Xuankong Si, po angielsku Hanging Monastery, to świątynia jedyna w swoim rodzaju. Kiedy jakiś czas temu pierwszy raz natknęłam się na jej zdjęcie, od razu trafiła na moją listę miejsc do zobaczenia. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że uda mi się zrealizować to marzenie tak szybko, ale gdy planowałam naszą podróż po Chinach, okazało się, że świątynia jest nam bardzo po drodze. Znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od miasta Datong, które i tak planowaliśmy odwiedzić ze względu na Yungang Grottoes.

Pomimo tego, że Hanging Monastery jest jedną z najważniejszych atrakcji, dla których przyjeżdża się do Datongu, bardzo trudno było nam zdobyć jakiekolwiek informacje na temat dojazdu w to miejsce. Kasper narysował obrazek żeby wyjaśnić personelowi hotelowemu gdzie się wybieramy, ale w związku z tym, że nie mówili po angielsku, praktycznie na nic się to zdało. Ludzie zaczepiani na ulicy nie potrafili wskazać drogi na dworzec autobusowy, chociaż podobno miał być bardzo blisko (inna sprawa, że nie znali słowa ‘bus’). Ostatecznie trafiliśmy na stację benzynową i tam, po bardzo długich dywagacjach, w które zaangażowani byli chyba wszyscy pracownicy, zostaliśmy wręcz wepchnięci do taksówki i zawiezieni na dworzec. Wyszło nam to na dobre, bo okazało się, że dworzec wcale nie był tak blisko i gdybyśmy mieli podążać za wskazówkami przypadkowo spotkanych osób, to pewnie zeszło by nam pół dnia.

Na dworcu od razu zostaliśmy zauważeni i zanim zdążyliśmy dobrze o cokolwiek zapytać, wskazano nam kierunek do kasy. Bilety były dość drogie, bo 30 RMB za osobę, ale podróż do krótkich ani prostych nie należała. Bardzo szybko wyjechaliśmy z miasta, a później jechaliśmy wiejskimi terenami, jakich wcześniej w Chinach nie widzieliśmy. Było mało zieleni, za to dużo gołych skał i krajobraz generalnie zdawał się być troszkę pustynny. Były też chwile grozy, jak jechaliśmy w górę, nad przepaścią.

W pewnym momencie autobus niespodziewanie się zatrzymał i kazano nam wysiąść. Byliśmy na maleńkim dworcu i bynajmniej nie wyglądało na to, że gdzieś w pobliżu jest świątynia. Na szczęście, oprócz nas w autobusie była jeszcze młoda para Chińczyków, która wyjaśniła, że dalej pojedziemy samochodem. Tak więc cała nasza czwórka została zawieziona pod świątynię prywatnym samochodem, bez dodatkowych opłat. Tak najwyraźniej dociera się w to miejsce. Trochę gorzej jest z powrotem, ale o tym za chwilę.

Wstęp na teren świątyni do tanich nie należy. Za jeden bilet trzeba zapłacić 125 RMB. To miejsce jednak trudno przecenić. Jest to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych i najciekawszych dzieł ludzkich rąk, jakie kiedykolwiek widziałam.

Świątynia jest wbudowana w skały na wysokości kilkudziesięciu metrów. Jest bajecznie kolorowa, aczkolwiek z odległości tego nie widać. Dopiero gdy jesteśmy w środku, ukazują nam się żółte i zielone płytki, małe figurki na dachach i mnóstwo innych detali. Konstrukcja jest drewniana, w niektórych miejscach wygląda na trochę niestabilną. Przechodząc niższymi poziomami można zobaczyć podłogę wyższych poziomów, która bynajmniej nie napawa uczuciem bezpieczeństwa, zwłaszcza jak pomyślimy ile osób się tamtędy codziennie przechadza. Poziom adrenaliny podwyższają też barierki, które w niektórych miejscach sięgały mi do połowy uda, a pod spodem tylko skały i oddalona o kilkadziesiąt metrów ziemia. Z pewnością nie polecałabym tego miejsca osobom z lękiem wysokości.

Przechodząc przez kolejne poziomy, mijamy małe kapliczki z rzeźbami, z których każda kolejna jest jeszcze ładniejsza i ciekawsza niż poprzednia. Oprócz tego są dwie małe świątynie, do których można wejść. Znajdziemy tam wnętrza po brzegi wypełnione rzeźbami. Część z nich jest już trochę zniszczona, brakuje im kończyn, oczu albo innych części, ale i tak robią piorunujące wrażenie. W każdym z tych maleńkich pomieszczeń spędziliśmy jakieś pół godziny, o ile nie więcej, co chwilę odkrywając jeszcze bardziej interesującą rzeźbę i jeszcze ciekawszy detal. Oboje byliśmy oszołomieni, przewyższyło to nasze wszelkie oczekiwania. Widzieliśmy w Chinach już tyle świątyń, że ciężko byłoby je zliczyć, ale ta była inna niż wszystkie. Tym bardziej dziwiło nas zachowanie Chińczyków, którzy w większości przypadków zaglądali tylko do środka, nawet nie wchodząc, po czym szli dalej. Niektórzy szybko robili zdjęcie i też uciekali. Mało kto zatrzymywał się na dłużej. Tak jakby chcieli wszystko tylko zaliczyć i mieć zdjęcie na dowód. Nie rozumiem jak im się chce podróżować po tak wielkim kraju, wśród takich tłumów i za takie pieniądze, jeśli te odwiedzane miejsca tak naprawdę wcale ich nie interesują. No ale cóż, tak to już jest w tych Chinach i bynajmniej nie był to pierwszy raz, kiedy się o tym przekonaliśmy.

Wydaje mi się, że w porównaniu do bardziej znanych atrakcji turystycznych Chin, Hanging Monastery nie jest aż tak bardzo oblegany, ale ze względu na swój mały rozmiar, jest tam bardzo tłoczno. Jak przeszliśmy przez bramki wejściowe, trafiliśmy na sam koniec ogromnej i głośnej masy, która pomalutku przesuwała się do przodu. Ruch po całym obiekcie, od wejścia do wyjścia, odbywa się w jedną stronę i jest tam naprawdę wąsko, więc swobodnie nie da się przechadzać. Trzeba iść za tłumem, od którego można się oderwać dopiero w jednej ze świątyń. My tak właśnie zrobiliśmy, a później, gdy byliśmy gotowi zwiedzać dalej, ku naszej wielkiej radości i zaskoczeniu, zauważyliśmy, że zostaliśmy prawie sami. Najwyraźniej wchodząc, trafiliśmy akurat na jakąś ogromną falę turystów, która jednak bardzo szybko się przelała i teraz zastaliśmy już tylko niedobitki. W związku z tym, zdecydowaliśmy się przejść cały kompleks jeszcze raz, tym razem na spokojnie i jeszcze raz wszystko dokładnie sobie obejrzeć. Świątynia jest naprawdę przepiękna i na jej zwiedzanie warto poświęcić tak dużo czasu, jak się tylko da. My na szczęście nie musieliśmy się spieszyć, bo tego dnia był to jedyny punkt programu.

Gdy wreszcie postanowiliśmy wracać, udaliśmy się na parking, na który wcześniej przywiozła nas taksówka. Para Chińczyków, z którą przyjechaliśmy, powiedziała nam, że znajdziemy tam autobus. Zaczęliśmy więc szukać. Autobusów było sporo, ale każdy po kolei okazywał się być wynajęty dla jakiejś grupy turystów. Chodziliśmy od jednego do drugiego i co chwilę ktoś odsyłał nas w innym kierunku. Po jakimś czasie zauważyliśmy parę ‘białasów’, którzy okazali się być francuskojęzycznymi Kanadyjczykami, więc postanowiliśmy zapytać ich o drogę powrotną. Dziewczyna była dość ogarnięta, a w dodatku znała parę słów po chińsku, więc już niedługo siedzieliśmy w małym vanie, który zawiózł nas na wspomniany powyżej, maleńki dworzec. Musieliśmy zapłacić 40 RMB za osobę, ale była w to już wliczona cena za autobus do Datongu. Wszystko wskazuje więc na to, że jadąc do świątyni transfer taksówką jest darmowy, ale z powrotem już nie.

dsc_0049-copydsc_0915-copydsc_0928-copy dsc_0975-copydsc_0997-copydsc_0015-copy dsc_0039-copy

Napisane przez

Małgorzata Kluch

Cześć! Tutaj Gosia i Kasper. Blog wysrodkowani.pl jest poświęcony podróżom i życiu w Chinach. Po pięciu latach spędzonych w Azji i eksploracji tamtej części świata, jesteśmy z powrotem w Europie, odkrywając nasz kontynent.