Dawno temu na … Wyspach Kanaryjskich. Teguise, Monte Corona i wino Malvasia.

Teguise i niedzielny targ.

Teguise, jak każde miasteczko na Lanzarote, jest całe białe, co robi naprawdę niesamowite wrażenie na tle wszędzie widocznych, ciemnych stożków wulkanicznych. Jest też bardzo schludne, dobrze utrzymane i niezwykle urokliwe.

W każdą niedzielę odbywa się tam targ. Nie wiem jak jest w inne dni, ale podczas targu, wszystkie uliczki, poza tymi, na których urzędują straganiarze, świecą pustkami. Dlatego trzymałam się przede wszystkim ścisłego centrum, gdzie oszałamiała ilość towaru wystawionego na sprzedaż. Dominowały stragany, ale było też sporo sklepików, które oczywiście w miasteczku znajdują się na stałe. Można było kupić rozmaite kosmetyki z aloesów, lokalne wina, sporo rękodzieła, w tym m.in.: wyroby ze skóry, ubrania i serwetki, a także mnóstwo wszelkiego rodzaju pamiątek, które dostępne są powszechnie na całej wyspie. Był też oczywiście szeroki wybór produktów „markowych” i tych made in china. Oprócz tego, można było spotkać osoby z kontynentu afrykańskiego, oferujące tamtejsze produkty. Afrykańskie maski szczególnie przykuły moją uwagę, bo były wyjątkowo interesujące (i bardzo przerażające), ale od kupna odwiodły mnie wysokie ceny i fakt, że tego typu przedmioty wolałabym przywieźć bezpośrednio z Mali, czy też Sachary Zachodniej, a w Hiszpanii skupić się jednak na produktach hiszpańskich.

W niedzielę przez miasteczko przetaczają się tabuny ludzi, więc miejscowi dbają aby nie zabrakło im atrakcji. Stąd spotkamy tam też mimów i zobaczymy występy zespołów regionalnych. My mieliśmy na tyle szczęścia, że trafiliśmy również na grajka, który swoją muzyka raczył nas … z okna na piętrze.

Miasteczko Teguise jest jedynym punktem na mapie Lanzarote, do którego udałam się autobusem. Na wyspie panuje bowiem trudna do zrozumienia, przynajmniej dla mnie, polityka, że transport publiczny dostępny jest tylko miedzy poszczególnymi miasteczkami, a do atrakcji turystycznych, dojechać się już nie da. Jak wytłumaczyła nam to nasza rezydentka, chodzi o to, żeby dać zarobić ludziom, którzy organizują wycieczki fakultatywne. Taki argument kompletnie do mnie nie przemawia, gdyż byłam już w wielu miejscach, gdzie autobusy kursowały normalnie, a ci, co chcieli i tak korzystali z zorganizowanych wycieczek. Są natomiast również ludzie tacy jak ja, którzy na wycieczkę fakultatywną nie pojadą za żadne skarby, choćby w wybrane miejsce mieli iść na nogach.

Kultywacja winogron i wino Malvasia.

Na Lanzarote w dość nietypowy sposób kultywuje się winogrona. Jak już wspominałam, na wyspie strasznie wieje i dlatego rośliny praktycznie nie mają możliwości rosnąć, zwłaszcza te tak delikatne jak winogrona. Dlatego na wyspie krzewy winogron otacza się półokrągłymi murkami z kamieni lub sadzi się je w specjalnie wykopanych dołach. Musi to być bardzo pracochłonne, zwłaszcza, że na każdy taki dół przypadają zaledwie dwa krzewy.

Z tablic informacyjnych w winnicy La Geria dowiedziałam się, że każdy dół ma trzy metry głębokości i osiem średnicy. Oprócz tego jest otoczony przez kamienny murek. A winogrona rosną oczywiście nie w czym innym, jak w popiele wulkanicznym. Pełni on rolę szczególną, gdyż długo zachowuje nagromadzoną w nocy wilgoć. Pozwala wodzie szybko przez siebie przesiąknąć, ale nie pozwala jej wyparować w ciągu dnia.

Zbiory zaczynają się tutaj już pod koniec lipca, wcześniej niż w całej Europie, dokonywane są ręcznie, a na każdy hektar przypada zaledwie 1500 kg winogron, co daje bardzo słaby wynik, najsłabszy w Hiszpanii. W rezultacie produkowane jest jednak znakomite wino Malvasia.

Wulkan Monte Corona.

Jest jeszcze jedno miejsce na Lanzarote, o którym koniecznie muszę wspomnieć. Z pewnością nie należy ono do najchętniej odwiedzanych przez turystów, ale dla mnie było absolutnym hitem całej tej wycieczki. Mowa o wulkanie Monte Corona.

W celu odnalezienia drogi na szczyt, najpierw udałam się do miejscowości Ye. Miałam spore problemy z uzyskaniem informacji od mieszkańców, ale w końcu udało się odnaleźć ścieżkę, która, jak wszystko na to wskazywało, prowadziła na szczyt.

Niestety szybko okazało się, że ścieżka tylko przypominała ścieżkę, a po chwili się skończyła i dalej drogi musiałam już szukać sobie sama. Podłoże było mało sprzyjające i z każdym krokiem, grunt usuwał się spod nóg. Dodatkowo trzeba było przeciskać się między chaszczami, które kaleczyły moje gołe nogi i uważać na kaktusy. Jedyną zaletą tej trasy było to, że praktycznie cały czas widziałam szczyt, więc wiedziałam, że na pewno się nie zgubię. Trzeba było tylko kierować się w jego stronę.

Trudno powiedzieć jak długo szłam, może pół godziny, ale na pewno nie była to szczególnie wyczerpująca wspinaczka, a na szczycie szybko okazało się, że naprawdę było warto! Wnętrze krateru jest inne niż cokolwiek, co do tej pory widziałam. Po prostu oszałamia! Nie jest szczególnie głębokie, ale ma w sobie coś tajemniczego i czuje się powiew grozy, zwłaszcza gdy do środka wdzierają się chmury. Poza tym, zniewala swoją kolorystyką i pięknem otaczających go skał. Coś niesamowitego! Nie chciałam wracać!

Wrócić jednak musiałam, a droga powrotna w ogóle mi się nie udała. Zaliczyłam spektakularny, wielofazowy i bardzo bolesny upadek, w rezultacie którego straciłam sporo skóry z mojej prawej nogi i jeszcze trochę z lewej, a w dodatku nie mogłam znaleźć ścieżki i trochę pobłądziłam. Nie ma jednak wątpliwości, że było warto!

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*