Kuala Lumpur.

Kuala Lumpur to pierwszy przystanek podczas naszej podróży po Malezji.

Wylądowaliśmy z samego rana, co dało nam dwa pełne dni na eksplorację stolicy. Myślę, że to całkiem sporo, gdyż udało nam się w tym czasie zobaczyć wszystko, co leżało w kręgu naszego zainteresowania. Poza tym, miasto nie jest na tyle atrakcyjne, aby spędzać tam więcej czasu. Malezja ma zbyt wiele do zaoferowania, aby tracić czas na wielkomiejski, chaotyczny krajobraz.

Nie oznacza to jednak, że wcale nam się nie podobało. Było ok i odwiedziliśmy kilka naprawdę fajnych miejsc, ale nie mam większych chęci aby tam wracać. Jeśli jednak, któregoś dnia nadarzy się taka okazja, to na pewno będę chciała wyjechać na taras widokowy w The Petronas Twin Towers. Tym razem się nie udało i to bynajmniej nie ze względu na brak czasu.

Niestety okazało się, że bilety na taras widokowy trzeba kupować z wyprzedzeniem, a my tą atrakcję zostawiliśmy sobie na sam koniec. Gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, jedyne dostępne bilety były na późny wieczór, a my nie chcieliśmy czekać ponad trzech godzin i oglądać tylko i wyłącznie nocnego krajobrazu.

Jest to zatem coś do zrobienia następnym razem. Teraz jednak, zamiast pisać o tym, czego nie widzieliśmy, skupię się na tym, co widzieliśmy. Na początek – Chinatown.

Chinatown.

Lecimy do Malezji, aby odpocząć trochę od Chin i gdzie lądujemy w pierwszej kolejności? W Chinatown! Otoczeni przez chińskie świątynie, chińskie jedzenie i Chińczyków!

Tak, okazało się, że hostel, który zarezerwowałam, znajduje się akurat w Chinatown. Zbieg okoliczności, czy już nigdy nie dane nam będzie uwolnić się od Chińczyków???

Piszę to oczywiście z przymrużeniem oka, zwłaszcza, że moje dotychczasowe doświadczenia z Chinatown (w różnych krajach) są stosunkowo pozytywne. Przede wszystkim, Chińczycy w Chinach i Chińczycy zamieszkujący inne kraje, nie są do siebie aż tak podobni. Owszem, wszystko jest chińskie, w tym przede wszystkim jedzenie, lampiony i świątynie, które wyglądają jak żywcem przeniesione z Państwa Środka, ale Chińczycy za granicą są dużo bardziej stonowani i na szczęście cichsi. Poza tym, zakwaterowanie w Chinatown jest zazwyczaj dużo tańsze niż w innych częściach miasta. Będąc w Nowym Jorku, zawsze nocowałam w Chinatown i podobnie było teraz, w Kuala Lumpur. Co ciekawe, wszystkie moje dotychczasowe noclegi w Chinatown, były w pokojach bez ani jednego okna. Przypadek? Nie sądzę.

Co jeszcze przemawia na korzyść Chinatown? Fakt, że to w Kuala Lumpur jest naprawdę wyjątkowym miejscem.

Chyba pierwsze na co zwróciłam uwagę, to architektura, która była niezwykle ciekawa. Niskie, kolorowe, pełne zdobień budynki, chociaż trochę zaniedbane, nie dają na długo oderwać od siebie wzroku.

Drugim, ogromnym atutem Chinatown w Kuala Lumpur, są świątynie, których w tej dzielnicy jest niezwykle dużo. Co ciekawe, są to świątynie przeróżnych religii. My odwiedziliśmy ich tak wiele, że zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że którąś pominęliśmy.

Na pierwszy ogień poszła przepiękna świątynia hinduistyczna, którą dostrzegliśmy szukając naszego hostelu. Od razu przykuła nasz wzrok, gdyż nie sposób się nią nie zachwycić. Szczerze mówiąc, trochę się zdziwiłam, że tak piękny i okazały budynek, znajduje się w takiej dzielnicy.

Sri Mahamariamman Temple.

Nad wejściem do świątyni, wznosi się gopuram, czyli bogato zdobiona wieża. Jej kolorystyka i mnogość detali, dosłownie zwalają z nóg. Zwłaszcza, jeśli ktoś widzi coś takiego po raz pierwszy. Teraz już wiem, że wiele świątyń hinduistycznych posiada ten element, ale jako że była to moja pierwsza świątynia tego wyznania, nie łatwo było mi opanować zachwyt.

W środku znajduje się wydzielona część, z dachem, ale bez ścian, oparta jedynie na filarach. W punkcie centralnym jest małe pomieszczenie, do którego wchodzi duchowny. Wierni ustawiają się przed wejściem i tam odbywają się ceremonie.

W innych częściach znajdują się małe ołtarzyki i wizerunki przeróżnych bóstw. Jest kolorowo.

Przed wejściem do świątyni, należy zdjąć buty. Zwyczaj ten nie przypadł mi do gustu, gdyż mam świra na punkcie bakterii i chodzenie boso w miejscach innych niż łąka lub plaża, nie należy do zajęć, którym oddaję się chętnie. No ale cóż, takie mają zasady i trzeba się podporządkować.

Guan Di Temple.

Guan Di Temple to świątynia typowo chińska, jakich widzieliśmy już dziesiątki. Nie oznacza to jednak, że nie warto tam zaglądać. Wręcz przeciwnie.

Moją uwagę przykuły przede wszystkim zawieszone pod sufitem kadzidła, dokładnie takie, jak te, które widzieliśmy w świątyni Man Mo w Hong Kongu.

Sikh Temple.

Kasper uparł się, żeby zajrzeć do świątyni Sikhów, więc tak też zrobiliśmy. Był to jednak przystanek bardzo krótki, jako że na świątynie składa się zaledwie jedno, małe pomieszczenie, w którym nie ma dosłownie nic. Jedynie dywan i jakiś duży obiekt, oddzielony barierką i przykryty różowym materiałem.

Chan She Shu Yuen.

Budynek, w którym mieści się Chan She Shu Yuen, do złudzenia przypomina świątynię, aczkolwiek świątynią nie jest. Jest to ancestral hall.

To, na co moim zdaniem warto zwrócić uwagę, to przede wszystkim fasada i dach. Znajdziemy na nich przepiękne rzeźby i płaskorzeźby.

National Mosque (Masjid Negara).

Niedaleko Chinatown, znajduje się National Mosque. Dla mnie była to pierwsza wizyta w meczecie od czasu, gdy mieszkałam w Turcji, czyli od wielu, wielu lat. Nie ukrywam, że miło było poczuć ponownie ten klimat i usłyszeć nawoływanie muezina z minaretu. Pamiętam, jakie wrażenie robiło to na mnie w Stambule, a teraz przywołało to wiele wspomnień.

O ile jednak meczety w Turcji to prawdziwe arcydzieła architektoniczne, National Mosque w Kuala Lumpur niestety mnie rozczarował. Nie mam nic przeciwko współczesnym, nowoczesnym stylom, ale ten meczet jest po prostu zbyt pusty i najzwyczajniej w świecie nieciekawy. Jedyne elementy, które przyciągnęły moją uwagę to ażurowa ściana i niebieski, fantazyjny dach.

W sali modlitw nie ma natomiast absolutnie nic. Nawet minbar, prawie całkowicie wtapia się w ścianę.

Islamic Arts Museum.

Naprzeciwko meczetu, znajduje się Islamic Arts Museum. Gdy tam dotarliśmy, byliśmy już trochę zmęczeni, ale nie oznacza to, że nie udało nam się dostrzec, jak wspaniałe kolekcje, znajdują się w jego murach.

Z zachwytem oglądaliśmy diamentowe naszyjniki, sztylety z jadeitami, kolorową ceramikę, najróżniejsze stroje, potężne i dopracowane w każdym szczególe oprawy ksiąg oraz wiele, wiele innych eksponatów.

Myślę, że jedną z ciekawszych rzeczy, na jakie natrafiliśmy była średniowieczna, islamska mapa.

KL Bird Park.

Zanim dotarliśmy do KL Bird Park, trafiliśmy do małego ogrodu hibiskusów. Chyba nie było sezonu, gdyż widzieliśmy ich zaledwie kilka. Nie zmienia to jednak faktu, że są to kwiaty bardzo urodziwe i jak się okazuje, występują również w kolorach innych niż czerwony.

Natomiast Bird Park okazał się miejscem absolutnie niezwykłym. Nigdy nie podzielałam pasji ornitologów i szczerze mówiąc, moja wiedza na temat ptaków jest dość ograniczona, ale od momentu, gdy przekroczyłam pierwszą bramę parku, moim achom i ochom nie było końca.

Ptaki, które tam zobaczyliśmy, były absolutnie niesamowite. O wielu z nich nawet nie wiedzieliśmy, że istnieją. Zachwyciły nas swoimi kolorami, upierzeniem, niezwykłymi dziobami i wyjątkowymi „dekoracjami” na głowach.

Widzieliśmy przeróżne gołębie (bynajmniej nie podobne do tych z Krakowa), bociany (również inne niż w Polsce), pawie, sowy, czaple (zadziwiająco smukłe), pelikany, flamingi, strusie, dzioborożce, papugi i wiele innych gatunków ptaków z Malezji i innych krajów świata.

Królem w parku, jest ewidentnie paw. Tych ptaków widzieliśmy chyba najwięcej, a ich odgłosy nie ustawały nawet na chwilę. Mieliśmy wrażenie, że nawołują się z różnych części ogrodu.

Wiele z nich otwierało swoje ogony, aby pokazać wszystkim wokół, jak są piękne. Pierwszy raz widziałam też, żeby paw latał. Niby jest to ptak, więc powinien latać, ale do tej pory widziałam tylko jak chodzą. Tutaj wreszcie zobaczyłam je w akcji i muszę przyznać, że widok tak ogromnego ptaka na drzewie, jest dziwny, żeby nie powiedzieć niepokojący.

Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że większość z tych ptaków, lata po parku zupełnie swobodnie i przechadza się alejkami, tak samo jak ludzie. Są dosłownie na wyciągnięcie ręki i jest to naprawdę niesamowite uczucie.

Czasami jednak, może to być również trochę niebezpieczne, o czym Kasper przekonał się na własnej skórze.

Mianowicie, wziął do ręki martwą rybę podczas karmienia. Jeden z ptaków najwyraźniej bardzo chciał tą rybę, więc ją sobie wziął, dziobiąc Kaspra w palec, do krwi.

Trudno stwierdzić, czy był to ten sam ptak, ale chwilę później, Kasper został zaatakowany w nogę, tym razem zupełnie bez powodu. Być może ptak naprawdę się wkurzył, myśląc, że Kasper też jest chętny na zdechłe ryby i stanowi dla niego konkurencję.

Co ciekawe, w parku jest też pomieszczenie, w którym można zobaczyć jak kurczaki wykluwają się z jajek. Przez szybkę widać jajka i co chwilę któreś z nich pęka, a na zewnątrz wydostaje się mały, nieporadny kurczaczek.

Ogólne wrażenia.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o kilku kwestiach, które zwróciły moją uwagę już na samym początku pobytu w Malezji. To nic wielkiego, ani szczególnego, ale nie potrafię się powstrzymać przed porównywaniem pozostałych krajów azjatyckich do Chin. Z jakiegoś powodu, wszystko co inne niż w Państwie Środka, od razu zwraca moją uwagę.

Po pierwsze, jak wiadomo Malezja jest krajem muzułmańskim. Nie bardzo pasuje mi to do tego regionu Azji, ale takie są fakty i nie sposób tego nie zauważyć, chociażby na ulicach. Meczetów nie ma co prawda zbyt wiele, ale niektóre budynki zdradzają ewidentne wpływy architektury islamu.

Poza tym, w metrze są wagony przeznaczone wyłącznie dla kobiet (i wyraźnie oznaczone), a znaki w niektórych miejscach, przypominają nam o godnym zachowaniu, które obejmuje właściwy ubiór i brak czułości.

Po drugie, w wielu miejscach trzeba ściągać buty i niestety nie są to jedynie świątynie. Na przykład przed wejściem do naszego hostelu, buty musieliśmy zostawiać na półkach przy schodach. Przed wejściem do toalet były klapki, ale ja osobiście nie akceptuję chodzenia w cudzych klapkach i zawsze nosiłam swoje w rękach. Nie było to zbyt wygodne, nie mówiąc już o tym, że uważam chodzenie boso za bardzo niehigieniczne.    

Ruch lewostronny jest kolejną rzeczą, na którą nie tyle warto, co trzeba zwrócić uwagę. Jak się okazało, przestawienie się na zupełnie inne kierunki, nie przychodzi mi łatwo i wciąż łapałam się na tym, że nie wiedziałam, z której strony będą jechać samochody na danym pasie.

Jest to o tyle niebezpieczne, że Malezja, podobnie jak Chiny, należy do krajów, gdzie pieszy nie cieszy się żadnym wyjątkowym statusem i na ulicy musi liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Z pewnością nie pomaga fakt, że chodniki nie są najlepiej przemyślane i czasami nagle się kończą. W związku z tym, trzeba przemieszczać się z jednej strony drogi na drugą, często w miejscach, gdzie nie ma świateł. Nie jest to fajne, a tym bardziej bezpieczne.

Inaczej niż w Chinach, w Malezji jest bardzo cicho i spokojnie. Oznacza to, że ludzie są cisi i zachowują się kulturalnie. Super, aczkolwiek czasami trochę mi to przeszkadzało. Przyzwyczajona do chińskich krzyków i stale ogłuszana przez moje rozwrzeszczane dzieci, w Malezji miałam czasami problem żeby zrozumieć, co mówią do mnie ludzie. Właściwie w niektórych przypadkach, brzmiało to bardziej jak szept niż mowa.

Żadnych zastrzeżeń nie mam natomiast do zachowania Malezyjczyków w metrze. Są bardzo kulturalni i tak jak przystało, zanim wsiądą do wagonu, wypuszczają tych wysiadających. Raz widziałam kolesia, który w swoim przykładnym zachowaniu posunął się tak daleko, że chociaż wagon był prawie pusty i nikt nie wysiadał, to on najpierw wsunął głowę, dokładnie się rozejrzał, czy na pewno nikt nie zbliża się do drzwi i dopiero wtedy wsiadł. Niesamowite! Doprawdy niesamowite!  

W ogóle metro w Kuala Lumpur jest dobrze zorganizowane i łatwo się nim przemieszczać. Jedyne co może trochę mylić, to kolory poszczególnych linii, które niestety różnią się zależnie od mapy.

Informacje praktyczne:

Z lotniska na stację KL Sentral, dojechaliśmy autobusem za 12 RM. Znaleźliśmy go zupełnie bez problemu, tuż po wyjściu z terminala przylotów.

Nocowaliśmy w Agosto Inn, w Chinatown. Nie mogę powiedzieć, aby miejsce to jakoś szczególnie nas oczarowało, ale personel był miły, a standard na akceptowalnym poziomie.

Wstępy do wszystkich wymienionych powyżej obiektów był darmowy, poza KL Bird Park, za wstęp do którego należy zapłacić 67 RM.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*