Deszczowe Shingu.

Data wizyty: 17-19.10.2019.

Nad wspomnianą w poprzednim wpisie rzekę, doszliśmy na nogach, z Yunomine.

Po kąpieli w gorących źródłach, w dalszą trasę też ruszyliśmy na nogach, ale jak tylko doszliśmy do nieco bardziej uczęszczanej drogi, to zaczęliśmy łapać stopa. Jak na Japonię przystało, nie trwało to zbyt długo i już wkrótce siedzieliśmy w samochodzie przemiłego pana.

Dowiózł nas do Shingu, naszego kolejnego celu podróży, pod samą świątynię Kumano Hayatama Taisha, którą chcieliśmy zobaczyć w pierwszej kolejności.

Jest to jedna z trzech najważniejszych świątyń na Kumano Kodo, wchodząca w skład Kumano Sanzan.

Kumano Hayatama Taisha oraz Kamikura – jinja Shrine.

Świątynia była dla nas oczywiście punktem obowiązkowym, jako że planowaliśmy zobaczyć wszystkie świątynie składające się na Kumano Sanzan.

Wizualnie jest bardzo ładna, a czerwień jej elementów pięknie współgra z otaczającą ją zielenią, ale z nóg nas nie zwaliła. Ot to, kolejna świątynia.

Dużo bardziej interesującym punktem programu była wizyta w Kamikura – jinja Shrine.

Po dotarciu na miejsce, bierzemy specjalnie przygotowane kije i ruszamy pod górę. Na początek czeka nas wymagająca wspinaczka po niesamowicie stromych, śliskich i bardzo niewygodnych kamiennych schodach.

Jest to naprawdę niebezpieczne zadanie i nie radziłabym bagatelizować tych schodów. Zbudowano je pod takim kątem, że momentami można odnieść wrażenie, że idą całkowicie pionowo w górę.

Schodzenie jest równie lub bardziej niebezpieczne i ja osobiście część trasy pokonałam poboczną, leśną ścieżką, która była niewiele bezpieczniejsza i wiązała się z równie imponującymi stromiznami.

Niełatwe zadanie, naprawdę, zwłaszcza gdy ktoś tak jak my, trafi na deszczową pogodę.

Na szczęście ostatecznie się udało i dotarliśmy na szczyt wzgórza, na którym znajduje się potężny i bardzo imponujący monolit oraz przylegająca do niego, mała świątynka. Według wierzeń, to właśnie tutaj zstąpiły z niebios bóstwa Kumano.

Tuż obok znajduje się natomiast taras widokowy, z którego rozpościera się panorama na całe miasto i ocean.

Nocleg w japońskim domu.

Nocleg, jak się okazało, zarezerwowaliśmy w prywatnym domu. Chwilę nam zajęło odnalezienie tego miejsca, a później, zupełnie bezsensownie, straciliśmy mnóstwo czasu, czekając pod drzwiami, których nikt nie zamierzał nam otworzyć, a przynajmniej nie od wewnątrz.

Staliśmy sobie pod tymi drzwiami i staliśmy, od czasu do czasu naciskając dzwonek, chociaż już po kilku pierwszych razach stało się dla nas jasne, że w środku nikogo nie ma.

W końcu Kasper został wysłany na poszukiwania pomocy i wrócił z pewnym mężczyzną. Zadzwonił on do właściciela pensjonatu i wkrótce okazało się, że klucz znajduje się w małej, metalowej skrzyneczce, na którą wcześniej w ogóle nie zwróciliśmy uwagi. Do skrzyneczki był kod, który został nam wysłany mailem, ale ja tego maila nie odczytałam. Najzwyczajniej w świecie, zupełnie się go nie spodziewałam, gdyż jak wiadomo, w pensjonatach, czy to dużych, czy to małych, ktoś zazwyczaj urzęduje i gości przyjmuje.

Niestety nie w tym!

No cóż, nauczka na przyszłość – dzień przed podróżą w nowe miejsce, warto sprawdzić, czy nie ma jakichś wiadomości z hotelu, zwłaszcza jeśli nocujemy w mniejszym, być może rodzinnym przybytku.

Dom i jego właściciel.

Długie oczekiwanie pod drzwiami poszło jednak w niepamięć, gdy tylko weszliśmy do środka i zobaczyliśmy, gdzie spędzimy kolejne dwie doby.

Dom, chociaż bardzo skromny, niesamowicie przypadł nam do gustu i mamy stamtąd cudowne wspomnienia.

Jeszcze milej wspominamy właściciela, którego poznaliśmy kilka godzin później i który okazał się jednym z najmilszych Japończyków, jakich spotkaliśmy na naszej drodze.

Nie tylko przygotował dla nas drobne przekąski, takie jak chleb, zupki miso i kilka innych produktów, ale także przyjechał następnego dnia w porze lunchu tylko po to, by zabrać nas do supermarketu, o co nawet go nie prosiliśmy. Na zewnątrz była ulewa i zapewne martwił się, że nie będziemy mieć nic na obiad. Pożyczył mi też buty (takie jakby klapki), gdyż moje buty trekkingowe poległyby w tym deszczu od razu.

Natomiast po zakupach zawiózł nas jeszcze do świątyni, którą chcieliśmy odwiedzić przed wyjazdem z miasta. Super koleś, naprawdę. I dogadaliśmy się z nim bez problemu, pomimo tego, że prawie w ogóle nie mówił po angielsku.

Nasz pokój natomiast, był bardzo przytulny i miło spędziliśmy w nim czas. Jak na japoński dom przystało, do spania mieliśmy futony, a na ścianach przeróżne japońskie dekoracje.

Asuka – jinja Shrine i krótka wizyta nad oceanem.

W Asuka – jinja Shrine, podobnie jak w świątyniach wspomnianych powyżej, zdobyliśmy kolejne pieczątki do naszych paszportów pielgrzyma.

Shrine jest bardzo ładny, a zwłaszcza prowadząca do niego alejka, po której obu stronach ustawiono rzędy ciemnych chorągwi. Robi to wrażenie.

My jednak nie zabawiamy tam długo, gdyż pogoda naprawdę nie dopisuje, leje jak z cebra i trzeba wracać.

Jesteśmy jednak blisko wybrzeża, więc ulegamy pokusie, żeby chociaż zerknąć na ocean i udajemy się w jego stronę.

Dojście nie jest łatwe i musimy pokonać wyjątkowo podmokły park (całe szczęście, że mam klapki), ale w końcu docieramy do betonowej promenady, z której możemy podziwiać fale.

Witają nas znaki ostrzegające przed tsunami i rzeczywiście, woda wygląda groźnie. Fale może nie są szczególnie wielkie, ale głośno i agresywnie uderzają o plażę, a niebo jest ciemnoszare i złowrogie. W połączeniu z tymi znakami, tworzy to atmosferę raczej niepokojącą.

Wieczorem, gdy jesteśmy już w naszym pokoju, nagle rozbrzmiewają syreny i wyją bardzo długo. My oczywiście od razu myślimy, że to ostrzeżenie przed tsunami, ale właściciel pensjonatu wyjaśnia nam później, że powód był inny. Syreny były tylko ostrzeżeniem, gdyż gdzieś w okolicy spuszczano wodę z tamy. Uff!

Kumano Nachi Taisha.

Następnego dnia opuszczamy Shingu i udajemy się w stronę Kumano Nachi Taisha. To trzecia, ostatnia świątynia wchodząca w skład Kumano Sanzan i koniecznie chcemy się do niej udać.

Gdy docieramy na miejsce, okazuje się, że zdecydowanie jest to miejsce warte odwiedzenia.

Świątynia jest duża, klimatyczna i bardzo imponująca, a na atmosferę dodatkowo wpływa zamglona aura i dymy unoszące się nad kadzidłami. Jest pięknie, tajemniczo, wręcz mistycznie.

Poniżej świątyni, na tle gęstej mgły, równie pięknie prezentuje się czerwona pagoda, do której postanawiamy jednak nie wchodzić. Zamiast tego, idziemy dalej, nad wodospad.

To co widzimy przed oczami, gdy docieramy na miejsce, dość mocno nas zaskakuje, gdyż naprawdę nie spodziewaliśmy się, że wodospad będzie aż tak imponujący.

Jest bardzo wysoki i naprawdę przepiękny. Strumień wody jest potężny i z impetem spada na liczne kamienie. Gdyby nie deszcz, moglibyśmy tam siedzieć i podziwiać ten cudny spektakl przyrody godzinami.

Zamiast tego, schodzimy leśną ścieżką, dochodzimy do ulicy i zaczynamy łapać stopa.

Przed nami długa droga do Kyoto, a jeszcze nie wiemy, jak będzie skomplikowana.

Wydostać się z półwyspu Kii.

Już rano, gdy udawaliśmy się do świątyni, mieliśmy niemałe problemy, gdyż okazało się, że pociągi zostały odwołane z powodu ulewnych deszczy. Gdy w ciągu dnia mijaliśmy tory kolejowe, faktycznie widzieliśmy, że w niektórych miejscach trwały jakieś prace.

Rano powiedziano nam jednak, że chwilowo nie ma pociągów, ale później powinny być i dlatego ze świątyni, udaliśmy się prosto na stację kolejową. Zawiozło nas tam przemiłe małżeństwo.

Na stacji byli jacyś ludzie, więc przez chwilę mieliśmy nawet nadzieję, że uda nam się coś złapać, ale dość szybko ugaszono nasz zapał. Podano nam jedynie nazwę innej miejscowości, skąd podobno mieliśmy już bez problemu dojechać do Osaki, a później do Kyoto.

No cóż, nie pozostawało nic innego, jak tylko wrócić znów do głównej drogi i ponownie próbować szczęścia, wśród mijających nas kierowców.

Na początku nie szło zbyt dobrze i zaczęliśmy się martwić, że nie zdążymy do Kyoto, a przecież mieliśmy tam rezerwacje dla nas i dla Paula, który miał przylecieć następnego dnia.

Później jednak, szczęście do nas wróciło i ostatecznie dojechaliśmy do Kii Tanabe, a stamtąd już pociągiem, do Osaki, a następnie do Kyoto. W hostelu byliśmy bardzo późno, ale udało nam się zameldować i wszystko dobrze się skończyło.

A co do stopa, to najpierw złapaliśmy dwie młode Japonki, które cały czas się śmiały, co miało oczywiście spory wpływ na bezpieczeństwo jazdy, a później nagle zawróciły i w rezultacie przejechaliśmy z nimi mniejszy dystans, niż mogliśmy. No nic, czasami dialog ponad barierami językowymi wychodzi lepiej, a czasami gorzej.

Na szczęście po pewnym czasie złapaliśmy pana, który zawiózł nas już do końca, czyli do Kii Tanabe, dosłownie pod samo wejście na dworzec. W dodatku po drodze zrobił mały detour, zabrał nas do swojego miejsca pracy, a po chwili wrócił z torbą przysmaków i zieloną herbatą w butelkach. Kolejny cudowny Japończyk poznany podczas naszych autostopowych przygód.

W Kii Tanabe zdążyłam jeszcze skoczyć do informacji turystycznej (tej samej, w której byliśmy tuż przed wyruszeniem na Kumano Kodo) i poprosić pracujące tam panie, aby zadzwoniły do naszego hostelu z informacją, że możemy się spóźnić, ale będziemy na pewno. Po tym telefonie od razu poczułam się lepiej i mogłam się wreszcie zrelaksować. Nie groziło nam już nocne szukanie noclegu i ryzyko, że nie znajdziemy nic na wszystkie dni, które planowaliśmy spędzić w mieście. Bynajmniej nie chcieliśmy zaskoczyć Paul’a, który leciał do nas z przeświadczeniem, że wszystko jest załatwione i o nic nie musi się martwić.

2 Comments Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*