Nasze początki w Chinach.

Witamy na naszym blogu. Jesteśmy dwójką Polaków na emigracji w ……… Chinach. Jeszcze do niedawna pracowaliśmy w jednej z krakowskich korporacji. Pewnego pięknego dnia, gdy beztrosko rozkoszowałam się urokami L4, dotarła do mnie informacja (tak zwana potwierdzona plota), że nasza firma podpisała kontrakt z Chinami i istnieje możliwość wyjechania tam do pracy jako nauczyciel angielskiego. Nie zastanawiałam się ani chwili i czym prędzej rozpoczęłam proces rekrutacji. Kasper zdecydował się niedługo później.

Naszą motywacją było to, że chcieliśmy spędzić trochę czasu za granicą, poznać inną kulturę i obyczaje, nauczyć się języka, a także zwiedzić kilka sąsiednich krajów, wykorzystując Chiny jako bazę wypadową w inne rejony Azji.

W Szanghaju wylądowaliśmy 10 kwietnia, czyli z prawie miesięcznym opóźnieniem, które było spowodowane przede wszystkim, aczkolwiek nie tylko, problemami wizowymi. Mówiąc krótko, w Polsce nie udało nam się zdobyć odpowiednich wiz, nawet po wizycie w konsulacie w Warszawie i po bezpośredniej rozmowie z konsulem. Musieliśmy wysłać paszporty do Anglii i dopiero agencja polecona przez firmę, która zrekrutowała nas na ten wyjazd, zdobyła dla nas wizy.

W każdym razie, po wielu perypetiach i zmaganiach z niezliczoną liczbą problemów, które pojawiały się na bieżąco przez prawie cały okres przygotowań do wyjazdu, już prawie tracąc nadzieję, że w ogóle pojedziemy, w końcu otrzymaliśmy do rąk nasze paszporty i jeszcze tego samego dnia kupiliśmy bilety lotnicze. Najtańszą opcją i najbardziej rozsądną były rosyjskie linie lotnicze Aeroflot, którymi z całego serca nie chciałam lecieć i zarzekałam się, że tego nie zrobię. W obliczu naszej sytuacji, kiedy liczył się każdy dzień, a inne linie lotnicze podnosiły ceny z godziny na godzinę, nie miałam jednak innego wyjścia, jak tylko zmienić zdanie. Na szczęście okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam, bo rosyjskie linie lotnicze mają naprawdę dobry serwis i na ten moment nie mogę im niczego zarzucić. Pomijając bardzo nieprzyjemne lądowanie w Moskwie i fakt, że lot z Moskwy do Szanghaju zdawał się trwać wieki (za co jednak nie wypada winić linii lotniczych), nasza podróż minęła w miarę przyjemnie i bezproblemowo.

Na lotnisku w Szanghaju czekał na nas przedstawiciel naszej agencji, Klaus, z którym pojechaliśmy autobusem do Hangzhou, miasta, w którym jak wtedy myśleliśmy, mieliśmy spędzić kolejnych 10 miesięcy. Z przystanku odebrał nas firmowy samochód i zawiózł do hotelu, w którym, zgodnie z kontraktem, mieliśmy spędzić trzy pierwsze noce (na własny koszt).

Niespodzianki.

Następnego dnia rano cała nasza trójka (bo przyleciała z nami jeszcze Kasia, z którą wcześniej pracowaliśmy w tej samej korpo) została zabrana do siedziby firmy, gdzie mieliśmy poznać Hongtao, naszego koordynatora. Dopiero od niego dowiedzieliśmy się jak naprawdę będzie wyglądał nasz pobyt w Chinach i czego ich brytyjski partner “zapomniał” nam powiedzieć. Otóż okazało się, że praca w szkole wcale na nas nie czeka, a firma dopiero będzie jej dla nas szukać. Co więcej, Hangzhou nie miało być naszym miastem docelowym. Mieliśmy tam spędzić jedynie okres przed przydziałem do szkoły, która mogła być w niemal każdym innym mieście Chin. Najgorszą wiadomością było dla nas jednak to, że jak się okazało, szans na to, że Kasper i ja trafimy do tego samego miasta, praktycznie w ogóle nie było. Hongtao powiedział, że słyszał, że chcemy być razem, ale informował brytyjską firmę, że jest to “very unlikely”. Ta wiadomość ścięła nas trochę z nóg, bo my nie tyle chcieliśmy być w Chinach razem, co w ogóle nie braliśmy pod uwagę, że mogłoby być inaczej. Myśleliśmy, że jedziemy do Hangzhou i tam będziemy uczyć dzieci w szkołach. Cała reszta była nam kompletnie nieznana.

Badania lekarskie.

Od poniedziałku zaczęły się nasze przygotowania do pracy w Chinach. Z samego rana Mr. Liu zabrał nas do szpitala, który zajmuje się obcokrajowcami i chyba również Chińczykami udającymi się za granicę. Za cenę 442 yuanów, wykonywany jest szereg badań, które mają stwierdzić, czy dana osoba jest zdolna do pracy. Przechodzi się z pokoju do pokoju, a w każdym z nich wykonywane jest inne badanie. I tak oto zrobiono nam USG, EKG, rentgen, badanie moczu i krwi (łącznie z badaniem na obecność wirusa HIV), badanie wzroku, a także sprawdzono wagę i wzrost. Organizacja jest świetna, bo całej naszej trójce zajęło to jakąś godzinę, a w dodatku wyniki były do odebrania bodajże następnego dnia. Dziwił jedynie fakt, że krew pobrano nam przez okienko, a nie jak to bywa w Polsce, w specjalnym pokoju. Do okienka była kolejka, każdy podchodził, siadał na taboreciku, a pielęgniarka pobierała krew. Dostawało się też pojemniczek, z którym szło się do pobliskiej toalety, a później, już z napełnionym, podchodziło do kolejnego okienka.

Po badaniach mieliśmy jeszcze jeden punkt programu, a mianowicie wizytę w banku SPD, gdzie zostały nam założone chińskie konta bankowe i dostaliśmy karty do bankomatu.

Tego samego dnia czekała nas też przeprowadzka do firmowego mieszkania. Mówiono nam, żebyśmy nie spodziewali się zbyt wiele, ale to co zobaczyliśmy na miejscu i tak przeszło nasze wszelkie oczekiwania.

Firmowe mieszkanie.

Mieszkanie znajduje się niedaleko firmy, ok. 15 minut spacerem. Jest to raczej biedniejsze osiedle, wybudowane zapewne wiele, wiele lat temu. Plusem jest duża ilość drzew, które zacieniają alejkę i małe boisko, na którym codziennie wieczorem odbywa się lekcja tańca dla starszych osób. Bloki są niewysokie, a mieszkania raczej małe. W naszym były trzy pokoje. Gdy tam dotarliśmy, jeden był już zajęty przez Ukraińców: Maxa i Maryne, którzy byli w Chinach od 6 tygodni i dalej nie mieli pracy w szkole. Zamiast tego chodzili codziennie do biura, siedzieli przy komputerach i “pracowali”, a oprócz tego mieli lekcje z Mr. Rossem, Australijczykiem w mocno podeszłym wieku, który miał ich przygotować do pracy nauczycielskiej.

Wracając jednak do tematu, pokój, który przypadł Kasprowi i mnie, miał ogromne łóżko przykryte kocem, który kiedyś był biały, a teraz miał na sobie plamy we wszystkich kolorach tęczy. Brzydziłam się go dotknąć, ale trzeba było go zdjąć i schować do szafy, żeby więcej już na niego nie patrzeć. Na kredensie stał stary telewizor, który nie działał, a obok niego rozwalające się pudło z brudną pościelą w środku. Natomiast na ścianach była poplamiona i częściowo już poodklejana tapeta.

Kaśki pokój był na pewno większy, ale czy lepszy, to już trudno powiedzieć. Później dowiedzieliśmy się, że wcześniej mieszkała w nim Margaret z Anglii, która nie myła się przez dwa tygodnie, bo nie wiedziała jak włączyć ciepłą wodę.

W kuchni była lodówka, której otwarcie groziło poważnym przyduszeniem, stary i brudny zlew, którego na tym etapie pewnie nie dałoby się już domyć, zaśmiecony stół i jakieś stare garnki.

Łazienka przeraziła nas jednak najbardziej. Przede wszystkim, była niesprzątana od zapewne niepamiętnych czasów, a poza tym, było w niej bardzo mało miejsca. Kibel był normalny, ale prysznic już nie. Nie było czegoś takiego jak kabina czy zasłona, a jedynie bateria i odpływ w podłodze. Biorąc prysznic można było niechcący zalać całą łazienkę. Umywalka i mała półka pod lustrem też oczywiście były niesamowicie brudne, a w kącie, z niewiadomego powodu, stał wielki, czerwony termos z rurą w środku. W miarę nowe były tylko lampy, które nie tyle dawały światło, co ciepło i grzały tak mocno, że podczas prysznica wydawało mi się, że jestem w solarium albo na plaży. Przydało się to zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy musiałam wziąć prysznic w zimnej wodzie, bo nie znałam jeszcze procedury uruchamiania ciepłej. Otóż żeby mieć ciepłą wodę w łazience, trzeba było udać się do kuchni, przekręcić dwie rączki przy piecyku, odkręcić wodę, żeby bezsensownie lała się do zlewu, w między czasie przekręcić jedną lub dwie rączki przy prysznicu, a następnie poczekać aż w łazience zacznie lecieć ciepła woda. Trwało to kilka minut, po czym woda robiła się naprawdę gorąca i trudno było ją przykręcić. Do wyboru była więc albo zimna albo naprawdę gorąca woda. W mieszkaniu było nas pięcioro, wszyscy codziennie się kąpaliśmy, więc zajmowało to co najmniej godzinę, a w tym czasie cały czas musiała się też lać woda w kuchni, przy czym jej strumień był dużo silniejszy niż ten w łazience. Co więcej, przez kilka pierwszych dni, za każdym razem gdy chciałam wziąć prysznic, musiałam prosić Maxa o pomoc przy uruchamianiu całego systemu, bo nie ogarnęłam instruktażu, którego udzielił nam za pierwszym razem.

Rozmowy o pracę.

W środę 15 kwietnia, mieliśmy nasze pierwsze rozmowy o pracę. W tym celu pojechaliśmy do Ningbo, miasta oddalonego od Hangzhou o ok. 140 km.

Razem z nami pojechał Rock oraz jakiś inny koleś z firmy, który nie zna angielskiego no i kierowca.

Oczywiście o tym, że jedziemy na rozmowy dowiedzieliśmy się na chwilę przed wyjazdem, bo nikt nie raczył o tym wspomnieć. Wiedzieliśmy wcześniej, że mamy zaplanowany wyjazd do Ningbo, ale mówiono, że będzie to wycieczka, na której odwiedzimy szkołę, zobaczymy jak uczą inni nauczyciele i zjemy lunch. O żadnych rozmowach nikt nic nie wspomniał.

W każdym razie, pierwszą szkołą, którą odwiedziliśmy był college. Młoda kobieta zabrała nas do pokoju, gdzie usiedliśmy przy dużym stole. Następnie Chińczycy, praktycznie nie zwracając na nas uwagi, zaczęli rozprawiać po chińsku, zapewne na nasz temat, a my siedzieliśmy i się na nich patrzyliśmy. Może nie byłoby to aż takie dziwne, gdyby nie to, że trwało to naprawdę długo, a my myśleliśmy, że po to jedziemy na rozmowę o pracę, żeby to z nami ktoś rozmawiał. W końcu jednak się doczekaliśmy. Zostaliśmy poproszeni o opowiedzenie o sobie, swoim wykształceniu i doświadczeniu w nauczaniu. Kilka minut na osobę i było po wszystkim. Następnie udaliśmy się na stołówkę, gdzie zjedliśmy lunch, a na koniec oprowadzono nas po kampusie.

Druga szkoła mieściła się w nowych i zbudowanych na amerykański styl budynkach. Jeden przypominał Capitol. Nie bardzo przypadło nam to miejsce do gustu. Wydawało się mało chińskie i zbyt “fancy”. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że nie chcielibyśmy tam uczyć. Dodatkowo zniechęciło nas to, że na rozmowę z dyrektorem, czy też jego zastępcą, musieliśmy czekać ponad godzinę. Gdy wreszcie się pojawił, okazało się, że nie mówi po angielsku i ostatecznie rozmawialiśmy z kolesiem, który jest szefem departamentu nauczycieli angielskiego lub kimś takim. Mówił bardzo dobrze po angielsku i bez typowego dla Chińczyków akcentu. Zadał nam kilka pytań, a od siebie powiedział, że potrzebują kogoś najszybciej jak to możliwe i że nie zapewniają żadnych materiałów na lekcje, wiec trzeba je przygotowywać samemu.

Trzecia szkoła znajdowała się blisko centrum (bo dwie poprzednie raczej na obrzeżach) i bardzo nam się spodobała. Wyglądała tak, jak wyobrażaliśmy sobie, że powinna wyglądać chińska szkoła.

Koleś, z którym się spotkaliśmy prawie wcale nie mówił po angielsku i w sumie nie stwarzał pozorów, że w ogóle chce z nami rozmawiać. Był raczej zajęty rozwiązywaniem problemów jakie miał z innymi zagranicznymi nauczycielami. Prawdopodobnie chodziło o wizy. My natomiast, w związku z tym, że nikt się nami nie interesował, posiedzieliśmy w ciszy przysłuchując się rozmowie, z której nie zrozumieliśmy ani jednego słowa, wypiliśmy trzecią już tego dnia herbatkę, a później, już na zewnątrz, zaczekaliśmy aż wszystkie interesy zostaną dobite i ruszymy w drogę powrotną do Hangzhou.

Następnego dnia, też nic wcześniej nam nie mówiąc, zabrano nas do przedszkola w Hangzhou, gdzie mieliśmy kolejną rozmowę, a co gorsza, każde z nas musiało poprowadzić 10 – minutową lekcję. Dostaliśmy kartki z obrazkami, które mogliśmy wykorzystać i poszliśmy na żywioł. Bez żadnego przygotowania i absolutnie żadnego doświadczenia w pracy z tak małymi dziećmi, nie pozostawało nam nic innego jak pokazywać obrazki (ja miałam ze zwierzętami) i powtarzać ich nazwy. Sukcesem mojej lekcji na pewno nie nazwę.

W sobotę 18 kwietnia też musieliśmy się stawić w firmie. Tym razem mieliśmy rozmowę telefoniczną ze szkołą w Suzhou. Wyglądało to tak, że każde z nas wchodziło po kolei do biura Hongtao i rozmawiało z dwoma kobietami. Dodatkowo był włączony Skype, tak że widzieliśmy się nawzajem. Nie wiem czy one nas słyszały, ale my je bardzo słabo, bo miały włączony tryb głośnomówiący, a w dodatku były gdzieś na konferencji, a nie w biurze. Zadawały bardzo dużo pytań, np. jak sobie poradzę, jeśli będę musiała przepracować materiał z dwóch książek, albo dostanę klasę gdzie jest 40 – 50 uczniów. Zdawały się też nie wiedzieć, że ja nie mam doświadczenia w klasie. Masakra. Po rozmowie byłam przekonana, że tej pracy na pewno nie dostanę.

Tego dnia okazało się jednak, że jedna ze szkół w Ningbo zainteresowała się mną i Kasprem. Chcieli zatrudnić jedno z nas. Ucieszyliśmy się, że spodobaliśmy się podczas rozmowy, ale fakt, że chcieli tylko jedno z nas i to najlepiej od poniedziałku, już nas nie satysfakcjonował.

W środę 22 kwietnia, mocno już zniecierpliwiony Hongtao, oświadczył nam, że jeśli nie zdecydujemy, które z nas jedzie do Ningbo, to będzie to ‘breach of contract’. Broniliśmy się tym, że Max i Maryna mówili nam, że dla jednego z nich też była praca, ale nie chcieli się rozdzielać i odmówili, ale usłyszeliśmy tylko tyle, że to nie prawda i żadna szkoła tak naprawdę nie chciała naszych znajomych Ukraińców. Hongtao próbował nas pocieszyć tym, że to tylko dwa miesiące i powiedział, że może zagwarantować, że od września będzie praca dla drugiego z nas w Ningbo, ale średnio to do nas przemawiało. Wyboru jednak nie mieliśmy, więc zdecydowaliśmy, że to ja pojadę do Ningbo, a Kasper zostanie w Hangzhou. Dla Kaśki też znalazła się szkoła, w Nanchang, gdzie miała zastąpić Kubę, Polaka, który pracował tam od kilku miesięcy, ale został zwolniony za zbyt częste wizyty w klubach.

Jeszcze tego samego dnia wszyscy troje i nowo przybyły Ukrainiec mieliśmy “Orientation” z Rockiem i Mr. Rossem. Opowiadali nam o pracy w Chinach i szczegółach kontraktu. Brzmiało to trochę tak, jak gdyby ten kontrakt został napisany z myślą o nas i po to by nas chronić. Gdybyśmy nie doświadczyli tego, jak w praktyce funkcjonuje ta firma, to pewnie we wszystko byśmy uwierzyli. W każdym razie, profesjonalizmu na pewno nie dodawał im fakt, że zatrudniają Mr. Rossa, który już od naprawdę dawna powinien być na emeryturze, bo albo niedosłyszy, albo ma problem z pamięcią krótkotrwałą, gdyż pomimo tego, że powiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Polski, to cały czas wydawało mu się, że jednak z Ukrainy, a poza tym, nieustannie chodzi w obsikanych spodniach (mocno obsikanych i codziennie tych samych).

Chiński dworzec.

Następnego dnia rano, po Kaśkę i mnie przyjechał firmowy samochód, żeby zabrać nas na dworzec kolejowy. Była to dla nas pierwsza okazja żeby zobaczyć dworzec w Chinach i muszę przyznać, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Po pierwsze, wygląda jak lotnisko i jest większy niż niejedno lotnisko! Po drugie, trzeba przejść przez kontrolę bagażu! Po trzecie, do pociągów są bramki przed którymi trzeba się ustawić na 15 minut przed odjazdem pociągu. Gdy bramki się otwierają, schodzi się na peron. Na posadzce są numery, które odpowiadają numerom wagonów, które zatrzymują się dokładnie w danym miejscu. Każdy ma na bilecie numer wagonu, więc wie gdzie się ustawić. Dzięki temu wszyscy nie pchają się do tego samego wejścia i nie biegają później między wagonami. Pociąg przyjeżdża punktualnie, wszyscy wsiadają i po kilku minutach pojazd jest gotowy do odjazdu. Wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane, zaskakująco dobrze! Byłam w szoku, bo dworzec okazał się pierwszym miejscem w Chinach, które zasługiwało na pochwałę za świetną organizację. Aż nie mogłam w to uwierzyć!

Co do pociągu, to był oczywiście bardzo szybki, momentami jechał ponad 300 km/h. Do Ningbo, które jest oddalone od Hangzhou o ok. 140 km, dojechaliśmy w ok. 50 minut. Pociąg był też czysty, a w przejściach między wagonami miał łazienki, dostęp do wrzątku i specjalne półki na duże bagaże.

3 Comments Posted

  1. Very interesting, great photos. Looking forward to reading more :-).
    Bardzo interesujące, zdjęcia świetne. Czekamy na ciąg dalszy opowieści. Piszcie :-).

Comments are closed.