Dziwne zwyczaje kulinarne Chińczyków.

Pisać o kuchni chińskiej to trochę tak, jak pisać o jedzeniu w ogóle. Nie wiem czy jest drugie takie miejsce na świecie, gdzie mamy do czynienia z aż tak ogromną różnorodnością, mnogością wyboru i powszechnym dostępem do najdziwniejszych składników.

Za mną już blisko dwa lata spędzone w tym kraju, a chińska kuchnia nie przestaje mnie zaskakiwać. Co rusz natrafiam na nowe dania, dowiaduję się o jeszcze dziwniejszych potrawach i zwyczajach i poznaję smaki, o jakich mi się nie śniło.

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć trochę o tym, co w kuchni tego kraju zadziwia mnie najbardziej, do jakich zwyczajów już się przyzwyczaiłam i przyjęłam je jak swoje i kilku potrawach, których nie zapomnę do końca życia.

Pragnę również zaznaczyć, że posiliłam się o przeprowadzenie małej ankiety wśród koleżanek z pracy. Nie są to oczywiście żadne wyszukane badania i nie można traktować ich zbyt poważnie, ale wesprę się ich wynikami w kilku miejscach poniżej, gdyż zgodność w przypadku niektórych kwestii jest naprawdę niesamowita.

Chińczycy jedzą wszystko!

Nigdy nie zapomnę wypowiedzi pewnej Chinki, która podczas wystawnego obiadu z okazji Dnia Kobiet, uraczyła nas takim oto powiedzonkiem: „Chińczycy jedzą wszystko co pływa, ale nie jest łodzią, wszystko co lata, ale nie jest samolotem i wszystko co chodzi, ale nie jest człowiekiem”. Myślę, że to zdanie znakomicie obrazuje upodobania kulinarne w Chinach. Naprawdę nie ma takiej rzeczy, na którą ci ludzie by się nie pokusili.

Nie ma wątpliwości, że każde zabite zwierzę zostanie doszczętnie zjedzone, bo je się zarówno mięso jak i wszelkie podroby, a także skórę, tłuszcz, szyjki, raciczki, głowy, pyszczki, łapki, krew, szpik, a w przypadku małych ryb nawet łuski i ości! Na targach widzieliśmy nie tylko niezliczone gatunki ptaków, najróżniejszych owoców morza, ale także takie okazy jak aligatory i jeżozwierze (widok odciętej głowy aligatora przypuszczalnie pozostanie ze mną już do końca życia). Co gorsza, jak mieliśmy okazję się przekonać, w Chinach je się również gatunki zagrożone, w tym chociażby salamandry olbrzymie.

Aby było sprawiedliwie, muszę jednak dodać, że nie wszyscy Chińczycy jedzą wszystko i wiele z tych najdziwniejszych przysmaków je się okazyjnie, a nie na porządku dziennym.

Na pewno każdy słyszał, że w Chinach je się psy, co jest prawdą, ale nie jest to powszechna praktyka. Z tego co wiem, ten zwyczaj jest bardziej popularny na zachodzie kraju, a nie tu gdzie ja mieszkam, czyli na wschodzie. Ja osobiście nigdy nie widziałam psa w restauracyjnym menu, a wielu z moich znajomych zarzeka się, że psiego mięsa nigdy by nie tknęło.

Z drugiej jednak strony, Chińczyków ciężko upchnąć w jakiekolwiek ramy i w tym miejscu muszę przytoczyć wypowiedź jednej z nauczycielek z mojej poprzedniej szkoły. Zaznaczam, że jest to zapis w 100 % oryginalny: „In China u can catch dogs and cats and sell them for money. Some of them r cooked. So poor of them.”

Chińczycy jedzą dużo.

To fakt niezaprzeczalny. Chińczycy pochłaniają ogromne ilości jedzenia, czego byliśmy świadkami wielokrotnie. Lubią też zamówić więcej niż mogą zjeść i dlatego często widzimy jak ze stolików w restauracjach sprzątane są prawie nietknięte dania. Trochę to smutne, zwłaszcza, że wiele osób utrzymuje, że w tym kraju bardzo ważne jest, aby nie marnować jedzenia. My jakoś tego nie widzimy.

Natomiast to, co widzimy bardzo często, to wielkie uczty, czy to rodzinne, czy to służbowe. Chińczycy lubią chodzić do restauracji i chętnie oddają się tej przyjemności. W niektórych przybytkach czasami ciężko jest znaleźć wolny stolik, zwłaszcza w dużych centrach handlowych.

Chińczycy lubią mięso.

Lubią to mało powiedziane. Oni kochają mięso.

Życie wegetarianina w tym kraju jest ciężkie. Życie weganina w niektórych miejscach mogłoby być niemożliwe. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Zamówić danie bez mięsa oczywiście się da. Do wyboru jest naprawdę wiele opcji. Ale pozostaje jeszcze pytanie, jak te potrawy zostały przygotowane.

Otóż ja bardzo często znajduję w moich warzywach małe kawałki mięsa. Często wydaje mi się również, że dania przygotowywane są na tłuszczu zwierzęcym. O zupach nawet nie wspomnę.

Poza tym, wegetarianie zamawiając w chińskich restauracjach spotykają się z niezrozumieniem ze strony kelnerów. Byłam świadkiem sytuacji, gdy znajoma buddystka chciała wegetariańskie danie, na co obsługa zaproponowała jej kurczaka. Gdy odmówiła, zaproponowano jej rybę. Wszystko trwało w nieskończoność i było bardzo niedorzeczne.

Natomiast pewna Amerykanka, która przybyła do naszej szkoły kilka miesięcy temu jako wegetarianka, wkrótce postanowiła zacząć jeść kurczaka, a niedawno również szynkę. Zmusiła ją do tego sytuacja.

Myślę, że aby mieć całkowitą pewność, że nasze danie jest wegetariańskie, trzeba iść do specjalnej restauracji. Takie oczywiście są, ale głównie w dużych miastach. W tych mniejszych, a o prowincji już nawet nie wspominając, może być naprawdę ciężko. No chyba, że nie przeszkadza nam fakt, że każde zamówienie posiłku będzie prawdziwą przeprawą, pełną niedorzeczności i wzajemnego niezrozumienia.

W tym miejscu posłużę się również moją ankietą. Otóż zapytałam moje młode, chińskie koleżanki, czy kiedykolwiek rozważały przejście na wegetarianizm lub weganizm. Na 12 osób tylko jedna odpowiedziała, że tak. Wcale nie oznacza to jednak, że jest wegetarianką, ona prawdopodobnie tylko o tym myślała. Inne odpowiedzi brzmiały następująco:

– Nie.

– Nie. Nigdy. Kocham mięso.

– Nie. Nigdy. Kocham mięso, poza psem!

– Nie, kocham mięso.

– Tak, myślałam o tym, ale nigdy nie spróbuję.

– Tak. Myślałam o tym. Ale nie mogę sobie wyobrazić, że miałabym nie jeść mięsa.

– Oczywiście, że nie.

– Nie. Lubię mięso. Nawet gdybym chciała schudnąć to i tak będę jadła mięso.

Chińczycy lubią się dzielić.

Do naszych ulubionych chińskich zwyczajów należy dzielenie się posiłkami. Wiele restauracji ma specjalne stoły, z dużymi, obrotowymi płytami. Dania przynoszone są na talerzach i układane na płycie. Później każdy przesuwa płytą aby przenieść na swój talerz to, na co ma ochotę. W ten sposób można zamówić dużo różnych potraw i spróbować wielu rzeczy na raz. Gdy pierwszy raz zabrano nas na taki obiad, byliśmy zachwyceni. Za każdym kolejnym razem zresztą też.

Co więcej, jedzenie w bardziej ekskluzywnych restauracjach bardzo różni się od tego, które można zjeść w małych, lokalnych knajpkach. Osiedlowe przybytki mają zazwyczaj skromne menu, podczas gdy w dużych, ekskluzywnych restauracjach można spróbować prawdziwych rarytasów. Za przykład niech posłuży nasza świąteczna kolacja zorganizowana przez szkołę, w której obecnie uczymy. Na naszym stole pojawił się surowy łosoś na lodzie, ananasy z wydrążonymi środkami, w których było pyszne danie z ryżu, sushi, ciastka z durianem, ogromne i przepyszne krewetki, curry z wołowiną oraz kilka innych rewelacji. Naprawdę ciężko było zdecydować, czego spróbować najpierw.

Chińczycy których nie stać na drogie restauracje też jedzą razem i ze wspólnych talerzy. Bardzo często widzimy jak rozkładają małe stoliki i wspólnie przy nich zasiadają. A widzimy to dlatego, że często robią to w miejscach pracy.

Widzieliśmy zastawiony stół na środku sklepu z pamiątkami, widzieliśmy ludzi przy stoliku na środku alejki w centrum handlowym, a ostatnio widzieliśmy ekipę stojącą za ladą w naszym lokalnym supermarkecie i wcinającą coś ze wspólnego gara (swoją drogę wyglądało to nieziemsko, nigdy wcześniej nie zauważyłam, że mają tam stanowisko do gotowania).

Takie widoki to stały element miejskiego krajobrazu w Chinach. Element, który nie ukrywam, bardzo mi się podoba.

Chińczycy jedzą na ulicy.

W Chinach bardzo popularne są małe, przenośne stanowiska do gotowania. Na ulicach co rusz widzimy przejeżdżające w te i wewte gabloty z wymyślnymi kawałkami mięsa gotowymi do sprzedaży albo z grillami gotowymi do użytku. Ich właściciele przemieszczają się z miejsca w miejsce, rozkładają swoje sprzęty i sprzedają jedzenie wprost na chodniku. Zazwyczaj tworzą się całe skupiska takich osób, oferujących bardzo podobne produkty. Na przykład tuż pod naszym blokiem, praktycznie co wieczór, rozkładają się małe budki, często ze stolikami i rozpoczyna się nocne grillowanie.

Przy dużych skrzyżowaniach, sprzedawcy rozkładają się przy wszystkich czterech stronach ulicy. Bardzo często sprzedają też piwo (w niskiej cenie), więc można sobie urządzić małą imprezkę.

O poranku też wszędzie stoją wózki i ludzie sprzedają jedzenie śniadaniowe. Całe ulice przeistaczają się nagle w jedną, wielką jadłodajnię. Jedni pieką placki w okrągłych piecach, inni serwują baozi (bułeczki na parze), jeszcze inni smażą naleśniki.

Chińczycy jedzą dziwne śniadania.

Skoro jesteśmy przy temacie śniadań, to muszę przyznać, że na początku ciężko było mi się przyzwyczaić do chińskich zwyczajów śniadaniowych. Ja przez większość życia na śniadanie jadłam kanapki, a te są w tym kraju praktycznie niedostępne, a już na pewno nie w takiej formie, jak ja bym sobie tego życzyła. Po pierwsze, jeśli już uda nam się w Chinach kupić coś co przypomina kanapkę, to na pewno będzie ona słodka. Chińczycy lubują się w słodkim chlebie tostowym i jedzą go bez żadnych dodatków. Ja nie znoszę chleba tostowego, który nie jest opieczony. Jest dla mnie po prostu niejadalny. W związku z tym pozostają mi bagietki, które są w miarę ok, ale od polskiego pieczywa wciąż dzielą je miliony lat świetlnych.

Sama bagietka wciąż nie rozwiązuje jednak problemu. Kolejną rzeczą jak dla mnie nie do przeskoczenia, jest słodka wędlina. Słodkie parówki, słodka szynka, słodkie kiełbaski, ble-eh. Oprócz tego, w Chinach ciężko o dobre warzywa. Ja staram się w ogóle nie jeść surowych warzyw gdyż im nie ufam i zawsze mam wrażenie, że prędzej mi zaszkodzą niż pomogą. Jak widzę w jakich warunkach uprawiane są tutaj rośliny i przy jakich drogach się znajdują, to naprawdę odbiera mi to apetyt. Co więcej, one prawie wcale nie mają smaku. Pomidory potrafią być tak bez wyrazu, że równie dobrze mogłoby ich nie być.

A zatem, skoro nie ma co liczyć na porządne kanapki, to co jeść w Chinach na śniadanie?

Otóż jak już wspomniałam, na początku nie było mi łatwo przestawić się na tutejsze zwyczaje. A wszystko to dlatego, że chińskie śniadania bardziej przypominają polskie obiady.

Przede wszystkim, zawsze są na gorąco. Ogólnie to dobrze, bo ciepłe jedzenie doda nam więcej energii z rana, ale ja jakoś nigdy nie mam ochoty na pierogi z mięsem o poranku. Moim wymarzonym daniem o ósmej rano nie jest też rosół z makaronem i warzywami. Ociekające tłuszczem i smażone na głębokim oleju kawałki ciasta? Gorące, podejrzane, rybne kulki? Dziwne tofu? Tłuste naleśniki z kawałkami kurczaka? Żadna z tych rzeczy nie znalazłaby się na moim stole, gdybym miała inny wybór.

Ostatnia rzecz o jakiej chciałabym w tym kontekście wspomnieć, to kawa. O ile napój ten robi się w Chinach coraz bardziej popularny i na przykład w Jinhua kawiarnie są dosłownie na każdym kroku (aczkolwiek zdarza się, że nie ma w nich kawy, co jest klasycznym, chińskim paradoksem), to większość Chińczyków do śniadania wciąż wybiera inne napoje, w tym gorące mleko sojowe z plastikowego woreczka. Dlatego jeśli w naszej okolicy nie ma żadnej zrobionej na zachodni styl kawiarni, to nigdzie indziej kawy nie uświadczymy. Nie będzie jej na żadnym z przydrożnych stoisk, ani w garkuchni, ani w żadnej z małych, lokalnych restauracyjek. Gdy mieszkaliśmy w Suzhou, kawa była dla nas luksusowym towarem, który nabywaliśmy tylko podczas weekendowych wypadów do centrum. W Hangzhou mieliśmy szczęście, bo w naszej okolicy była kawiarenka internetowa, która o dziwo serwowała kawę. Bardzo często musieliśmy długo na nią czekać, gdyż zazwyczaj byliśmy pierwszymi tego dnia klientami zamawiającymi ten napój i najpierw trzeba było uruchomić ekspres, ale była. Teraz, gdy mieszkamy w Jinhua, ten problem na szczęście dla nas nie istnieje. Mamy tu w pobliżu kawiarnię i KFC, które też serwuje kawę. Inna sprawa, że w obu wydaniach daleko jej do ideału.

Chińczycy jedzą dużo ryżu i makaronu.

Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, gdy napiszę, że Chińczycy jedzą dużo ryżu. Jest to dość oczywiste.

Drugim podstawowym składnikiem chińskich potraw, jest natomiast makaron. W wielu restauracjach, zwłaszcza muzułmańskich, wyrabia się go ręcznie i jest naprawdę pyszny.

Gdy zapytałam moje koleżanki co jedzą na lunch i obiad, wszystkie 12 wymieniły ryż przy co najmniej jednym posiłku, a 8 z nich również makaron.

Chińczycy bardzo lubią też pierogi, które serwowane są praktycznie wszędzie i na wiele, różnych sposobów. Moim odkryciem w tym kraju są pierogi z jajkiem i szczypiorkiem. Pycha! Lubię też z warzywami, co w Chinach zazwyczaj oznacza tylko zielone warzywa.

Co ciekawe, Chińczycy lubią maczać pierogi w occie. Ja sama tego zwyczaju jednak nie przejęłam.

Chińczycy jedzą dziwne rzeczy.

O dziwnych, chińskich potrawach można by napisać całą książkę i to pewnie w kilku tomach. Ja, po blisko dwóch latach w tym kraju, wciąż jestem na nowo zaskakiwana.

Jednak aby jeszcze urozmaicić ten temat, postanowiłam zapytać moje chińskie koleżanki, co ich zdaniem jest najdziwniejszą potrawą jaką jedzą ludzie. Zagadnienie podzieliłam na dwa pytania, tak aby dotyczyły dziwnych potraw na świecie i tych w Chinach. Jak się okazało, w wielu przypadkach dziewczyny udzieliły takiej samej odpowiedzi na oba pytania. Natomiast te, które udzieliły różnych odpowiedzi i tak w obu przypadkach wymieniły potrawy, które w Chinach występują, co tylko potwierdza fakt, że tutejsze jedzenie potrafi być naprawdę nietypowe. A oto niektóre z odpowiedzi:

– smażone robaki (wymienione przez pięć osób)

– mózg małpy

– mózg świni

– skorpiony

– organy wewnętrzne

– ślimaki

– psy

– karaluchy

– węże

– kacze głowy

i absolutny hit:

– wiosenny mocz małych chłopców i gotowane w nim jajka z zarodkami w środku.

Te odpowiedzi uświadomiły mi, że jeśli chodzi o jedzenie, to potrafię być bardziej chińska niż moje koleżanki. Okazuje się bowiem, że z powyższych potraw, próbowałam aż czterech pozycji i myślę, że na tym się nie skończy. Na pewno odpuszczę sobie tylko mózg małpy i wiosenny mocz.

A oto chińskie potrawy, które to dla mnie są dziwne, ale odważyłam się ich spróbować:

– kacze szyjki (uwielbiam i jem bardzo często)

– kurze łapki (spróbowałam, ale moim ulubionym przysmakiem nigdy nie będą)

– rozgwiazda

– meduza

– smażone robaki

– świński mózg

– żółw.

Raz zdarzyło mi się też trafić na potrawę, która sama w sobie wcale dziwna nie jest, ale jej podanie okazało się mocno zaskakujące. Mowa o fragmencie głowy świni, z której nikt nie usunął zębów.

Powyższy tekst został napisany w ramach projektu Klubu Polki. Tym razem tematem są dziwne zwyczaje kulinarne w różnych krajach. Zapraszam do lektury również innych artykułów, które można znaleźć pod adresem: http://klubpolek.pl/projekt-dziwne-zwyczaje-kulinarne/

13 Comments Posted

  1. Super artykuł, obrazujący jak diametralnie inną kulturą są Chińczycy. Jestem pod wielkim wrażeniem zarówno treści jak i grafiki. Czytałam przy śniadaniu, przy ostatnich zdjęciach odechciało mi się jeść 😉

  2. Świetnie napisany artykuł, super ilustrujące go zdjęcia. Gratulacje. Doskonały pomysł z przeprowadzeniem małej ankiety wśród chińskich koleżanek.CZy przez te prawie dwa lata zmienił się Wasz stosunek do kuchni polskiej? Czy wg Was jest dużo uboższa ? Czy tęsknicie za polskimi potrawami? Jeśli tak, to jakimi?

  3. Zdecydowanie dużo podobieństw do Wietnamu, tak jak pisałaś 🙂
    Tutaj też się je ze wspólnych misek. I małe stoiska z jedzeniem są wszędzie – ale tylko wcześnie rano i późno wieczorem. W europejskiej porze obiadowej, koło 2 popołudniu niczego się nie uświadczy.

    • Tutaj też najwięcej stoisk jest o poranku i w nocy. W ciągu dnia znaczniej mniej, ale można znaleźć. Zapomniałam o tym wspomnieć we wpisie, ale zachowanie Chińczyków przy stole też zdaje się być podobne do tego w Wietnamie.

  4. Małgosiu, świetny tekst i jak znalazł, właśnie pracuję nad tekstem o chińskiej kuchni.
    Słodkie parówki były jedną z najohydniejszych rzeczy jakie spróbowaliśmy w Chinach. Co prawda spędziliśmy w Państwie Środka tylko trzy miesiące, więc nie mamy takiego przeglądu i wyboru jak Ty, ale nas zaskoczyła ogromnie ilość noodli, które wciągają Chińczycy. Ryż jest oczywisty, ale odnosiliśmy wrażenie, że w zasadzie jedzą takie same ilości noodli. No i zupy. Dla nas wspaniałe, sycące, rozgrzewające, co było szczególnie robiące wysoko w górach.
    Ze śniadaniami rzeczywiście było kiepsko, radziliśmy sobie kupując herbatniki. Przyzwyczailiśmy się również bardzo do wszelkiej maści pierożków, a przede wszystkim bułek z nadzieniem gotowanych na parze (baozie) – pyszności. Na początku bardzo dziwiliśmy się „maczance”, czyli mieszance octu, sosu sojowego i pikantnej świeżej papryki, ale po paru dniach tak się przyzwyczailiśmy, że baozie bez tego dodatku to dla nas nie baozie 😉

    Jedno jest pewne – niesamowita jest różnorodność chińskiej kuchni, a także jakie ilości jedzenie mogą w siebie wepchnąć filigranowi Chińczycy! Pozdrowienia!

  5. All looks so delicious! Apart from the star fish, that’s one I’ll have to take your word on how it tastes. Looking foward to you bringing all of your new culinary expertise back!

  6. Bardzo ciekawy wpis! Mnie kuchnia chińska jakoś nigdy specjalnie nie kręciła, może poza pierożkami 😉 Jakbym dostała na talerzu tę świńską głowę z zębami, to bym chyba zeszła na zawał 😀 A tak w ogóle to nie wiem, jakim cudem umknął mi Twój blog! Do Chin mnie w ogóle nie ciągnie, ale lubię czytać o innych krajach i kulturach, więc zaraz będę tu u Ciebie szperać 🙂

    • Dzieki za mile slowa. Oczywiscie zachecam do czestych odwiedzin. Wlasnie jestesmy na Filipinach, wiec wkrotce pojawia sie tez wpisy z tego pieknego kraju 🙂 Dla mnie Afryka to zupelnie jeszcze nieodkryty kontynent, wiec chetnie zagladne do Ciebie. Pozdrawiam 🙂

1 Trackbacks & Pingbacks

  1. PROJEKT - DZIWNE ZWYCZAJE KULINARNE - Klub Polki na Obczyźnie

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*