Jinhua

Jinhua – nowy rozdział, nowa szkoła, nowy dom.

Stało się, jesteśmy z powrotem w Chinach. Rozdział Hangzhou – Suzhou został oficjalnie zakończony, a teraz otwieramy nowy, pod tytułem Jinhua. Jak na razie absolutnie wszystko jest inne i tak już raczej pozostanie. Z pięknych i dużych miast przenieśliśmy się do małego i nieciekawego. Z państwowych szkół, trafiliśmy do prywatnej. Zamiast jedynymi obcokrajowcami w swoich szkołach, teraz jesteśmy jednymi z wielu. Zamiast 40-minutowych lekcji, mamy godzinne i dwugodzinne. Zamiast pięćdziesiątki rozwrzeszczanych bachorów, teraz mamy w klasach po 10 – 13 i są oni jeszcze bardziej rozwrzeszczani, a w dodatku rozpieszczeni. Zamiast wolności i swobody, mamy dokładny program nauczania, pisanie planów lekcji i mnóstwo innych obowiązków. Zamiast długich przerw świątecznych, mamy krótkie. Zamiast wolnych weekendów, mamy wolne poniedziałki i wtorki. I wreszcie zamiast pięknego apartamentu, takiego jak mieliśmy ostatnio w Suzhou, mieszkamy w bardzo przeciętnej, a co gorsza, wychodzącej wprost na niewyobrażalnie głośną ulicę, klitce. Naprawdę wszystko, ale to wszystko jest inne.

Pierwszy dzień.

W Szanghaju wylądowaliśmy 8 września. Pokonaliśmy niewyobrażalnie długą trasę na dworzec kolejowy, a następnie udaliśmy się do Jinhua. Keith, nasz nowy pracodawca, był na tyle miły, że kupił nam wcześniej bilety, więc jedyne co musieliśmy zrobić, to odebrać je z kasy, nie martwiąc się o miejsca. Podróż nie była długa, zwłaszcza, że jechaliśmy najszybszym pociągiem, ale zważywszy na to, że nasze zmęczenie sięgało już zenitu, do najprzyjemniejszych niestety nie należała.

Na miejscu czekał na nas Kevin, który wraz z jeszcze jednym Chińczykiem, zabrał nas samochodem do naszego nowego mieszkania. W międzyczasie zadzwonił Keith z powitaniem i oświadczył, że możemy zamieszkać w tym mieszkaniu, do którego zaraz zawitamy lub w tym, z którego za kilka dni wyprowadzą się Michał i Paulina. W tym miejscu należy wyjaśnić, że Michał i Paulina to para Polaków, których mieliśmy zastąpić w szkole. Oni właśnie kończyli swoje kontrakty, a my mieliśmy przejąć ich wszystkie lekcje. Keith zapoznał nas już dużo wcześniej, przez WeChata, a później poznaliśmy się osobiście, gdy skorzystali z naszego zaproszenia do Suzhou.

W każdym razie, po wejściu do naszego „nowego” mieszkania, po raz kolejny zwątpiliśmy w Chiny i cały ten naród. Okazało się bowiem, że wbrew naszym oczekiwaniom i szczerym nadziejom, że wreszcie trafiliśmy na w miarę normalnego i rozsądnego Chińczyka, jakim do tej pory z całą pewnością zdawał się być Keith, po raz kolejny się rozczarowaliśmy.

Nie było to najgorsze mieszkanie jakie w życiu widzieliśmy, ale z pewnością plasowało się blisko dolnej granicy. Przede wszystkim nie było posprzątane. Na stoliku wciąż znajdował się niedopity napój z KFC!

Wyposażenie też pozostawiało wiele do życzenia, gdyż poza dwoma gołymi poduszkami i jakąś matą na łóżko, nie było tam absolutnie nic. Ani jednej szklanki, czy talerza, brak kuchenki i jakichkolwiek sprzętów. Jedynie mikrofalówka i mop.

Kuchnia należała do najmniejszych jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Zlew był tak mały, że nie wiem, czy zmieściłby się w nim talerz. Co więcej, w kuchni była też pralka. Miniaturowa, dosłownie na kilka ciuchów i za każdym razem gdy chcielibyśmy zrobić pranie, musielibyśmy podłączyć wszystkie rury w łazience.

Łazienka natomiast była tak obleśna, że nie chciałam tam nawet wchodzić. Mieściła w sobie umywalkę i kibel, a pomiędzy nimi prysznic, oczywiście wprost na podłodze. Spod umywalki były poodrywane płytki, co wyglądało naprawdę obskurnie.

Oglądając mieszkanie miny mieliśmy nietęgie, ale nic nie powiedzieliśmy. Mieliśmy świadomość, że mamy do zobaczenia również mieszkanie Michała i Pauliny, więc woleliśmy nie wywoływać burzy już pierwszego dnia.

Chińczycy nie mieli jednak oporu, żeby tego samego dnia rozczarować nas jeszcze raz. Mianowicie, zabrali nas na posiłek, który okazał się wizytą w okolicznej pierogarni. Bynajmniej nie tak wyobrażaliśmy sobie kolację powitalną. Zamiast w ładnej restauracji, wylądowaliśmy w obskurnej klitce, z bardzo przeciętnymi jak na Chiny pierogami.

Gdy na koniec dnia zawieźli nas do pobliskiego supermarketu, mogliśmy wreszcie wymienić się spostrzeżeniami. Kasper był wkurzony na maksa tym, że w ogóle zaproponowali nam takie mieszkanie. Zaczęliśmy nawet rozważać szybką ewakuację z Jinhua. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma szans, abyśmy zostali w tym mieszkaniu na cały rok.

Drugi dzień.

Następnego dnia byliśmy umówieni z Kevinem o 10-tej rano. Najpierw pojechaliśmy zrobić zdjęcia (za które nie musieliśmy płacić), a następnie zarejestrowaliśmy się na policji. Na koniec, założyliśmy sobie nowy numer w China Mobile (to już nasz trzeci). Kolejnym przystankiem na naszej trasie była szkoła, przed wejściem do której spotkaliśmy Keitha. Tylko się przywitaliśmy, po czym wraz z Pauliną i Michałem, poszliśmy oglądać ich mieszkanie.

Odetchnęliśmy z ulgą, gdy tylko weszliśmy do środka. Oczywiście nie był to szczyt naszych marzeń, ale w porównaniu z tą wyżej opisaną norą, było naprawdę nieźle. Co najważniejsze, wszystko było większe. Zarówno kuchnia i łazienka, jak i pralka! Zgodnie stwierdziliśmy, że tutaj możemy zamieszkać, chociaż oczywiście i to lokum nie jedną ma wadę.

Poniżej zdjęcie ukazujące widok z naszego mieszkania.

dsc_0876-copy

Pierwszy weekend w szkole.

Michał i Paulina zabrali nas do szkoły już w piątek, ale tylko na chwilę, żeby wszystko nam pokazać, wytłumaczyć i zapoznać z pracownikami. Prawdziwa praca zaczęła się następnego dnia, 10 września, czyli w chiński Dzień Nauczyciela. Myślę, że to ciekawy zbieg okoliczności, że nasze początki przypadły akurat na taką datę, gdyż od razu poczuliśmy się miło przyjęci. Podczas krótkiej uroczystości, dzieci obdarowały nas kwiatami, a od Keitha dostaliśmy kartki. Było też confetti, a na koniec dnia, nasze pierwsze zbiorowe zdjęcie w szkole.

Inna sprawa, że same lekcje były wykańczające psychicznie. Ja zaliczyłam trzy 2-godzinne sesje z Pauliną, a Kasper z Michałem. Siedziałam sobie na krzesełku i obserwowałam jak wyglądają zajęcia w Kids’ Harbor, co ogólnie nie powinno być zbyt męczącym zadaniem, ale było. Takie bezczynne siedzenie to prawdziwa mordęga i bynajmniej nie była to wina Pauliny. Jej lekcje były bardzo ciekawe, pełne gier i zabaw, a poza tym, bardzo płynne. Gdyby tylko nie trwało to sześciu bitych godzin!!! Istna masakra!

W niedzielę powtórka z rozrywki, ale tym razem miałyśmy tylko dwie lekcje. Paulina miała w sumie pięć klas, które teraz należą do mnie. Kasper jest w gorszej sytuacji, gdyż od Michała przejął aż sześć.

W tym momencie Kasper i ja mamy za sobą już trzy weekendy, z czego dwa przepracowaliśmy. Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, co w tej szkole jest raczej ewenementem. Inni nauczyciele przychodząc do Kids’ Harbor mieli nawet po kilka tygodni obserwacji, kiedy to mogli oswoić się z systemem i całą polityką tej szkoły. My takiej szansy nie dostaliśmy i po zaledwie dwóch dniach „przygotowania” zaczęliśmy uczyć. Jest to oczywiście spowodowane opóźnieniem z jakim przybyliśmy do Chin, a także faktem, że Michał i Paulina musieli jechać do nowej szkoły, ale nie zmienia to faktu, że przeżyliśmy lekki szok.

W środę, czwartek i piątek nasze dni wyglądają w miarę beztrosko, gdyż mamy tylko dwie godzinne lekcje dziennie, a resztę czasu poświęcamy na pisanie planów. Co więcej, przychodzimy na 14-tą, więc możemy się porządnie wyspać.

Weekendy są jednak mordercze, gdyż 6 godzin z dzieciakami może zabić. Jest koniec września, ale w Jinhua wciąż panują upały nie do zniesienia (dzisiaj akurat leje jak z cebra, bo odczuwamy efekt przechodzącego w pobliżu tajfunu, nie oznacza to jednak, że się ochłodziło). Poza tym, niektóre dzieci są bardzo małe (w mojej najmłodszej grupie mają ok. 4-5 lat), więc wymagają mnóstwo uwagi i wysiłku ze strony nauczyciela. Największym problemem, najzwyczajniej w świecie, jest jednak to, że 6 godzin to po prostu stanowczo za dużo. Cztery godziny mogę przeżyć, ale większa ilość powoduje, że na lekcjach prawie mdleję, a po powrocie do domu idę prosto do łóżka, bo na nic innego nie mam siły. Zmęczony nauczyciel to kiepski nauczyciel, więc na takim układzie niestety nikt tak naprawdę nie zyskuje.

Kiedyś napiszę o naszej nowej szkole więcej, bo wydaje mi się, że to naprawdę ciekawy temat, ale na dzisiaj wystarczy. Pochwalę się jeszcze tylko, że w miniony piątek (23.09) pierwszy raz miałam okazję zrobić komuś egzamin. Jedna z moich klas, o nazwie Crocodile (wszystkie klasy mają imiona) kończyła akurat poziom i przechodziła do następnego. W związku z tym, dzieciaki miały egzamin pisemny, w trakcie którego ja i Tina – moja CT (Chinese Teacher) poszłyśmy na spotkanie z rodzicami (miałam więc również swoją pierwszą wywiadówkę). Przedstawiłam rodzicom problemy jakie widzę, a także plany na nowy semestr, które wcześniej razem ustaliłyśmy i spisałyśmy. Tina tłumaczyła. Po powrocie do dzieciaków, pomogłyśmy im trochę z testem, bo niektóre nie ogarniały, czemu zresztą wcale nie ma się co dziwić, gdyż mają po jakieś 6 lat. Natomiast na sam koniec, miałam z nimi egzamin ustny. Zadawałam im pytania, których nauczyły się przez ostatnie miesiące, a one mi odpowiadały. Nie byłam zbyt surowa, gdyż większość dostała ode mnie 10/10 i tylko kilkorgu dałam 9/10. Dzisiaj widziałam ich dyplomy i okazuje się, że w tej szkole 9 punktów na 10 oznacza 99%, no ale kłócić się przecież nie będę. Trochę mnie to tylko śmieszy. Śmieszna była zresztą cała ta sytuacja z egzaminem. Przepytując te dzieciaczki, cały czas miałam wrażenie, że to dziwne, że takie maluchy podchodzą do egzaminu i że akurat w takich okolicznościach przyszło mi po raz pierwszy kogoś egzaminować.

Jinhua – nasze nowe miasto.

Na koniec kilka słów o naszym nowym mieście. Po pierwsze i najważniejsze, jest ono tak małe i nieatrakcyjne, że zdziwiłabym się, gdyby ktoś spoza Chin wiedział o jego istnieniu. My dowiedzieliśmy się w momencie, gdy dostaliśmy stąd ofertę pracy. Inaczej nigdy byśmy tutaj nie zawędrowali. Wartego zwiedzenia, nie ma tu absolutnie nic.

Na szczęście miasto ma inne zalety. Przede wszystkim, wydaje nam się, że jak na Chiny jest tu wyjątkowo świeże powietrze. Na pewno nie dusimy się tak jak w Suzhou czy Hangzhou, a to ogromny plus. Woda też zdaje się być lepszej jakości.

W pobliżu są góry, więc na pewno będziemy chcieli sobie po nich trochę pochodzić. Jest też stąd dość blisko w Żółte Góry i nad jezioro Tysiąca Wysp, a to już atrakcje znacznie większego formatu. Mam nadzieję, że o tym czy to prawda, przekonamy się już w najbliższych miesiącach.

Samo miasto jest natomiast dość zadbane i sprawia przyjemne wrażenie. Na jego eksploracje udaliśmy się jak dotąd tylko dwa razy, ale wróciliśmy zadowoleni. Oczywiście nie ma szału, ale znajdziemy tu ładne parki pełne zieleni i fajną promenadę nad rzeką. Poza tym, jest też zabytkowa uliczka. Na tle innych tego typu miejsc w Chinach, wypada wyjątkowo słabo i w poniedziałki nie ma tam praktycznie żywej duszy, ale domki są ładne i można tam kupić mnóstwo staroci, drewnianych rzeźb i biżuterii, a także monety, banknoty, znaczki i inne pierdoły.

dsc_0923-copy dsc_0924-copy

W Jinhua jest też dzielnica handlowa, podobna do tych, które znamy z innych miast, gdzie znajdziemy nowoczesne sklepy, kawiarnie i fajne restauracje. Co ciekawe mają tu nawet naszą ulubioną restaurację z Hangzhou – Grandma’s Home. Byliśmy tam już dwa razy i menu jest identyczne jak w Hangzhou, a jedzenie pyszne jak zawsze.

dsc_0946-copy dsc_0971-copydsc_0853-copy

W Jinhua nie ma metra, co jest dla nas miłą odmianą, gdyż w Suzhou i Hangzhou spędzaliśmy stanowczo zbyt wiele czasu pod ziemią. Tutaj są wygodne i nowoczesne autobusy, którymi dojedziemy w dowolną część miasta za 2 yuany. Co ciekawe, na przystankach znajdziemy ładne i czytelne mapy komunikacyjne, co jest absolutnym ewenementem na skalę Chin.

Mówiąc krótko, nie taka zła ta Jinhua.

2 Comments Posted

  1. Cieszymy się,że możemy ponownie czytać o Waszej fascynującej przygodzie z Chinami. Już ten , wstępny właciwie, ale jakże dokładny wpis, mówi bardzo dużo o Waszym nowym miejscu i warunkach w nowej pracy. Życzymy bardzo udanego pobytu , zwiedzenia kolejnych wspaniałych miejsc i zadowolenia z uczniów.
    Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*