Komodo National Park, Rinca

Komodo National Park, czyli płyniemy na wyspę Rinca.

Data wizyty: 28.11.2019.

Nasz pobyt na Flores był krótki i ograniczył się do jednego, konkretnego celu, a mianowicie, wizyty w Komodo National Park.

Po nienajlepszych wrażeniach z pobytu na Bali, okazało się, że na innych wyspach może być jeszcze gorzej i interakcje z Indonezyjczykami na Flores zaliczamy do kompletnie nieudanych.

Obeszliśmy kilka biur podróży szukając dogodnej opcji na odwiedzenie parku, a przy okazji rozglądając się za możliwościami zwiedzania Flores. Zszokowały nas ceny, które były wywindowane do niebotycznych rozmiarów i fakt, że nie było praktycznie żadnego pola do negocjacji.

Ci ludzie woleli w ogóle nie zarobić, niż chociaż trochę obniżyć cenę, co wydało nam się kompletnie niedorzeczne.

Myślę, że świadczy to o tym, jakie dochody przynosi w Indonezji turystyka i jak mała grupa ludzi na tym korzysta. Bez trudu zauważymy na ulicach osoby, które się dorobiły i jeżdżą teraz potężnymi i drogimi samochodami, podczas gdy reszta społeczeństwa wciąż sprzedaje na ulicy ryż z dodatkami.

Nie widać żeby pieniądze z turystyki w jakikolwiek sposób służyły rozwojowi poszczególnych wysp i zamieszkujących je ludzi.

Dlatego też, po krótkich rozmowach z niezdradzającymi jakichkolwiek emocji cwaniakami, nie mieliśmy najmniejszej ochoty dokładać się do ich biznesów i zrezygnowaliśmy z uczestnictwa w rejsach na Komodo i wynajmu samochodu.

Zamiast tego, postanowiliśmy spróbować szczęścia gdzie indziej i udaliśmy się do portu w poszukiwaniu człowieka morza, który zechce nas zabrać do parku swoją prywatną łódką.

Pertraktacje w porcie.

Wydaje mi się, że jak zwykle mieliśmy sporo szczęścia i gdyby nie korzystne zrządzenie losu, to nasza misja raczej nie zakończyłaby się sukcesem.

Otóż po dotarciu do portu, zaczęliśmy rozglądać się za wejściem na pomost, przy którym zacumowane były nieduże łódki.

Okazało się, że prowadzi ono przez mały budynek, w którym zapoznaliśmy pewnego bardzo dobrze mówiącego po angielsku pana. Poinformowaliśmy go o naszym planie, a on przepuścił nas dalej.

Na pomoście napotkaliśmy wielu wylegujących się bezczynnie panów, ale żaden nie był zainteresowany rozmową z nami.

Nie wiem jaki panuje tam układ, ale jeśli miałabym zgadywać, to strzelałabym, że są to ludzie doraźnie wynajmowani do rejsów organizowanych przez biura podróży i albo dostają zlecenie, albo spędzają czas na nicnierobieniu.

W każdym razie, żaden nie chciał od nas pracy, nie mówiąc już o tym, że cały ich odzew polegał na podśmiechiwaniu się i nie uzyskaliśmy od nich nawet normalnych odpowiedzi na pytania.

Nieco zrezygnowani wróciliśmy do budynku i opowiedzieliśmy wspomnianemu powyżej panu o tym, co nas spotkało.

Jego reakcja była natychmiastowa. Zabrał nas z powrotem na pomost, podszedł do pierwszej, lepszej łódki i praktycznie nakazał jej właścicielowi zabranie nas na rejs. Pomógł też w ustaleniu ceny, która moim zdaniem była jak najbardziej akceptowalna. Mianowicie, za cały dzień na morzu zapłaciliśmy 800 000 Rp. Za nas oboje, a nie za osobę!

W ten oto sposób, udało nam się zdobyć prywatną łódkę i w rezultacie spędziliśmy cudowny dzień. Odwiedziliśmy trzy wyspy i na każdej z nich mogliśmy być tak długo, jak tylko mieliśmy ochotę. Nikt nas nie poganiał, nikt nie ograniczał naszego czasu i obcowanie ze smokami, faktycznie okazało się głównym punktem programu!

Oczywiście poleciłabym taką opcję każdemu pragnącemu udać się do Komodo National Park, aczkolwiek, tak jak wspomniałam powyżej, nie wiem na ile nasza ekspedycja była dziełem czystego przypadku i czy powtórzenie czegoś takiego byłoby w ogóle możliwe.

Rejs.

Następnego dnia pojawiliśmy się w porcie skoro świt, a nasz kapitan, wraz z pomocnikiem, już na nas czekał.

Mieliśmy mały problem z wydostaniem się na pełne morze, gdyż blokowały nas inne łódki, ale w końcu się udało i popłynęliśmy.

Komfort bycia jedynymi pasażerami podczas rejsu, jest nie do przecenienia. Było cicho, cudownie spokojnie i wygodnie dzięki materacom, na których można było się rozłożyć. Cieszyliśmy się pięknymi widokami i był to pierwszy raz, od bardzo dawna, kiedy pobyt na łodzi sprawił nam prawdziwą przyjemność.

Co chwilę mijaliśmy większe lub zupełnie malutkie wysepki i naprawdę było co podziwiać. Tamte rejony są iście zachwycające.

Bilety wstępu.

Dopłynięcie na wyspę Rinca zajęło nam ok. 2 godziny.

Po wyjściu na brzeg, od razu natknęliśmy się na grupkę mężczyzn i jeden z nich – Mr. Safina, został naszym przewodnikiem.

Najpierw poprowadził nas drewnianą ścieżką przez bramę wejściową i do zabudowań parku. Tam musieliśmy nabyć plik przeróżnych biletów. Nie przesadzam, był to plik, gdyż poza wstępem do parku narodowego (2x 100 000 Rp.), musieliśmy zapłacić również za to, że przypłynęliśmy łódką (100 000 Rp.), za możliwość obserwacji dzikiej przyrody (2x 10 000 Rp.), za wejście na szlak w celu szukania tejże przyrody oraz za samo przemierzanie szlaku (2x 5 000 Rp.), a także za bycie turystą (2x 150 000 Rp.) i bodajże za przewodnika (80 000 Rp.).

Trochę to śmieszne, nieprawdaż?

Rozmawialiśmy później z naszym przewodnikiem o tym, ile z tego wszystkiego trafia do jego kieszeni i chociaż nie pamiętam już teraz dokładnej kwoty, to wiem na pewno, że był to maleńki ułamek, kilkadziesiąt tysięcy.

Strasznie nas to zasmuciło, gdyż Mr. Safina w ciągu jednego dnia oprowadza dwie, trzy grupy, czyli jego zarobki są bardzo niskie. My płacimy setki tysięcy, a jedyna osoba, która faktycznie coś dla nas robi, czyli oprowadza po parku, opowiada o smokach i w razie potrzeby również chroni przed tymi drapieżnikami, ma z tego jakieś grosze. Nie wiem ile idzie na utrzymanie parku, ale śmiem przypuszczać, że najwięcej trafia do jakichś urzędników, tudzież bezpośrednio do rządu.

Mr. Safina prosił żebyśmy powiedzieli innym, żeby przypłynęli na wyspę, gdyż chce oprowadzać jak najwięcej turystów.

Rozumiem to doskonale, ale czuję wewnętrzny sprzeciw wobec wspierania tego procederu. Chciałabym, aby moje pieniądze trafiały do lokalnej społeczności, do tych biednych ludzi, którzy pracują całymi dniami, a nie do skorumpowanego rządu.

Smoki.

Pierwsze smoki zobaczyliśmy już na samym początku, gdy szliśmy wspomnianą powyżej, drewnianą ścieżką. Pojedyncze osobniki chowały się pod nielicznymi drzewami.

Znacznie więcej zwierząt zobaczyliśmy wśród zabudowań i tam też mogliśmy przyjrzeć im się z mniejszej odległości. Niektóre przebywały w prawie wyschniętym korycie, inne leżały pod budynkami lub w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Odpoczywały i były bardzo rozleniwione. Nie wykonywały prawie żadnych ruchów.

Może to i lepiej, gdyż ja szybko nabrałam do nich respektu. Wcześniej jakoś bagatelizowałam sprawę i wydawało mi się, że smoki nie mogą być aż tak groźne, skoro turystom pozwala się tak blisko do nich podchodzić.

Nic bardziej błędnego! Po pierwsze, są bardzo, bardzo groźne, a po drugie, wcale nie można zbyt blisko do nich podchodzić.

Znakomicie kamuflują się z otoczeniem. Kolor ich skóry jest prawie identyczny z podłożem, w związku z czym, trzeba nieźle wytężać oczy, żeby je wypatrzyć. Zwłaszcza wśród zarośli.

Są trochę mniejsze niż myślałam, ale wystarczające duże, aby poradzić sobie z bawołem, więc tym bardziej z człowiekiem.

Jeśli dojdzie do pogryzienia, nie ma wiele czasu na reakcję. Mr. Safina powiedział, że na wyspie mają jakiś alkohol, którym smaruje się ranę, aby zahamować rozprzestrzenianie się bakterii, które smoki mają w ślinie, ale czym prędzej trzeba udać się do Labuan Bajo po lekarstwo.

Podobno dzwoni się do miasta, skąd natychmiast wyrusza łódź motorowa, aby zabrać poszkodowanego do szpitala. W przeciwnym razie, pogryzienie kończy się śmiercią.

Trekking po wyspie.

Do wyboru są bodajże dwie, lub trzy opcje trekkingu. My zdecydowaliśmy się na tę najdłuższą, chociaż nasz przewodnik nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. Nawet już w trakcie, sugerował nam zejście na krótszą trasę.

My jednak, pozostaliśmy nieugięci. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, chociaż pogoda była wręcz zabójcza.

Upał był nie do zniesienia, a my podążaliśmy najpierw przez wyschnięty las, a później przez pokryte sawanną wzgórza, gdzie byliśmy bezpośrednio wystawieni na działanie promieni słonecznych.

Ja cały czas miałam oczy dookoła głowy, bo wszędzie spodziewałam się zobaczyć smoki. Jak wspomniałam powyżej, one znakomicie się kamuflują, więc bałam się, że jeśli nie będę bardzo uważać, to ich nie zauważę.

Ostatecznie na trekkingu nie wypatrzyliśmy jednak ani jednego osobnika. Zapewne było dla nich zbyt gorąco i chowały się gdzieś w cieniu.

Widzieliśmy jedynie inne zwierzęta, te które służą smokom za pożywienie.

Gdy wróciliśmy z trekkingu, był jeszcze czas na zdjęcia, ale szczerze mówiąc, nie jestem zadowolona ani z tych, które zrobił Mr. Safina, ani z moich własnych.

Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, a jest tak przede wszystkim dlatego, że smoki słabo wyróżniały się na tle podłoża. Były niemal tego samego koloru i wyszły dość niewyraźnie.

No cóż, najważniejsze, że widzieliśmy je w ich naturalnym środowisku i całkiem sporo dowiedzieliśmy się o ich życiu i nawykach żywieniowych.

Smok z Komodo.

Smok z Komodo jest gatunkiem endemicznym, żyjącym na obszarze kilku małych wysp w Indonezji. Te najbardziej znane to Komodo i Rinca, ale smoki występują również na Nusa Kode, Gili Motang, Padar oraz na zachodnim i północnym wybrzeżu Flores.

Żyją na obszarach od nizin do 800 m n.p.m., ale najczęściej można je spotkać w liściastych lasach monsunowych, otoczonych przez wzgórza porośnięte sawanną.

Z tablicy informacyjnej wyczytujemy, że w 2017 r. były 2 884 osobniki.

W 1990 r. smoków było 3 336, więc jak widać, ich liczba maleje i są gatunkiem zagrożonym.

Cykl życia i dieta.

Samica składa średnio 24 jaja podczas jednego sezonu rozrodczego, aczkolwiek może się zdarzyć, że złoży ich nawet 38. Młode wykluwają się między lutym, a kwietniem następnego roku.

Po wykluciu mierzą ok. 40 cm i ważą ok. 100 g. Ich skóra jest czarno – żółto – pomarańczowa.

Aby uniknąć drapieżników, w tym większych smoków, wspinają się na drzewa i żywią się owadami, małymi jaszczurkami oraz ptasimi jajkami. Po roku, zaczynają rozszerzać swoją dietę o kurze jajka, węże i małe ssaki, ale w dalszym ciągu wracają na drzewa.

Permanentnie schodzą z nich dopiero po osiągnięciu wagi ok. 20 kg i wtedy też zmieniają taktykę polowań. Od teraz opiera się ona na wyczekiwaniu i atakowaniu z zasadzki. W ten sposób polują na jelenie, świnie, konie, bawoły, a także inne smoki.

Ich języki wyczuwają w powietrzu zapachy, odległe nawet o 4 km (zależnie od kierunku wiatru). Co więcej, w smoczej ślinie są ok. 54 gatunki bakterii, które mogą doprowadzić do śmierci zdobyczy.

Apetyt mają ogromny. Dwumetrowy osobnik, ważący ok. 50 kg może zjeść 40 – kilogramowe zwierzę podczas jednego posiłku. Koń lub bawół może starczyć na 3 – 4 dni, dla kilku smoków.

Aktywne są jedynie w ciągu dnia. Wychodzą na powierzchnię o wschodzie słońca i wygrzewają się, aby podnieść temperaturę ciała oraz zaczynają szukać jedzenia. Najchętniej jedzą między 6-tą, a 10-tą rano i 2-gą, a 5-tą po południu. W południe chronią się w cieniu. Późnym popołudniem wracają natomiast do swoich jam, aby spędzić w nich noc.

Smoki są samotnikami i rzadko można je spotkać w grupie. Poza sezonem rozrodczym (czerwiec – sierpień), nie wdają się między sobą w interakcje.

Szukając samicy, samce przemierzają duże dystanse, nawet trzykrotnie dłuższe niż odległości, które pokonują na co dzień. Często dochodzi też wtedy między nimi do walk.

Samice składają jaja w sierpniu. Kopią wtedy doły głębokie nawet na 2.5 m i chronią swoich gniazd do grudnia. Wszystko to jest dla nich ogromnym wysiłkiem i bardzo tracą wtedy na wadze (nawet do 20 kg).

Smoki osiągają dojrzałość płciową w wieku 6 – 8 lat, a żyją nawet do 50 lat.

Bezludna wyspa.

Po wizycie na wyspie Rinca, przyszedł czas na bardziej relaksacyjną część programu i nasz kapitan zabrał nas na jedną z niedużych, bezludnych wysp.

Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że nie ma tam absolutnie nikogo poza nami!

Wyspa była mała, stożkowata i wyjątkowo piękna. Z jednej strony znajdowała się idealna do pływania plaża, z bajecznie lazurową wodą, a z drugiej znacznie bardziej kamieniste, a dzięki temu, wyjątkowo malownicze wybrzeże.

Nie posiadaliśmy się ze szczęścia! Było to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych i najbardziej pamiętnych miejsc, jakie przyszło nam do tej pory odwiedzić. Prawdziwe cudo!

Niestety nie mam pojęcia jaką nazwę nosi ta wyspa, o ile w ogóle jakąś posiada.

Druga bezludna wyspa.

Ostatni przystanek mieliśmy na innej, bezludnej wyspie, aczkolwiek znacznie chętniej odwiedzanej przez turystów. Nie oznacza to jednak, że było tam tłoczno. Absolutnie nie. Po prostu byli tam też inni zwiedzający, a także jacyś drobni sprzedawcy.

Ta wyspa też była stożkowata i można było dość wysoko na ten stożek się wspiąć. Nie było to najłatwiejsze zadanie, ale nam się udało. A wtedy naszym oczom ukazał się tak niebywały widok, że trudno byłoby go opisać słowami. Coś pięknego!

Po zejściu ze wzgórza, poszliśmy pływać, a później mieliśmy jeszcze czas, aby posiedzieć na plaży i nacieszyć się otaczającymi nas widokami. Tamtejsze krajobrazy są naprawdę cudne i spędziliśmy tam niezapomniany dzień.

Gdy wracaliśmy do Labuan Bajo, już powoli się ściemniało.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*