Hua Hin.

Jestem szczęśliwą posiadaczką talentu, dzięki któremu jadąc do rajskich krajów, nigdy nie trafiam na rajskie plaże.

Tajlandia jest już trzecim krajem (w dodatku z rzędu), w którym coś takiego mi się przytrafiło.

Najpierw były Filipiny, gdzie jak wiadomo, plaże są nieziemskie i przez wielu nazywane najpiękniejszymi na świecie, a ja wylądowałam na archipelagu maleńkich, kamienistych wysepek.

Malezja ma kilka chętnie odwiedzanych przez turystów wysp, a ja wybrałam sobie Tioman, o której nigdy wcześniej nawet nie słyszałam i która prawie w całości porośnięta jest dżunglą.

W Tajlandii natomiast, cudnych, magicznych, najpiękniejszych plaż nikt nie zliczy, a ja trafiłam akurat do przeciętnego Hua Hin.

Jak ja to robię?

Nie wiem, ale jedno jest pewne. Chociaż zazwyczaj trafiam w te mniej atrakcyjne miejsca, to i tak wyjeżdżam z nich zachwycona i zabieram ze sobą niezapomniane wspomnienia.

Filipiński archipelag Alaminos, był tak naprawdę magicznym miejscem i pływanie pomiędzy skalistymi wysepkami o wschodzie słońca, dostarczyło mi niesamowitych emocji.

Tioman to moim zdaniem istny raj na ziemi i czułam się tam znakomicie.

Do Hua Hin natomiast, prawdopodobnie już nigdy nie wrócę, ale do końca życia zapamiętam mój pierwszy wieczór na tamtejszej plaży, pływanie nocą wśród mieniącego się planktonu i nieszczęsną, aczkolwiek niezapomnianą, lekcję gotowania.

Pomocni chłopcy.

Mój pobyt w Hua Hin zaczął się od poszukiwań hostelu, który jak się wkrótce okazało, znajdował się znacznie dalej od centrum, niż myślałam.

Opierając się na udzielonych od niechcenia wskazówkach pewnej kobiety, poszłam w zupełnie innym kierunku i trafiłam na plażę, gdzie spotkałam dwóch młodych chłopaków.

Odnaleźli mój hostel na mapie w telefonie i próbowali mi wytłumaczyć, jak się tam dostać. Dość szybko zwątpili jednak w powodzenie mojej misji i jeden z nich, pomimo tego, że był w pracy, postanowił zawieźć mnie na miejsce swoim skuterem.

Po dość długiej i lekko przerażającej przejażdżce, trafiłam do mojego hostelu, którego o własnych siłach, z całą pewnością bym nie odnalazła.

Byłam naprawdę wdzięczna temu chłopakowi, gdyż zaoszczędził mi mnóstwo czasu i energii, którą niewątpliwie straciłabym na mało owocne błądzenie po licznych uliczkach, w dodatku z ciężkim plecakiem.

Jest to też przykład na to, jak chętnie ludzie pomagają samotnie podróżującym kobietom.

Klimatyczny bar na plaży.

Był już prawie wieczór, kiedy pojawiłam się na plaży i o niczym nie marzyłam bardziej, niż o butelce piwa z widokiem na fale.

Znów mi się poszczęściło, gdyż trafiłam do posklecanego z jakichś śmieci baru, który pomimo swego wyglądu, a może właśnie dzięki niemu, był najbardziej klimatycznym miejscem na plaży.

Niebo było szare i ciemne, wiał wiatr, po plaży spacerowały konie, a ludzi nie było zbyt wielu. Było naprawdę cudownie!

Miasteczko i plaża.

Następnego dnia zeszłam spory kawałek plaży, a także znajdujące się w pobliżu, turystyczne uliczki. Oprócz tego, trafiłam do małej, chińskiej świątynki, znajdującej się na tarasie nad wodą, a także do małego portu. Łódeczki, chociaż mocno nadniszczone, tworzyły malowniczy krajobraz.

Po miasteczku chodziłam tylko tyle, ile musiałam, gdyż nie prezentowało się zbyt atrakcyjnie. Nie miałam też ochoty na zwiedzanie.

Hua Hin jest raczej szare i przeciętne i zdecydowanie wolałam trzymać się morza.

Długa noc w barach i plankton.

Następnego dnia, do Hua Hin przyjechali moi znajomi, Sunny i Logan. Niestety od czasu naszego ostatniego spotkania (kilka dni wcześniej, w Bangkoku), zdążyli się rozstać, więc przypadkiem znalazłam się w dość nietypowej sytuacji.

W rezultacie, spędziliśmy z Loganem całą noc, chodząc od baru do baru. W jednym z nich, dwie Tajki niemiłosiernie skopały nam tyłek w bilarda. Niemiłosiernie, naprawdę!

Aby odreagować, poszliśmy pływać w morzu i właśnie wtedy okazało się, że w Hua Hin można obserwować fluorescencyjny plankton. Za każdym razem, gdy ruszaliśmy się w wodzie, wszędzie widzieliśmy maleńkie światełka. Czasami zostawały na skórze.

Było to niesamowite widowisko i byliśmy nim zachwyceni, zwłaszcza, że zupełnie się go nie spodziewaliśmy.

Coś pięknego, naprawdę.

Ostatni bar.

Gdy wreszcie uznaliśmy, że czas na kolejny bar, okazało się, że prawie wszystkie są już zamknięte.

Chwilę nam zajęło, zanim w końcu znaleźliśmy coś na uboczu, w pobliżu dużej świątyni.

Po pewnym czasie, jednak i ten bar się zamknął. Na szczęście, obsługa była na tyle miła, że nawet się nie zająknęła, że być może i my powinniśmy już iść do domu. Po prostu powiedzieli nam, że idą, zgasili światła i poszli. Drzwi i tak tam nie było, a poza tym, my siedzieliśmy na zewnątrz.

Po jakimś czasie, zupełnie niespodziewanie, nastał dzień.

Zaskoczyło nas to bardzo i jednocześnie przeraziło, gdyż poprzedniego wieczora, dość nieroztropnie, przystaliśmy na pomysł Sunny, aby z samego rana udać się na lekcję gotowania.

Hotel Logana był bardzo daleko, więc czym prędzej udaliśmy się do mojego (też ładne kilka kilometrów). Błyskawiczny prysznic, następnie śniadanie w pobliskiej knajpce i jak wracaliśmy, to transport już na nas czekał. Wszystko na styk.

Lekcja gotowania.

Nasza lekcja gotowania zaczęła się na bazarze. Pewna kobieta oprowadziła nas po stoiskach, pokazała różne produkty, trochę o nich opowiedziała, a niektórych mogliśmy nawet spróbować.

Dziękowałam bogu, że zdążyłam zjeść śniadanie, bo gdyby nie to, to chyba bym na tym bazarze zemdlała, albo chociaż zwymiotowała. Zapach ryb bardzo skutecznie mnie osłabił.

Gdy dotarliśmy do domu, w którym miała odbyć się nasza lekcja, okazało się, że przez następne kilka godzin, będziemy głównie stać.

Po nieprzespanej nocy nie bardzo mi się to uśmiechało, a w dodatku, w pewnym momencie zaczęły mi puchnąć nogi.

Zrobiły się naprawdę duże, a skóra była napięta. Trochę bolały i stanie z każdą chwilą stawało się coraz bardziej uciążliwe.

Przy ostatniej potrawie już zupełnie wymiękłam i nasza instruktorka zrobiła za mnie większość roboty.

Co jeszcze gorsze, nie czułam się też na siłach, żeby zjeść potrawy, które ugotowałam, chociaż były przepyszne! Naprawdę znakomite!

No nic, lekcja na przyszłość: nie zarywać całej nocy przed kursem gotowania!

Jak wyglądał kurs?

Sama lekcja była jednak świetnie zorganizowana i gdyby nie moje kiepskie samopoczucie, to jestem przekonana, że byłabym zachwycona.

Instruktorka była profesjonalistką, chętnie odpowiadała na pytania i pomagała. Pomocnice szybko się uwijały i po każdej potrawie przygotowywały stół na następną, co szło im bardzo sprawnie. Nigdy na nic nie trzeba było czekać.

Wybór potraw był znakomity, gdyż było coś mięsnego, coś z makaronem, coś na zimno, coś na deser.

Na początku użyliśmy też tradycyjnych przyrządów, aby przygotować niektóre składniki.

W sumie przyrządziliśmy cztery potrawy i każda z nich była naprawdę przepyszna.

Na koniec dostaliśmy dyplomy i foldery z informacjami na temat tajskiej kuchni i z przepisami na wszystkie dania, które ugotowaliśmy.

Podsumowując, był to naprawdę porządny i bardzo profesjonalny kurs gotowania. Zdecydowanie godny polecenia.

Powrót do Bangkoku.

Początkowo planowałam wrócić do Bangkoku prywatnym transferem, tak jak przyjechałam. Niestety nie powiodło mi się znalezienie agencji, czym byłam dość mocno zaskoczona. Ludzie powiedzieli mi jednak, że z dworca regularnie odjeżdżają busy do stolicy i to właśnie tam udałam się następnego dnia.

Jak tylko pojawiłam się na miejscu, zostałam zauważona przez naganiaczy i zanim się zorientowałam, już siedziałam w busie, który niedługo później odjechał.

Do Bangkoku dojechałam szybko, sprawnie i tanio.

Podsumowując.

Tak jak napisałam na początku, Hua Hin z pewnością nie należy do miejsc, które absolutnie trzeba odwiedzić będąc w Tajlandii.

Plaża jest ładna, ale na pewno nie wybitna, miasteczko dość przeciętne, a turyści w jesieni życia.

Mnie się jednak podobało i mam stamtąd bardzo fajne i pozytywne wspomnienia. Zwłaszcza ten plankton i kurs gotowania, gdyż były to dla mnie zupełnie nowe doświadczenia.

 

Informacje praktyczne: kurs gotowania robiliśmy z Thai Cooking Course Hua Hin. Wszystkimi formalnościami zajmowała się Sunny, ale wiem, że trzeba rezerwować dzień wcześniej.

Zatrzymałam się w 88 Backpackers Hua Hin. Jest to bardzo ładny i wygodny przybytek, ale niestety dość daleko od plaży.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*