrótce dołączyło do nas kilka osób, które akurat też podążały szlakiem i wszyscy zatrzymaliśmy się na dobre kilka, może nawet kilkanaście minut, nie wiedząc, jak węża wyminąć.

Ostatecznie odgoniliśmy go patykiem na bok, aczkolwiek był bardzo leniwy i mało przejęty naszą obecnością, więc zbyt daleko się nie oddalił.

No nic, udało się! Wszyscy zdołali go obejść i ruszyliśmy dalej, chyba nieco uważniej patrząc od tej pory pod nogi.

Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym na niego nadepnęła. Na niego, albo na jakiegoś innego węża, gdyż podczas tych dwóch dni widzieliśmy więcej osobników. Na szczęście te pozostałe były sporo mniejsze.

Krajobrazy dnia drugiego.

Drugiego dnia mieliśmy trochę więcej okazji podziwiać piękne krajobrazy Kumano Kodo, gdyż częściej wychodziliśmy na otwarte przestrzenie.

Ostatnie kilometry są szczególnie ciekawe, zwłaszcza gdy dochodzimy na szczyt wzgórza, z którego rozciąga się piękna panorama, a w dole, nad rzeką, widać ogromną bramę torii.

Widok jest cudny i jest idealnym zakończeniem szlaku. Nie minęło bowiem pół godziny, a już byliśmy u bram Kumano Hongu Taisha, jednej z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych świątyń, w jakich kiedykolwiek byłam.

Wiem, że na tym blogu nie raz pojawiało się podobne stwierdzenie, ale świątynia naprawdę jest genialna. Być może moje odczucia względem tego przybytku są spotęgowane radością z ukończenia szlaku, ale i tak jestem przekonana, że jest to miejsce warte odwiedzenia.

Największe wrażenie zrobiły na mnie wielkie banery z symbolem Kumano Kodo, czyli trzy – nogą wroną.

Yatagarasu, bo tak nazywa się ta święta wrona, jest uważana za posłańca boga. Trzy nogi odpowiadają za niebo, ziemię i człowieka.

Generalnie widziana jest jako ptak złego omenu, ale dzięki jej znakomitej orientacji w terenie, uważa się, że potrafi kierować przez nieznane tereny. Według jednego z mitów, poprowadziła cesarza Jimmu Tenno, gdy ten zgubił się na Kumano.

W Kumano Hongu Taisha czci się ją w intencji szczęścia, a także bezpieczeństwa w podróży.

Co ciekawe, współcześnie Yatagarasu widnieje również na logo JFA (Japanese Football Association).

Kumano Hongu Taisha.

Kumano Hongu Taisha to jedna z trzech najważniejszych świątyń Kumano Kodo. Moim zdaniem najbardziej interesująca.

Po pożarach i powodziach, była wielokrotnie odbudowywana, ale jej oryginalny styl architektoniczny pozostaje zachowany już od ponad 800 lat.

Prowadzą do niej piękne schody, po bokach których umieszczono modlitewne flagi. Coś pięknego!

Będąc w świątyni, warto kupić Omamori (małe amulety), a także Goohoin (Goshimpu). Kumano Goohoin to bardzo silny amulet, charakterystyczny dla Kumano Sanzan. Jego głównym celem jest odstraszać zło, zapobiegać katastrofom i przyciągać szczęście. Zazwyczaj umieszcza się go na drzwiach i polach ryżowych. W każdej z trzech świątyń jest inna wersja, aczkolwiek oparta na tym samym motywie.

Dyplomy.

Po wizycie w świątyni, czym prędzej udajemy się do Kumano Hongu Heritage Center. Docieramy tam tuż przed zamknięciem, aby okazać paszport z camino, a także ten z Kumano, jako że na Kumano też oczywiście zbieraliśmy pieczątki.

Co jakiś czas na trasie napotykaliśmy na małą budkę z daszkiem i dzwiczkami, w której znajdowała się czerwona pieczątka. Uzbieraliśmy tych pieczątek naprawdę sporo, jako że Kasper bardzo pilnował, żebyśmy ich nie omijali. Czasami trzeba było zejść trochę ze szlaku, aby je odnaleźć. W rezultacie mieliśmy wszystkie albo prawie wszystkie.

Po otrzymaniu dyplomów, zrobiono nam pamiątkowe zdjęcie, które znajduje się na stronie internetowej, na której widnieją wszystkie osoby, które otrzymały tytuł Dual Pilgrim.

Oyunohara.

Faktycznym końcem etapu jest miejsce o nazwie Oyunohara, które znajduje się w pobliżu Kumano Hongu Heritage Center.

To właśnie tam kiedyś znajdowała się świątynia, ale po powodzi w 1889 roku, przeniesiono ją w obecne miejsce.

W 2000 roku postawiono ogromną, stalową bramę torii, która jest wysoka na blisko 34 metry i szeroka na 42 metry. To właśnie tę bramę widzieliśmy ze wzgórza, zanim zeszliśmy do świątyni.

To miejsce odwiedzamy jednak dopiero następnego dnia, a tymczasem czym prędzej udajemy się na przystanek i jedziemy autobusem do oddalonej o kilka kilometrów wioski Yunomine, gdzie mamy zarezerwowany nocleg.

Tuż obok przystanku zauważamy jeszcze słupek, taki sam jak te, które mija się na camino. Pokazuje odległość 10 755 kilometrów, czyli tyle dzieli nas od Santiago de Compostela.

1 Comment Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*