Jak dojechać w te pieprzone góry, czyli kolejna dawka lokalnego folkloru i multum chińskich niedorzeczności (w dziesięciu aktach).

Prolog.

Zbliżają się święta, z okazji których mamy aż 6 dni wolnego! Nauczeni doświadczeniem, żadnych dalekich podróży po Chinach nie bierzemy nawet pod uwagę (niewyobrażalne tłumy w drodze i brak biletów kolejowych), a za granicę też nie polecimy. Po pierwsze dlatego, że chwilowo nie mamy paszportów (znów czekamy na wklejki, które są naszą zmorą odkąd mieszkamy w tym kraju), a po drugie dlatego, że w tym okresie wszelkie bilety lotnicze kosztują dużo więcej niż normalnie.

Poza tym, w odwiedziny przyjeżdża do nas koleżanka z Suzhou, w związku z czym, tak naprawdę do dyspozycji mamy tylko dwa dni. Nie chcąc spędzić ich w domu, postanawiam, że wybierzemy się w pobliskie góry.

Jestem szczęśliwą posiadaczką małego przewodnika po Chongqing dla expatów, w którym oglądam zdjęcia cudów natury znajdujących się w naszej okolicy i decyduję, że pojedziemy do Wuling Mountain Rift Valley. Odległość 180 km nie wydaje się zatrważająca, w sam raz na krótki, dwudniowy wypad w góry, aby odpocząć trochę od miasta. Aby uniknąć niespodzianek, proszę chińską koleżankę z pracy o pomoc w ustaleniu dojazdu. Sama nie wiele mogę znaleźć w Internecie, więc uznaję, że komuś ze znajomością chińskiego, na pewno pójdzie łatwiej.

Doris zapisuje mi informacjami trzy karteczki, z których dowiaduję się, że na pociąg nie ma już biletów, ale mogę tam dojechać autobusem ze stacji Longtousi. W domu sama sprawdzam rozkłady autobusów, ale żadnego takiego połączenia nie znajduję. W ogóle nie widzę nic, co jechałoby do Wuling.

Nie jest to jednak moment, w którym poddaję w wątpliwość słuszność tych informacji. Myślę sobie, że Doris pewnie znalazła to na jakiejś chińskiej stronie, a moja wyszukiwarka po prostu nie pokazuje wszystkich tras.

W między czasie sama znajduję jednak połączenie, które wydaje mi się łatwiejsze. Co prawda miejsce docelowe jest zapisane inaczej niż po prostu Wuling, ale na tyle podobnie, żeby się nie martwić. Mój autobus jest też droższy, ale wygląda na turystyczny i mam nadzieję, że zawiezie nas pod samą bramę parku.

Później pokazuję to Doris, która też przyznaje, że mój sposób jest lepszy i powinnam z niego skorzystać, gdyż dojadę prosto do celu.

Ok, sprawa wydaje się rozwiązana.

Na dzień przed wyjazdem jeszcze raz sprawdzam wyszukiwarkę i znajduję dodatkowe połączenie o 8:00 rano. Myślę sobie, że pewnie uruchomili więcej autobusów, gdyż w końcu są święta i spodziewają się większej liczby chętnych na wycieczkę. Wszystko wydaje mi się takie logiczne.

Akt I. Dworcowa bieganina.

W sobotę rano wstajemy o 6:00 i udajemy się na dworzec autobusowy przy północnej stacji kolejowej. Jesteśmy dużo przed czasem, więc spokojnie ustawiamy się w jednej z gigantycznych kolejek. Kas jest w sumie 25, ale pracują bodajże 4. Zastanawiam się dlaczego jest ich tak wiele, skoro nawet w jednym z najbardziej gorączkowych okresów w roku, postanowiono otworzyć jedynie 4. Nie ma to żadnego sensu!

Oprócz tego, zauważam pozostawioną na środku podłogi łopatę i ogromny wór ryżu. W pobliżu jest też białe wiaderko po farbie albo czymś podobnym, które jest bardzo popularne wśród chińskich podróżnych. Stale widzę ludzi używających tego typu wiaderek i jeżdżących z nimi po całym kraju. Jaki może być powód, żeby wozić tego typu rzeczy ze sobą? Zwłaszcza jeśli jedzie się gdzieś na tygodniowe święta?!

………

W końcu jest moja kolej przy okienku, aczkolwiek muszę jeszcze przepuścić małego dziadka, który już od dłuższej chwili próbuje wbić się do kolejki i strasznie się przy tym trzęsie. Uznaję, że tym razem się poświęcę, zwłaszcza że do odjazdu autobusu jest jeszcze sporo czasu.

Gdy faktycznie przychodzi moja kolej, młoda kobieta w okienku, nie znająca po angielsku ani jednego słowa, mówi mi, że „mei you” (nie ma). Jest to chiński zwrot, który słyszę w Państwie Środka najczęściej. Pani pokazuje przy tym ręką w lewo, więc zrezygnowani idziemy we wskazanym kierunku i trafiamy do informacji. Dwie młode panie, również nie znają angielskiego i również mówią, że nie ma. Domyślamy się, że chodzi o autobus, a nie bilety. Pytamy, czy mamy jechać na stację Longtousi, a one pokazują rękami na zewnątrz i mówią „bus”.

Wychodzimy zatem na zewnątrz i na stację Longtousi jedziemy metrem, gdyż to tylko jeden przystanek. Na miejscu idziemy do kasy i tym razem to ja wpycham się do kolejki, gdyż na tym etapie, czas już niestety nagli.

Kasjerka kręci jednak głową, więc idziemy do informacji. Pani jest najwyraźniej nie pocieszona, że musi pracować, ale długo nie dajemy jej spokoju. Pomaga nam też młoda Chinka, która mówi trochę po angielsku, ale dowiadujemy się tylko tyle, że mamy jechać na jeszcze inny dworzec autobusowy i stamtąd udać się do jakiegoś miasta, a dopiero stamtąd w góry.

Ja na tym etapie jestem już zrezygnowana i chcę wracać do domu. Mój entuzjazm związany z podróżowaniem po Chinach już dawno zaginął, więc po prostu mi się nie chce. Postanawiamy jednak, że jeszcze raz udamy się na poprzednią stację, gdyż może jest tam jakaś prywatna agencja z turystycznymi autobusami i może nie rozejrzeliśmy się wystarczająco dokładnie.

Akt II. Co prawda nie te góry, ale jednak góry.

Będąc ponownie na pierwszym dworcu, Kasper zauważa na dużym plakacie znaczki oznaczające inny park, który też jest wymieniony w naszym przewodniku i rzekomo znajduje się zaledwie 130 km od Chongqing. Idziemy więc jeszcze raz do informacji i pani informuje nas, że dojedziemy tam autobusem o 10:10. Czym prędzej udajemy się więc do kasy i chwilę później jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami biletów do Si Mian Shan. Znajdujemy też prywatną agencję, w której dowiadujemy się, że za 88 RMB możemy dojechać do Wuling i z powrotem, ale tylko w wybrane dni. Następny autobus jest za około dwa tygodnie!

Idziemy coś zjeść i ogólnie bardzo się cieszymy, że jednak jedziemy w jakieś góry. Przynajmniej cały ten wysiłek nie poszedł na marne.

Akt III. Ale czemu mamy wysiąść?

Gdy zbliża się godzina odjazdu, jesteśmy przy naszym stanowisku i cierpliwie czekamy na właściwy autobus. Otaczają nas rozwrzeszczane tłumy, a atmosfera jest co najmniej nerwowa. Dwóch kolesi i jedna kobieta cały czas drą się wniebogłosy, powtarzając to samo. Wygląda na to, że na tym polega ich praca. Dla nas jest to bardzo męczące, zwłaszcza, że wielu podróżnych też cały czas krzyczy. Oprócz tego plują, palą i ogólnie są strasznie nieznośni.

Co jakiś czas pokazujemy komuś nasz bilet, ale autobusu nie ma, nawet gdy nadchodzi czas odjazdu. Znaczki na żadnym z pojazdów nie zgadzają się z tym, co mamy na bilecie.

W końcu, gdy po raz kolejny prosimy kogoś o pomoc, okazuje się, że jest już właściwy autobus, więc czym prędzej do niego wsiadamy. Sami byśmy się nie połapali, gdyż nie ma na szybie znaczków odpowiadających miejscowości, do której jedziemy.

No ale cóż, najważniejsze, że teraz jesteśmy już we właściwym pojeździe i wreszcie ruszamy w drogę. Co prawda, przez jakąś godzinę mam wrażenie, że kręcimy się po okolicy i tak naprawdę niewiele kilometrów mamy za sobą, ale to zawsze jakiś postęp. Gdy wyjeżdżamy poza miasto, uspokajam się jeszcze bardziej.

W pewnym momencie widzę nawet dużą brązową tablicę z naszym miejscem docelowym i chociaż odległość jest jeszcze naprawdę spora, to przynajmniej mam pewność, że jedziemy w dobrym kierunku.

Wtedy jednak, dzieje się coś, czego żadne z nas się nie spodziewało … . Jesteśmy w małym, mocno prowincjonalnym miasteczku i nagle zajeżdżamy na obskurny dworzec, po czym wszyscy zostajemy wyproszeni z autobusu. Bez słowa wyjaśnienia, oczywiście.

Akt IV. Gdzie jest nasz autobus?

Zaczepiamy kogoś, kto wskazuje nam inny autobus, ale gdy do niego podchodzimy, okazuje się, że jedzie gdzie indziej.

Po chwili ktoś kieruje nas w stronę ulicy, a tam energiczna kobieta ustawia nas przy swojej małej budce i wszystko wskazuje na to, że mamy tam czekać. Wokół nas zbiera się małe zbiegowisko, wszyscy są zainteresowani, uśmiechnięci i rozgadani. Jakaś uczennica zagaduje nawet po angielsku, ale informacji żadnych nie udziela. O nic zresztą nie pytamy, na tym etapie nie widzimy już sensu.

Autobusy co rusz wyjeżdżają z dworca, inne przejeżdżają ulicą i zatrzymują się, aby zgarnąć co poniektórych podróżnych. Żaden z nich nie jest jednak nasz! Czekamy, czekamy i czekamy!

Nie jestem w stanie określić, ile dokładnie stoimy przy tej budce, ale obstawiałabym, że ok. 40 minut.

W pewnym momencie podjeżdża nawet autobus, z którego sami jesteśmy w stanie wyczytać, że to nasz, więc czym prędzej do niego podbiegamy, ale kobieta biegnie za nami i mówi, żebyśmy nie wsiadali. Jest załadowany, jednak nam to nie przeszkadza, chcemy tylko jechać dalej.

No ale cóż, autobus odjeżdża, a my czekamy dalej. Na szczęście nie długo, gdyż wkrótce pojawia się kolejny. Tym razem od razu do niego wsiadamy i zajmujemy jedne z nielicznych miejsc, tuż za kierowcą. Słyszymy jeszcze jak ktoś tam coś o nas gada, gdyż przewija się zwrot „lao wai” (obcokrajowiec). Nas to jednak nie interesuje, chcemy po prostu dojechać w te góry i to tego samego dnia! Kto by pomyślał, że wycieczka poza miasto zajmie nam tyle czasu. To miało być jedynie 130 kilometrów!

Akt V. Co się tutaj dzieje?

Moje miejsce za kierowcą nie należy do najlepszych. Przede wszystkim jest bardzo głośno. Kierowca przez całą drogę wali w klakson, ostrzegając każdego, że jedzie. Jest to niedorzeczne, ale w tych rejonach, być może również niezbędne.

Z boku, przy szybie, mam miotłę, która się rusza. Zastanawiam się, którą część ciała przebiłaby mi na wylot, w razie wypadku. Przez większość podróży przytrzymuję ją nogą, aby zminimalizować ryzyko.

Pasy bezpieczeństwa wołają o pomstę do nieba. Są niewyobrażalnie brudne, ale i tak je zapinam (tak jak w każdym autobusie). Ręce się umyje, ciuchy wypierze, a ryzykować nie warto.

Droga jest dość trudna, a w pewnym momencie, już w górach, bardzo kręta. Dlatego niektórych zaczyna mdlić. Jedna pani rzyga do siateczki, a później wyrzuca to przez okno. Nie wiem jakim cudem, nam nie robi się od tego niedobrze.

A na sam koniec, w ramach swoistego dopełnienia, do naszego „wesołego” autobusu, wsiada jeszcze pan z wiadrem ryb.

To jednak nie wszystko! Poza wyżej wymienionymi „atrakcjami”, mamy także okazję poobserwować różne dziwne sytuacje.

Otóż gdy wyjeżdżamy z tego nieszczęsnego dworca, do środka wchodzi spora grupa nastolatków. Nie ma dla nich miejsc, więc stoją. Wygląda to niebezpiecznie, ale pewnie wszyscy chcą jak najszybciej dojechać do domu na święta.

Zatem jedziemy sobie tak i jedziemy, tym naszym przeładowanym i zrujnowanym autobusikiem, aż tu nagle znów się zatrzymujemy. Drzwi się otwierają, wysiada cała grupa nastolatków, a razem z nimi nasza pani biletowa i przesiadają się do innego autobusu, który stoi zaparkowany tuż przed nami.

Po chwili znów jesteśmy w drodze, aż do momentu, ……… gdy zatrzymujemy się ponownie. Tym razem, przy małym posterunku policji. Pan policjant wsiada, ogląda, po chwili wysiada. O ile mnie pamięć nie myli, w ruch idą jeszcze jakieś papierki i po chwili znów jesteśmy w drodze. Aż do momentu, ……… gdy zatrzymujemy się ponownie. Otóż niedaleko za posterunkiem policji, po raz kolejny dołącza nasza grupa nastolatków, oczywiście razem z panią biletową.

Ok, przynajmniej wiemy, co jest grane. Stać w autobusie nie wolno! Ale są też sposoby, aby takie zasady obejść.

Akt VI. Dojechaliśmy, ale przecież trzeba będzie jeszcze wrócić.

Następnego dnia mamy sporo szczęścia. Po pierwsze, przez cały dzień mamy swój własny, turystyczny autobus, który wozi nas po górach, gdzie tylko chcemy i czeka, aż wrócimy ze szlaku. Natomiast na koniec, gdy postanawiamy się zbierać w drogę powrotną do Chongqing, kierowca wyjeżdża z parku i zawozi nas bezpośrednio na dworzec. Idzie z nami nawet do okienka, gdzie kupujemy bilety do tej nieszczęsnej miejscowości. Bezpośrednio do Chongqing niestety nic nie jeździ.

Szczęście kończy się, gdy ruszamy w drogę powrotną, która jest bardzo nieprzyjemna. Musimy zjechać z gór, więc jest kręto i niebezpiecznie. Natomiast po drodze, zbieramy dużo ludzi z ogromnymi tobołami. Mówiąc krótko, lokalnego folkloru dalszy ciąg.

Akt VII. Jak to nie ma autobusu do Chongqing?

W końcu dojeżdżamy na ten okropny, stary dworzec i nie tracąc czasu, pytamy o autobus do Chongqing. Niestety sprawdzają się nasze najgorsze przewidywania i okazuje się, że tego dnia ostatni autobus już odjechał.

Wydaje nam się to dziwne. Wiemy, że aż tak daleko od Chongqing nie jesteśmy, a poza tym, jest dopiero popołudnie. No ale cóż, jak nie ma, to nie ma.

Zamiast tego, ktoś pokazuje nam, żebyśmy stanęli przy drodze i tam czekali. Tak też robimy, mając nadzieję, że coś będzie przejeżdżać. Naprawdę nie uśmiecha nam się szukać noclegu w tym miasteczku. Byłaby to zapewne bardzo traumatyczna noc, a w najlepszym wypadku, wyjątkowo niedorzeczna przygoda.

Akt VIII. No to jedziemy z tymi panami.

Podchodzi do nas jakiś starszy pan i w typowy, chiński sposób, macha rękami, wykrzykuje, wskazuje nam kierunek i składa palce w krzyżyk, powtarzając „shi kuai” (10 RMB).

Nie wiemy, o co dokładnie chodzi, ale nie jest też tak, że mamy jakieś inne opcje, więc idziemy we wskazanym kierunku. Szybko okazuje się, że trwa zbiórka chętnych na przejażdżkę prywatnym autem, do jakiegoś tam miasta, które jest po drodze do Chongqing.

Długo się nie zastanawiamy i już po chwili siedzimy na ostatnich miejscach dużego i wygodnego vana. Oprócz nas, na wycieczkę jadą jeszcze trzej inni pasażerowie i kierowca.

Jest głośno (niczego innego jednak się nie spodziewaliśmy), a okna są otwarte. Można przez nie wrzeszczeć, pluć i palić do woli! Nasi współtowarzysze, chętnie korzystają ze wszystkich możliwości.

Do celu jednak nas dowożą i to pod sam dworzec. Kołują nam też kolejny prywatny samochód, już do Chongqing, ale my obstajemy przy autobusie.

Akt IX. Strasznie śmierdzi, ale wrócimy dzisiaj do domu.

Bilety kupujemy bez problemu i nie musimy długo czekać. Już wkrótce siedzimy w autobusie i wiemy, że noc na pewno spędzimy w swoim łóżku. Jest to niezwykle komfortowe uczucie.

Szkoda tylko, że w autobusie śmierdzi tak porażająco, że z początku trudno to wytrzymać. Natomiast pasy są chyba jeszcze brudniejsze, niż te, o których wspominałam powyżej. Są tak obleśne, że w pale się nie mieści!

Akt X. Co to za stacja?

Jest już ciemno, gdy wreszcie dojeżdżamy do Chongqing. Oczywiście jesteśmy też na innym dworcu, niż ten, z którego wyjeżdżaliśmy dzień wcześniej.

Zamartwiać się, nie ma jednak sensu. Robimy to, co zawsze, gdy nie wiemy gdzie jesteśmy. Bierzemy pierwszy lepszy autobus, który ma na rozkładzie zaznaczoną stację metra i jedziemy tam. Później, już metrem, bez problemu wracamy do domu.

Epilog.

Tak, była to długa, męcząca, bardzo wymagająca podróż. Nie zapomnimy jej na pewno.

Ale jeśli ktoś zapytałby mnie, czy zostałabym w domu, gdybym wiedziała, że tak to wszystko będzie wyglądać, to moja odpowiedź brzmiałaby: NIE!

Tak naprawdę, to między innymi dla takich przeżyć, jesteśmy w tym kraju.

A poza tym, dzięki tej przeprawie, dotarliśmy w przepiękne góry Si Mian Shan. Zdecydowanie jedne z najpiękniejszych, w jakich do tej pory byliśmy. Zobaczcie zresztą sami.

4 Comments Posted

  1. Ubawiłam się szczerze podczas czytania :-). Przygoda faktycznie nie do zapomnienia. Odwagi
    i desperacji Wam nie brakuje.Dobrze,że same góry wynagrodziły całą podróż.

  2. Bardzo chętnie poczytam…
    A tak przy okazji opisów róznych „miłych”/tradycyjnych zachowań : jak jest z paleniem wśród kobiet , a także młodych ludzi? Czy to jest tak samo powszechne zjawisko? Są jakieś ograniczenia w miejscach publicznych?

    • Chinki palą bardzo rzadko, w przeciwieństwie do mężczyzn. Ograniczenia w miejscach publicznych są, ale mało kto zawraca sobie nimi głowę. Wydaje mi się, że wiele osób nie zdaje sobie też sprawy z zagrożeń związanych z paleniem, zwłaszcza przy dzieciach.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*