George Town, Penang, Malezja

George Town, czyli mieszanka kultur, kolonialna architektura i Street Art.

Data wizyty: 18-21.01.2020.

George Town, podobnie jak Melaka, zostało wpisane na listę UNESCO w 2008 roku. Oba miasta są doskonałymi przykładami kolonialnej architektury w Azji i domem dla niezwykłej mieszanki kultur, religii i narodowości.

Tak się złożyło, że w styczniu 2020 roku, mieliśmy do przebycia spory kawałek Półwyspu Malajskiego, z południa na północ, więc zahaczyliśmy o oba te miasta w przeciągu zaledwie tygodnia i dzięki temu, mogliśmy je sobie porównać.

Oba są warte tego, by je odwiedzić i oba kryją w sobie kilka prawdziwych perełek, ale jeśli miałabym wybrać, które podobało mi się bardziej, to postawiłabym na George Town.

Ogólne wrażenia.

Na zwiedzanie George Town poświęciliśmy dwa pełne dni. Ścisłe centrum, w którym znajdują się najważniejsze zabytki jest małe i wszędzie można dojść na nogach, ale do zobaczenia jest tak dużo i niektóre miejsca są tak ciekawe, że nie warto się spieszyć.

Wiele budynków, choć mocno zaniedbanych, wciąż przykuwa uwagę. Na każdym kroku znajduje się jakaś interesująca ściana, mała instalacja, mural, rząd lampionów albo przydomowa świątynka, na której na dłużej zawiesimy oko.

Miejsc kultu jest tak wiele i są tak piękne, że chciałoby się odwiedzić je wszystkie.

Clan Jetties, gdzie od XIX wieku zamieszkują kolejne pokolenia Chińczyków to miejsce niezwykłe i bardzo interesujące. Dla nas było totalną niespodzianką i zdecydowanie najciekawszym miejscem w całym mieście. Spędziliśmy tam mnóstwo czasu, co rusz odkrywając jakiś fascynujący zakątek i zaglądając do maleńkich świątyń, które są dosłownie na każdym kroku.

Sztuka uliczna, z której miasto słynie, też jest warta wspomnienia. Spacerując uliczkami, natkniemy się na mnóstwo murali, a także oryginalnych rzeźb wykonanych z metalowych prętów.

Mówiąc krótko, w George Town jest co zwiedzać.

Oczywiście, jak przystało na azjatyckie miasto, George Town wciąż jest bardzo zaniedbane. Spacerując trzeba patrzeć pod nogi, żeby przypadkiem nie wpaść do ścieków albo nie skręcić kostki na kolejnej nierównej płytce chodnikowej. Z kanałów śmierdzi, a ulice są brudne. To tu to tam, wala się też trochę śmieci.

Co gorsza, niszczeje sporo zabytkowej architektury. Wiele budynków jest kompletnie zaniedbanych i nic nie wskazuje na to, że ten stan rzeczy w najbliższym czasie się zmieni. Widać nie pomaga fakt, że miasto jest atrakcją turystyczną, w dodatku na liście UNESCO.

Boli to tym bardziej, że w okolicy błyszczą nowe wieżowce.

Masjid Melayu Lebuh Acheh (Acheen Street Malay Mosque).

My zwiedzanie zaczynamy od meczetu o nazwie Masjid Melayu Lebuh Acheh. Został zbudowany w 1808 roku i jest trzecim najstarszym meczetem na wyspie Penang.

Przed wejściem spotykamy pewnego miłego pana, który oprowadza nas po terenie (samą salę modlitewną można zobaczyć, ale od jakiegoś czasu już się do niej nie wchodzi) i dużo mówi o islamie. Chyba nie spodziewa się, że turyści dysponują wiedzą o jego religii, gdyż większość tego co mówi, to bardzo podstawowe informacje. Jest raczej zaskoczony, że my to wszystko już wiemy.

No nic, i tak bardzo się cieszymy, że ktoś tak przyjaźnie nas przyjmuje i poświęca czas, aby przybliżyć nam miejsce, które odwiedzamy. Nie jest to zbyt częste zjawisko, więc jesteśmy naprawdę wdzięczni.

Sam meczet jest dość skromny, a najbardziej wyróżnia się minaret.

Warto tam zajrzeć również wieczorem, kiedy budynek jest oświetlony i pięknie się komponuje z rozwieszonymi w pobliżu chińskimi lampionami.

Choo Chee Keong.

Idąc dalej, trafiamy na malutką, chińską świątynię Choo Chee Keong, która służy klanowi Yap, pochodzącemu z południa Chin.

Masjid Kapitan Keling (Kapitan Keling Mosque).

Następnie trafiamy do kolejnego meczetu, Masjid Kapitan Keling.

Ten meczet jest znacznie bardziej okazały niż poprzedni, a jego bryła przypomina Taj Mahal. Nic zresztą dziwnego, został ufundowany przez East India Company, a materiały na jego budowę oraz budowniczy zostali przysłani z Indii.  

Powstał w 1801 roku i jest najstarszym meczetem w George Town i drugim najstarszym na wyspie Penang.

Jego obecny wygląd to efekt prac z 1916 roku, kiedy to stary budynek został zastąpiony nowym.

W tym meczecie również organizowane są krótkie wycieczki. Młody chłopak oprowadza turystów, opowiadając trochę o meczecie, a także o islamie. Pokazuje nawet fragmenty Koranu, odśpiewuje je, demonstruje modlitwę, a także nawoływanie muezina.

Na koniec można dostać ulotki o religii. Ja nie chciałam ich brać, gdyż po pierwsze wiem, co w nich jest, a po drugie i tak nie mogę wozić ze sobą niepotrzebnego ciężaru. Chłopak najwyraźniej uznał jednak inaczej i sam wybrał dwie ulotki (dotyczące hijabu oraz praw kobiet w islamie) i mi je wręczył.

Han Jiang Ancestral Hall.

W dalszej kolejności zachodzimy do Han Jiang Ancestral Hall. Budynek pochodzi z 1870 r., ale przez lata uległ ogromnym zniszczeniom. Teraz jest już oczywiście odbudowany, z zachowaniem oryginalnych standardów, zarówno jeśli chodzi o materiały, jak i technikę. W tym celu do George Town ściągnięto znakomitych rzemieślników z Chin.

Clock Tower.

Clock Tower jest pomnikiem na cześć diamentowego jubileuszu królowej Wiktorii. Jest wysoka na 60 stóp – jedna stopa na każdy rok panowania królowej.

Wieża została sfinansowana przez lokalnego filantropa, który nazywał się Mr. Cheah Chen Eok i kosztowała $35 000. Mr. Cheah był milionerem, który dorobił się na kopalniach cyny.

Clan Jetties.

Clan Jetties to nasze największe odkrycie w George Town i zdecydowanie najciekawsza okolica w całym mieście. O dziwo, trafiliśmy tam właściwie przez przypadek, gdyż nigdy wcześniej nie słyszałam ani słowa na temat tego miejsca.

Clan Jetties to społeczność Chińczyków przybyłych z prowincji Fujian pod koniec XIX w., zamieszkująca nad wodą w George Town. Obecnie są to przede wszystkim przedstawiciele piątej generacji z sześciu klanów. Początkowo klanów było dziesięć.

Ich małe domki pobudowane są na pomostach, więc żyją dosłownie na wodzie. Sądząc po ich wyglądzie, niewiele się zmienia i jak na razie zachowały dość oryginalny wygląd.

Kiedyś mieszkańcy Jetties podejmowali się prac związanych z handlem morskim (transportowali ludzi i produkty miedzy cumującymi w pobliżu statkami, a lądem) i wypływali na połowy ryb. Obecnie pracują w fabrykach, sklepach lub pootwierali swoje własne biznesy. Wiele młodszych osób opuściło Jetties, a na miejscu pozostali głównie seniorzy. Są oni raczej przeciwni nadmiernemu rozwojowi i wolą, aby ich domki zachowały swoją prostotę.

Decyzja o wpisaniu George Town na listę UNESCO w 2008 r. uratowała Clan Jetties przed zniszczeniem, gdyż według planów urbanistycznych, miały być wyburzone i zastąpione czymś innym.

Zamiast tego, Clan Jetties stały się atrakcją turystyczną i odwiedzających, takich jak my, jest sporo. Nic dziwnego, jest to absolutnie wyjątkowe miejsce.

Przechadzając się wąskimi pomostami możemy zobaczyć jak żyją ci ludzie, a także wstąpić do licznych świątynek i popatrzeć na miasto z zupełnie innej perspektywy.

My byliśmy zachwyceni i naprawdę dziwię się, że nigdy wcześniej nie słyszałam o tym miejscu, zwłaszcza, że natknęłam się na niejedną relację z George Town.

Sri Maha Mariamman Temple.

Wieczorem wybraliśmy się do świątyni hinduistycznej – Sri Maha Mariamman Temple.

Została wybudowana w 1833 r., ale później kilkukrotnie przechodziła renowacje.

Na gopuram nad wejściem do świątyni znajduje się 38 figur bogów i bogiń oraz 4 łabędzie.

Świątynia jest piękna i ma niezwykle bogato zdobione wnętrze. Nam jednak podobało się tam głównie dlatego, że zostaliśmy bardzo miło przyjęci przez przebywających tam panów. Poniżej zamieszczam zdjęcie jednego z nich.

Do zrobienia tego zdjęcia zostałam zachęcona, gdyż sama z siebie oczywiście nigdy bym się tak nie zachowała. Nie ulega jednak wątpliwości, że pan ma niezwykłą fryzurę i najwyraźniej nie tylko my tak sądzimy, ale jego koledzy też.

Kong Hock Keong.

Kong Hock Keong to kolejna chińska świątynia. Założyli ją imigranci pochodzący z południowo – wschodnich Chin.

Świątynia poświęcona jest buddyjskiej bogini Guanyin.

Ze wszystkich świątyń jakie odwiedziliśmy w George Town, ta podobała mi się najbardziej. Oczywiście nie ze względu na sam wygląd, a folklor, jaki tam zaobserwowaliśmy.

Jak zauważyliśmy, świątynia jest tłumnie odwiedzana przez mieszkańców miasta, którzy palą kadzidła, modlą się, lub siedzą w cieniu i rozprawiają, jak widać na jednym z poniższych zdjęć.

Widać, że jest to miejsce spotkań lokalsów i to właśnie ich obecność nadaje świątyni uroku i niepowtarzalnej atmosfery. A wszystko spowite jest w kłębach dymu unoszącego się nad setkami różowych kadzideł.

Naprawdę bardzo klimatyczne miejsce.

St. George’s Church.

W dalszej kolejności idziemy zwiedzać pozostałości po europejskiej obecności w George Town i zachodzimy do St. George’s Church. Kościół wybudowano w 1818 r. i jest to najstarszy kościół anglikański w Azji Południowo – Wschodniej.

Uległ poważnym zniszczeniom podczas II wojny światowej i został odbudowany dopiero w 2011 r.

Przed kościołem stoi memoriał poświęcony założycielowi kolonii – Francisowi Light.

Church of the Assumption.

Nieopodal znajduje się kolejny kościół – Church of the Assumption. Jest to kościół katolicki, którego obecna bryła powstała w 1860 r., z dwoma skrzydłami dobudowanymi w 1924 r.

Protestant Cemetery.

Idąc jeszcze dalej, dochodzimy do przepięknego, aczkolwiek mocno zaniedbanego cmentarza. Podobno jest to jeden z najlepiej zachowanych XVIII-XIX-wiecznych cmentarzy chrześcijańskich w Azji Południowo – Wschodniej.

Jak wyczytujemy z tablicy informacyjnej, cmentarz ten był używany przez ponad sto lat. Protestantów chowano w północnej części, a katolików w południowej.

Do obecnych czasów zachowało się 459 grobów, z czego 150 nie jest zidentyfikowanych.

Wiele grobów zostało zniszczonych podczas japońskiego bombardowania jakie miało miejsce podczas II wojny światowej. Bomby spadły wtedy zarówno na północną, jak i południową część cmentarza.

Podczas tego samego bombardowania został zniszczony ST. George’s Church, a co za tym idzie, utracono archiwa pochówku.

Co więcej, część zmarłych była chowana w nieoznaczonych grobach, a nowe groby często powstawały na starych.

Na cmentarzu spoczywają Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi, Holendrzy, Armeńczycy, Australijczycy, Amerykanie i Chińczycy. Wśród nich są m.in.: oficerowie, urzędnicy, lekarze, inżynierowie, kupcy, duchowni, misjonarze, a także marynarze, bednarze, właściciele tawern i jeńcy wojenni. Jest wśród nich również Francis Light, Thomas Leonowens, mąż Anny Leonowens, którą przedstawiono w filmie Anna i król (Anna and the King), a także, jak się uważa, chrześcijańscy uchodźcy z Chin, którzy uciekli z kraju podczas powstania tajpingów. Jeden grób należy do samobójcy, pracownika sądu.

Pierwszą osobę pochowano w 1787 r., a ostatnią w 1892 r., a przynajmniej tak się uważa.

Około 33% zidentyfikowanych zmarłych miało mniej niż 30 lat w chwili śmierci, co pokazuje jak duża była zachorowalność na wszelkie choroby, takie jak malaria, cholera, dyzenteria, czy też żółtaczka.

Thean Hou Keong (The Hainan Temple/Temple of the Heavenly Queen).

Ostatnią świątynią, jaką odwiedzamy w George Town jest Thean Hou Keong, poświęcona patronce żeglarzy – Ma Chor Po, zwanej również Mazu.

Obecny budynek świątyni powstał w 1895 r., w stylu typowym dla Hainanu (ja osobiście nie widzę różnic jeśli chodzi o chińskie świątynie; jak dla mnie wszystkie wyglądają bardzo podobnie).

Jak można się dowiedzieć z tablicy informacyjnej, świątynię ozdobiono wykwintnymi kamiennymi rzeźbami wykonanymi w stylu dynastii Sung. Są dziełem chińskiego rzemieślnika zatrudnionego do przebudowy Thean Hou Keong w 1995 r., w związku ze stuleciem świątyni.

Street Art.

Tym, z czego George Town słynie chyba najbardziej, jest Street Art.

Rzeczywiście, przechadzając się uliczkami miasta, co chwilę natykamy się na niezwykłe dzieła sztuki. Niektóre są ogromne i zaskakują ilością detali, inne są mniejsze, ale doskonale wtapiają się w swoje otoczenie, jeszcze inne to po prostu drobne i bardzo proste rysunki. Jest też cała masa dzieł wykonanych z metalowych prętów, które zawierają opisy po angielsku.

Niestety widać, że z czasem murale bardzo niszczeją. Niektóre są już ledwie widoczne, wyblakłe, z innych razem z tynkiem odpadają całe fragmenty. Szkoda, bardzo szkoda.

Restoran Kapitan.

Podczas pobytu w George Town odkryliśmy indyjską restaurację o nazwie Kapitan, którą z całego serca możemy polecić. Znajduje się w Little India, naprzeciw małego meczetu i serwuje znakomitego kurczaka tandoori. Palce lizać!

Dzień nad morzem – Pantai Kerachut (Kerachut Beach).

Jeden dzień pobytu w George Town postanowiliśmy spędzić nad morzem i w tym celu udaliśmy się na zachodnią część wyspy, do Penang National Park. Pojechaliśmy tam autobusem.

W parku do wyboru są szlaki piesze prowadzące w różne miejsca, w tym na plaże, ale niektóre były zamknięte.

My wybraliśmy ten prowadzący na Pantai Kerachut, który według mapy zajmuje ok. 80 minut. Wydaje mi się, że na miejscu byliśmy jednak znacznie szybciej.

Szlak nie był trudny, ale prowadził przez gęsty las. Na końcu trafiliśmy na most prowadzący już bezpośrednio na plażę.

Po lewej stronie zobaczyliśmy potężną połać piachu, częściowo porośniętą trawą. Tabliczka informowała nas, że patrzymy na jezioro – Tasik Meromiktik (Meromictic Lake), aczkolwiek nie było tam ani kropli wody.

Jak chwilę później udało nam się wyczytać z tabliczki informacyjnej, jezioro bywa sporadycznie wypełnione wodą, ale w konkretnych miesiącach: kwiecień – maj i październik – listopad, czyli w okresach pomiędzy monsunami.

Podobno jest to bardzo unikalne jezioro i w Malezji jest takie tylko jedno, a na całym świecie 19. Na jego wyjątkowość wpływa fakt, że woda w nim dzieli się na dwie warstwy: wodę morską i słodką, które się ze sobą nie mieszają.

Sama plaża okazała się przyjemnym miejscem i bardzo zacisznym, gdyż oprócz nas było tam zaledwie kilka osób. Pływać jednak nie poszliśmy, gdyż czerwona tablica informowała o zakazie kąpieli ze względu na wysokie fale (nie zaobserwowaliśmy), stromy spadek dna morskiego i jadowite meduzy. Podane statystyki były na rok 2014, ale według nich, na plaży zginęły wtedy trzy osoby (dwie utonęły).

Na plaży znajduje się również Hatchery Centre, ośrodek poświęcony żółwiom.

Jak się dowiadujemy, samica żółwia pojawia się na plaży ok. północy i składa od 60 do 150 jaj, co zajmuje jej ok. 3 godziny. Wszystkie jaja są natychmiast zabierane do ośrodka, aby uniknąć ich zniszczenia. Małe żółwie wykluwają się po ok. 60 dniach, zazwyczaj w nocy.

Wracając, na samym końcu szlaku, natknęliśmy się na sporą grupę małp i dość długo się im przyglądaliśmy. Jak to małpy, były bardzo absorbujące.

Na zakończenie.

George Town to jedno z tych miejsc, na myśl o których ogarnia mnie niesamowita nostalgia. Malezja to mój ulubiony kraj w Azji Południowo – Wschodniej, a George Town to jej klejnot. Miasto jest przepiękne i panuje w nim naprawdę świetna atmosfera. Natomiast wieczorne spacery pozwalają odkrywać je zupełnie na nowo, gdyż wszystko wygląda wtedy inaczej.

Z ogromną radością wróciłabym w to miejsce, tak jak i w wiele innych na kontynencie. Azja, pomimo tych wszystkich trudności, jakie spotykają tam turystów, zwłaszcza zachodnich, ma w sobie coś, czym nieustannie ich przyciąga. Tak jak przyciągnęła nas.

Po tych blisko pięciu latach spędzonych w Azji, czuję się bardzo silnie związana z tymi wszystkimi krajami, miejscami, a także ludźmi i wciąż myślę o powrocie.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*