Fascynująca Metro Manila.

Jak już wcześniej wspominałam, przed wyjazdem na Filipiny, bałam się Manili. To, co słyszy się w mediach, albo z opowieści innych ludzi, raczej nie zachęca do wizyty w tym mieście. Dlatego też, od samego początku planowaliśmy, że od razu po wylądowaniu, udamy się na dworzec autobusowy i ruszymy w górskie, spokojniejsze i bezpieczniejsze rejony kraju.

Niby wszystko poszło zgodnie z planem, ale te kilka pierwszych godzin w Manili, odbiło trwałe piętno w mojej głowie i chyba już nigdy nie zapomnę jak się wtedy czułam. Nigdy wcześniej nie przeżyłam pierwszego dnia w danym kraju aż tak intensywnie. Nigdy wcześniej nie zobaczyłam naraz tak wielu szokujących rzeczy, nie czułam się tak osaczona, nie wyróżniałam się tak bardzo. Było to jedno wielkie pasmo zdziwienia, zmęczenia, przerażenia i chęci ucieczki. I chociaż teraz traktuję te przeżycia jako przygodę, a kilka dni spędzonych w mieście pod koniec naszego pobytu, było naprawdę wspaniałych, to Manila zawsze będzie mi się jawić jako wielki, niebezpieczny, azjatycki moloch. Interesujący, zadziwiająco fascynujący, ale zarazem przerażający.

W Manili strach naprawdę ma wielkie oczy.

Lądujemy na Filipinach i od razu wiemy, że jesteśmy z dala od wielkiego świata. Międzynarodowe lotnisko wygląda jak dworzec kolejowy w małym, zapadłym chińskim mieście. Karty wjazdowe wypełniamy na parapecie.

Niedługo później panowie wbijają nam pieczątki wjazdowe do paszportów i tak oto dowiadujemy się, że nie potrzebujemy wiz. Pytają tylko o lot powrotny i gdzie się wybieramy.

W hali przylotów chcemy jak najszybciej znaleźć centrum informacji turystycznej, aby dowiedzieć się, jak najłatwiej dojechać do Sampaloc, skąd odjeżdżają autobusy do Banaue – naszego pierwszego przystanku na trasie. Szybko dostrzegamy znak, który wskazuje nam drogę i ruszamy w tym kierunku. Idziemy, idziemy, ale informacji nie widać. Pytamy zatem o drogę i okazuje się, że mamy zawrócić. Tak też robimy. Dochodzimy do punktu wyjścia, a tam wciąż nie widać informacji. Znów pytamy i zostajemy skierowani najpierw w stronę przejścia dla lądujących w Manili, a następnie w miejsce, z którego właśnie wróciliśmy. Ta sytuacja powtarza się jeszcze kilkakrotnie i ostatecznie doprowadza nas do bezsilnej irytacji.

Pytamy przecież pracowników lotniska, którzy pewnie i z werwą wskazują nam kierunki, chodzimy tam i z powrotem, ale informacji jak nie było, tak nie ma. Pewności już prawdopodobnie nigdy mieć nie będę, ale wydaje mi się, że jedyne co można znaleźć na tym lotnisku, to punkty zakupu kart sim. Tam jednak żadnych potrzebnych informacji turystycznych nie zdobędziemy.

Zrezygnowani, zaczynamy pytać ludzi jak dojechać do Sampaloc. O dziwo nikt nie wie, albo nie chce wiedzieć. Wszyscy utrzymują, że naszą jedyną opcją jest taksówka. Zaraz też nawija się koleś, który proponuje nas tam zawieźć za P2000. Cena szybko spada, ale my dobrze wiemy, że to naciągacz. Na sytuację nie reagują dwaj pracownicy lotniska, więc już wiemy, że nie mamy co liczyć na jakąkolwiek pomoc.

Autobus.

W końcu trafiamy na młodą dziewczynę, która mówi, że do Sampaloc dojedziemy autobusem tuż spod lotniska. Wskazuje nam drogę, którą idziemy pełni nadziei, ale mijamy kolejne autobusy i okazuje się, że żaden z nich nie jedzie bezpośrednio tam. Chwilę krążymy między pojazdami, aż w końcu jedna ze sprzedawczyń biletów mówi, że jej autobusem dojedziemy do stacji metra, a stamtąd do Sampaloc. Postanawiamy skorzystać z tej opcji, gdyż innej nie widzimy i jesteśmy już bardzo zrezygnowani. Nasz przydługi pobyt na lotnisku okazał się bardzo irytujący, niedorzeczny i mało owocny, więc naprawdę nie marzymy o niczym innym, jak tylko o tym, żeby już się stamtąd wydostać.

Wsiadamy do mocno zaawansowanego wiekiem autobusu i chociaż mnie w pierwszej chwili wydaje się, że są tam jeszcze inni obcokrajowcy, to Kasper wyprowadza mnie z błędu. To sami Filipińczycy. Najwyraźniej nikt inny z podróżnych zza granicy, nie zdecydował się na ten środek transportu.

Jedziemy przez miasto, a za oknem widać biedę, biedę i jeszcze raz biedę. Jest to krajobraz niezmienny, który zaczyna się przy samym lotnisku i trwa do końca naszej trasy, gdzie osiąga punkt kulminacyjny.

Jest wszystko to, co widać na azjatyckich filmach i w wiadomościach. Jeden wielki slums, niesamowity tłok, pęd ludzi, brak oznak jakiegokolwiek porządku czy organizacji. A najgorsze jest to, że nie ma nawet skrawka wolnej przestrzeni, w którym można byłoby przystanąć i odetchnąć. My nie wiemy gdzie iść, więc mam wrażenie, jakby miasto przepływało wokół nas, a my bylibyśmy uwięzieni w jakiejś pętli i nie mogli się wydostać. Przeraża mnie to bardzo i wydaje mi się, że jesteśmy zupełnie bezsilni. Mija zresztą sporo czasu zanim udaje nam się zorientować w sytuacji. Z pomocą przychodzą przypadkowi ludzie, a zwłaszcza dwie kobiety, które same się nami zainteresowały. Jedna z nich zapisuje nam na kartce krok po kroku co mamy zrobić. Pierwszym etapem jest podróż metrem (tzn. czymś, co trochę przypomina metro), która otwiera mi oczy i uświadamia, jak mało jeszcze w życiu widziałam. Tyle narzekałam na chińskie metro i to, jak Chińczycy się w nim zachowują, a teraz znalezienie się w nim, byłoby jak spełnienie marzeń. To co mam przed oczami, przekracza bowiem wszelkie moje wcześniejsze wyobrażenia.

Pociąg.

Stoimy na platformie, która jest brudna i obskurna oraz bardzo zatłoczona. Ludzi z każdą chwilą przybywa coraz więcej, a na pociąg trzeba długo czekać. Po chwili jest już tak tłoczno, że aż niebezpiecznie, a tu oczywiście nie ma mowy o panelach bezpieczeństwa. Pociąg w końcu nadjeżdża, a w stronę drzwi rusza jedna wielka masa ludzka. My jesteśmy jej częścią, gdyż powstała wokół nas i nie do końca świadomi, zostaliśmy przez nią wchłonięci. Nie mamy żadnej kontroli ani nad sytuacją, ani nad tym co się z nami dzieje. Wagon pęka w szwach, a ja jestem przekonana, że nie uda mi się do niego wsiąść. Tak zresztą prawdopodobnie by się stało, gdyby z pomocą po raz kolejny nie przyszli obcy ludzie. Jakiś mężczyzna widzi mnie i moją zapewne wyjątkowo żałosną minę i robi dla mnie miejsce. Tylko dzięki niemu Kasper i ja nie zostaliśmy rozdzieleni na stacji w Manili.

W pociągu nasza sytuacja nie ulega jednak znaczącej poprawie. To, że nie ma miejsc siedzących jest oczywistością, ale tutaj właściwie nie ma też miejsc stojących. Ścisk jest po prostu niesamowity, wręcz niewyobrażalny! Ktoś opiera się o mnie całym swoim ciałem! Próbuję się odsuwać, ale nic to nie daje, zresztą nie bardzo mam gdzie. Po chwili zauważam, że ten człowiek robi to prawdopodobnie dlatego, że nie ma się czego złapać. Zdaje się też być zupełnie niewzruszony, jakby należało to do codzienności. W jego przypadku być może tak jest, ale w moim nie, więc czuję się bardzo niekomfortowo.

Wiem, że moje oczy są większe niż kiedykolwiek wcześniej, jednak nie jestem w stanie tego zmienić. Kasper cały czas mi powtarza, żebym nie wyglądała na taką przerażoną, ale jest to silniejsze ode mnie.

Z wielkim trudem udaje nam się wysiąść na właściwej stacji. To jednak jeszcze nie koniec podróży. Wciąż czeka nas spory kawałek i znów trzeba pytać o drogę.

Po chwili okazuje się, że musimy przejść przez sam środek bazaru, który jest wyjątkowo wąski, a przelewają się przez niego tłumy pieszych i motocyklistów. Jest to nieprzyjemne samo w sobie, a w dodatku od razu zostajemy zauważeni przez małe, żebrzące dzieci. Nie mamy zamiaru niczego im dawać, ale one długo nie odpuszczają.

Bazar zdaje się nie mieć końca, ale ostatecznie docieramy do celu, którym okazuje się kościół. Aby przedostać się na właściwą ulicę, musimy przez niego przejść! W środku odbywa się nabożeństwo, niektórzy siedzą w ławkach, a z tyłu trwa niekończący się tranzyt! Ludzie tak po prostu sobie chodzą, a to w jedną, a to w drugą stronę.

Dla nas jest to kolejne zadziwiające zjawisko, które przychodzi nam tego dnia zaobserwować.

Jeep.

Po drugiej stronie kościoła, znów musimy pytać o drogę, gdyż wcale nie jesteśmy jeszcze na miejscu. Tak naprawdę czeka nas spacer, gdzieś na pograniczu ulicy i czegoś co mogłoby być chodnikiem, ale raczej nim nie jest oraz kluczenie po małych, biednych uliczkach.

W końcu, z pomocą wielu osób, udaje nam się zlokalizować jeepa, którym mamy pokonać kolejny etap podróży.

Wsiadamy do niego, gdy jest już pełny, ale jakimś cudem znajduje się miejsce i dla nas i dla naszych bagaży.

Są okna, ale aby przez nie wyglądać muszę się pochylać. Jestem na to zbyt zmęczona, więc sobie odpuszczam, jednak w pewnym momencie dostrzegam, że na ulicy dzieje się coś dziwnego. Mianowicie, podąża nią mała procesja z platformą, na której znajduje się wielki krzyż i trzymający go mężczyzna. Wydaje mi się to takie filipińskie!

Gdy docieramy do ostatniego przystanku, okazuje się, że jesteśmy na jednej z wielu małych uliczek i bynajmniej nic nie wskazuje na to, że gdzieś w pobliżu może być dworzec. Postanawiam zapytać o drogę młodą parę, która z nami jechała i niestety okazuje się, że wcale nie mieliśmy dojechać do ostatniego przystanku, a wysiąść po drodze.

Oznacza to, że znów musimy wsiąść w jeepa i przeżyć tą fascynującą przejażdżkę jeszcze raz. Na szczęście tym razem, kierowca wie gdzie nas wysadzić (dzięki młodej parze), więc o nic nie musimy się martwić.

Niedługo później docieramy na miejsce i na szczęście od tego momentu jest już trochę lepiej.

Dworzec.

Pomimo obaw, udaje nam się bezproblemowo kupić bilety do Banaue. Zostało tylko kilka godzin do odjazdu, ale miejsc w autobusie jest naprawdę dużo. Możemy też zostawić bagaż, co nie wydaje nam się najlepszym pomysłem, ale i tak się decydujemy. Zmęczenie wygrywa.

Nasze torby leżą wprost na ziemi, a pilnuje ich jakiś koleś za biurkiem. Wygląda to tak, jakby za chwilę mogły zniknąć w niewyjaśnionych okolicznościach, ale tak się nie dzieje. Gdy później przychodzimy je odebrać, wciąż są na miejscu.

Robimy sobie mały spacer po okolicy, ale raczej nie jest to najbezpieczniejsze miejsce, więc zbyt daleko się nie zapuszczamy. Jemy też pierwszy posiłek na Filipinach.

Natomiast resztę czasu, spędzamy w poczekalni dworca. Jesteśmy naprawdę zmęczeni, więc w sumie nie pozostaje nam nic innego, a jest to dobry punkt obserwacyjny. Wokół przewijają się najróżniejsi ludzie i naprawdę jest na co patrzeć.

Naszą uwagę pochłaniają głównie dzieci, które wcale nie powinny tam być. Są brudne, bose, niegrzeczne i domagają się pieniędzy. W dodatku nie ma z nimi żadnych dorosłych. Siedzą na tym dworcu godzinami, więc naprawdę nie wiem, jak rodzice się o nich nie martwią. Na pewno nie jest to miasto, w którym dzieci powinny sobie tak biegać w samopas. No ale cóż, to tylko jedna z wielu różnic kulturowych pomiędzy Europą a Azją.

10 dni później.

Nasz powrót do stolicy pod koniec pobytu na Filipinach, był niemal równie burzliwy i chaotyczny jak przyjazd, ale później było już tylko lepiej.

Trafiliśmy do bardzo fajnego hostelu Wanderers Guest House, który jest przyczółkiem backpakersów i zastaliśmy tam bardzo przyjazną atmosferę. Nasz pokój był miniaturowy i z oknem jedynie na korytarz, ale za to dwa piętra wyżej mogliśmy się cieszyć zadaszonym tarasem, gdzie serwowano dobre jedzenie i wyjątkowo tanie drinki.

Poza tym, już pierwszego wieczora poznaliśmy Filipińczyka o imieniu Frederick, który obecnie posługuje się niemieckim paszportem i który pracuje przy organizacji konkursów piękności. Do Manili przyjechał w towarzystwie Miss Germany z okazji wyborów Miss Universe. Niemal od razu zaproponował nam, abyśmy następnego dnia towarzyszyli mu podczas wywiadu w lokalnej rozgłośni radiowej, na co oczywiście ochoczo przystaliśmy.

Nie ma to jak spontaniczne zwroty akcji. W podróży naprawdę nigdy nie wiadomo, co przyniesie następny dzień i jak dla mnie jest to jedna z największych zalet bycia w drodze.

Miss Manila.

Zgodnie z planem, rano udaliśmy się do rozgłośni radiowej, gdzie poznaliśmy kilka bardzo ciekawych osób, a wśród nich byłą Miss Manila, Dianę Soto Dayao, która właśnie wydała swoją pierwszą płytę.

To ona zaprosiła Fredericka na ten wywiad i przeprowadziła go wspólnie z pewnym miłym panem. My natomiast, cały czas siedzieliśmy po drugiej stronie stołu i wszystkiego słuchaliśmy, a pod koniec nawet o nas wspomniano, chociaż nie mieliśmy najmniejszego związku z tematem.

Dostaliśmy też propozycję wywiadu na temat naszej pracy w Chinach, gdyż córka innego zapoznanego w rozgłośni pana prowadzi audycje o edukacji na świecie, ale niestety musieliśmy odmówić ze względu na zbliżający się termin naszego powrotu do Państwa Środka.

Tak czy inaczej, było to ciekawe doświadczenie i poznaliśmy kilka naprawdę interesujących i wyjątkowo przyjaznych osób. Z całą pewnością był to dzień inny niż wszystkie.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*