Dawno temu w … Ameryce. Lancaster County i Amisze.

Z okazji trzecich urodzin bloga, na dzisiaj przygotowałam coś szczególnego. Opowiem o Lancaster County w Pensylwanii, gdzie znajduje się skupisko Amiszy i gdzie wybrałam się w marcu 2012 roku.

Było to dość dawno temu, na długo zanim poznałam Kaspra i tuż przed tym, jak moje podróże osiągnęły nieco wyższy „level”. Zdjęcia nie są niestety najlepszej jakości, gdyż robiłam je małym aparatem cyfrowym, a poza tym nie ma ich zbyt dużo, ale za to tekst pisany był na gorąco i prezentuję go, w niemal oryginalnej formie.

Zapraszam!

Amisze intrygowali mnie odkąd pierwszy raz o nich usłyszałam. Byłam ciekawa ich sposobu życia, zwyczajów i codziennych rytuałów. Ale zastanawiałam się też, skąd się bierze w ludziach taki konserwatyzm i chęć izolacji. Czy nasz świat jest naprawdę tak zły i zepsuty, że są ludzie, którzy nie chcą mieć z nami nic wspólnego? Czy może to tylko i wyłącznie kwestia bardzo ortodoksyjnej religii? Ale co jakakolwiek religia może mieć wspólnego z korzystaniem, lub nie, z dóbr jakie niesie za sobą elektryczność? Jak to możliwe, że świat ewoluował tak bardzo, a pewna grupa, tak mały procent ludzkości, otoczony ze wszech stron przez naszą nowoczesną technologię i te wszystkie rozwiązania, które tak bardzo ułatwiają nam życie, pozostał w tyle?

Teraz, po mojej pierwszej wizycie w krainie Amiszy – Lancaster County, wciąż nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania. Odwiedziłam The Amish Village w Strasburgu, gdzie przewodniczka opowiedziała naszej grupie o wszelkich zwyczajach Amiszy, pokazała nam ich dom, ubrania, przyrządy i produkty, ale nie wyjaśniła przyczyny tego wszystkiego. Z internetu można się dowiedzieć sporo o historii Amiszy, ale ja naprawdę chciałabym usłyszeć co oni sami mają o sobie do powiedzenia. Dlaczego tak bardzo boją się zmian, trwają niewzruszenie przy swojej tradycji i żyją dokładnie tak samo, jak ich przodkowie 300 lat temu.

Skoro tak wiele pytań wciąż pozostaje bez odpowiedzi, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko opisać to wszystko, czego dowiedziałam się podczas mojej jednodniowej wycieczki do Lancaster County, na którą wybrałam się z dwójką znajomych.

The Amish Village.

The Amish Village jest czymś w stylu naszych polskich skansenów, tyle że obrazuje życie jakie ludzie nadal prowadzą.

Wchodzi się przez sklep z pamiątkami, a następnie, w towarzystwie przewodnika, zwiedza się typowy dom Amiszy.

Oto, czego się dowiedziałam:

Amisze zaczęli pojawiać się na tych terenach w XVIII wieku. Obecnie jest ich w Pensylwanii 30 000, ale liczba ta stale wzrasta. Właściwie, podwaja się co 20 lat. Przeciętna rodzina ma bowiem ośmioro dzieci. Nie chrzci się ich jako niemowlęta, tylko czeka do 18. roku życia. Wtedy dziecko może podjąć decyzję, czy chce pozostać w społeczności Amiszy, czy odejść, ale przypuszczam, że większość jednak zostaje. Nasza przewodniczka powiedziała, że rodzice nie próbują wpływać na decyzje swoich dzieci, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Prędzej jestem skłonna wierzyć, że zostają, bo nie bardzo mają wybór. Chyba trudno byłoby takiemu osiemnastolatkowi odnaleźć się w naszym świecie, bez grosza pieniędzy i z edukacją zakończoną na poziomie ósmej klasy.

Skoro już jesteśmy przy szkole, to muszę napomknąć, że na terenie skansenu znajduje się budynek szkoły. Jest to jedno pomieszczenie, z piecem na drewno, tablicą i drewnianymi ławkami. Automatycznie nasuwają się na myśl obrazy ze starych filmów, albo z Doktor Quinn.

Nauczycielem może być tylko Amish, a dzieci, jak wspomniałam, uczą się do ósmej klasy. Nie idą ani do liceum, ani tym bardziej na studia.

Zapewne to właśnie z braku wystarczającej edukacji, wśród Amiszy nie ma lekarzy. Dlatego leczą się w normalnych szpitalach.

Co ciekawe, kiedy ktoś potrzebuje opieki lekarskiej, ale nie ma wystarczającej ilości pieniędzy, lub ma inny poważny problem, bo np. spalił mu się dom, cała społeczność zbiera pieniądze żeby pokryć rachunki, tudzież odbudować dom. Taka daleko posunięta solidarność społeczna jest niewątpliwie dużą zaletą mieszkania w zamkniętej wspólnocie.

Amisze posługują się trzema językami. W domu mówią mieszanką dialektów, którą tutaj nazywa się Pennsylvania Dutch, w kościele używają niemieckiego, a w kontaktach ze światem zewnętrznym, angielskiego.

Nie mają w domach elektryczności. Głównie dlatego, że boją się, że kable zwiążą ich ze światem zewnętrznym, a przecież chcą tego uniknąć. Od 1930 roku korzystają jednak z butli gazowych, dzięki czemu mogą mieć np. lodówki (nigdy wcześniej nie słyszałam o lodówce na gas, ale jak widać jest to możliwe). Mają też bieżącą wodą, bo jak powiedziała nasza przewodniczka, mają prysznice i toalety ze spłuczką.

Nie korzystają z telefonów komórkowych. Telefony stacjonarne są dozwolone, ale nie w domach. W wioskach znajdują się po prostu budki, w których można skorzystać z telefonu w nagłym wypadku albo jeśli interesy tego wymagają.

Ściany malują na zielono, niebiesko albo biało. Kolory te symbolizują, kolejno: naturę, niebo i czystość.

Nie mogą jednak wieszać na ścianach obrazów, chyba że mają one jakąś wartość użytkową, np. są jednocześnie kalendarzem. Stąd w pomieszczeniach wisi po kilka kalendarzy.

Ubierają się bardzo skromnie. Mężczyźni mają czarny płaszcz wyjściowy i drugi, też czarny ubiór, do pracy. Koszule mogą być kolorowe, ale spodnie, kamizelki i wierzchnie okrycia są czarne. Spodnie są na szelkach, gdyż nie mogą używać guzików. Podobno bardziej ortodoksyjni Amisze używają tylko jednej szelki, bo jak mówią, tyle im wystarczy.

Nieodłącznym atrybutem każdego Amisza jest też kapelusz. Do pracy słomkowy, własnoręcznie zrobiony, a do kościoła i na ulicę, czarny.

Dziewczynki mają w sukienkach guziki, ale tylko do 12. roku życia. Później muszą zapinać ubranie na szpilki, co wiąże się z codzienną poranną procedurą. Zawsze mają też dołączony fartuch do sukienki. Zawsze! A za wierzchnie okrycie, np. na zimę, służy im duży szal. Im większy, tym więcej razy mogą się nim owinąć i dzięki temu jest im cieplej.

Co do butów, to nie ma żadnych restrykcji. Podobno Bóg nie dba o nic, co znajduje się poniżej kostek, więc obuwie noszą normalne. Tyle tylko, że do ślubu kobiety zakładają czarne obuwie ponad kostkę, na grubym obcasie (gorsze byłyby już chyba tylko gumowce).

Kobiety nigdy nie mogą obcinać włosów i codziennie czeszą się tak samo. Na środku robią przedziałek, a z tyłu zaplatają koka, którego następnie chowają pod czepkiem, bo z gołą głową chodzić nie mogą. Mężczyźni natomiast, zapuszczają po ślubie brodę (ale nie wąsy) i też nigdy jej nie golą.

Na co dzień Amisze korzystają z małych, czarnych bryczek zaprzężonych w konie. Nie mogą prowadzić samochodu, ale mogą w nim podróżować, więc jeśli potrzebują udać się gdzieś daleko, wynajmują sobie kierowcę. Mogą też podróżować autobusem i pociągiem, ale nie samolotem.

I to już chyba wszystko, co zapamiętałam z naszej wycieczki po skansenie.

Nasza przewodniczka towarzyszyła nam tylko podczas zwiedzania domu i letniej kuchni, a resztę zabudowań oglądaliśmy już na własną rękę. Byliśmy w pomieszczeniach dla zwierząt, gdzie były kozy, osiołek, pawie, kogut, muły, kucyki i owieczka z dzieciątkiem.

Oprócz tego, wstąpiliśmy do kuźni, gdzie były przeróżne stare sprzęty i do dwóch sklepów z pamiątkami. Jeden był nastawiony głównie na jedzenie (kupiliśmy małą książkę kucharską, miód i dressing do sałatek), a drugi na różne rękodzieła. Były tam bardzo ładne wyroby z drewna i przeróżne przedmioty do kuchni, takie jak rękawice, ściereczki, fartuszki i podstawki, a wszystkie zrobione z pozszywanych skrawków materiałów.

Poza tym, na trawie stało kilka bryczek, do których można było wchodzić, z czego oczywiście chętnie skorzystaliśmy i zrobiliśmy sobie masę zdjęć.

Jedzenie.

Po zwiedzaniu byliśmy tak głodni, że od razu udaliśmy się na posiłek. Zapytaliśmy o drogę do jakiejś dobrej restauracji z kuchnią Amiszy i polecono nam pobliską Katie’s Kitchen.

Wnętrze urządzone jest jak większość przydrożnych amerykańskich jadłodajni, czyli raczej skromnie, z wyposażeniem opartym głównie na stolikach i ławach z miękkimi oparciami. A w menu przeważają potrawy mięsne, więc jak to zazwyczaj bywa, zamówiłam rybę (byłam jeszcze wtedy wegetarianką).

Właściwie to najpierw wzięliśmy sobie przystawkę w postaci Onion Rings. Zastanawialiśmy się, czy nie zamówić jeszcze czegoś, ale na szczęście tego nie zrobiliśmy. Piszę na szczęście, bo dostaliśmy cały półmisek tych cebulowych krążków i ledwie daliśmy sobie z nim radę, a było nas przecież troje i wszyscy umieraliśmy z głodu. Właściwie powinnam się już dawno nauczyć, żeby nigdy nie zamawiać przystawki, bo później nie starcza mi miejsca na danie główne, ale jakoś za każdym razem popełniam ten sam błąd.

A moja grillowana rybka była naprawdę dobra. Było widać i oczywiście czuć w smaku, że jest zdrowa. Do tego wybrałam sobie sałatkę Coleslaw, która była przepyszna i frytki. W menu pisało, że są one zawsze robione w domu, nigdy nie mrożone i mogę potwierdzić, że jest to prawda. Wyglądały i smakowały dokładnie tak, jak frytki mojej mamy.

Pani ze Strasburga.

Po posiłku udaliśmy się do centrum Strasburga, żeby pospacerować trochę po okolicy. Najpierw trafiliśmy do małej winiarni, gdzie mogliśmy skosztować kilku rodzajów win, a w jedno nawet się zaopatrzyliśmy. Było to wino o bardzo szczególnym smaku. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie piłam. Nazywało się Dangerous, co może być mylące, bo było bardzo słodkie, aromat winogron był niezwykle silny i praktycznie nie było czuć alkoholu.

Pani, która tam pracuje jest bardzo miła, ale ma najwyraźniej wyrobione zdanie na temat Amiszy. Robiła dużo min i przewracała oczami jak o nich opowiadała. Zdradziła nam też, że wielu z nich posiada komórki i samochody, tylko nie chce się do tego przyznać. Ciekawe. Zastanawiam się czy to prawda, a jeśli tak (no bo niby czemu miałaby nas okłamywać), to jak dużej grupy Amiszy dotyczą te odchylenia.

Spacer po głównych ulicach Strasburga to duża przyjemność, bo jest tam niesamowita liczba przepięknych domków. Wiele z nich pamięta jeszcze XVIII i XIX wiek, a co się z tym wiąże, ich głównym budulcem jest cegła, albo kamień. Każdy z nich to istne arcydzieło, zwłaszcza, że wszystkie są bardzo zadbane i wypielęgnowane.

Fabryka precli.

Ostatnim przystankiem na naszej trasie było miasteczko Lititz. Niestety dotarliśmy tam dość późno, więc jedynym punktem programu, jaki mogliśmy zrealizować, była wizyta w fabryce precli. Może brzmi to trochę dziwnie, bo dlaczego ktoś miałby interesować się tym, jak się robi precle, ale okazało się, że w rzeczywistości jest to bardzo ciekawe i wynieśliśmy z tej wycieczki może mało przydatną, ale jednak wiedzę.

Miejsce o którym mowa, to Julius Sturgis Pretzel Bakery. Jest to mały niebieski budynek, z wielkim preclem przed wejściem. W środku jest piekarnia i sklepik. Małe tour z przewodnikiem kosztuje 3$.

Precle piecze się tutaj od 1861 roku. W tym momencie zajmuje się tym już piąte pokolenie Sturgis’ów. Początkowo piekło się tylko miękkie precle (które są najlepsze zaledwie przez dwie godziny od upieczenia), ale ktoś zauważył, że niektóre z nich nie są wyciągane z pieca na noc i w rezultacie piecze się je dwa razy. Są przez to twardsze i bardziej wytrzymałe, więc można by było je pakować. Odradzano mu ten pomysł, mówiono, że nikt nie będzie chciał jeść twardych precli, ale jak wiemy, pomysł wypalił i pakowane precelki są obecnie bardzo popularne. W tej piekarni się ich jednak już nie piecze. Robione są w innej, oddalonej od Lititz o ok. 30 mil. Tutaj robi się już tylko miękkie precle.

W piekarni można oglądać stare, oryginalne piece na drewno i co ciekawe, dowiadujemy się, że były one używane aż do 2005 roku!!! Niesamowite!

Kolejną ciekawostką jest natomiast to, że za kształtem precla kryje się chrześcijańska symbolika.

Otóż precle mają dwa węzły. Jeden symbolizuje sposób w jaki dzieci składały kiedyś ręce do modlitwy, a drugi splot jest dla ich rodziców. Trzy dziury w każdym preclu odpowiadają natomiast Trójcy Świętej, czyli Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu.

Podczas naszej wizyty w fabryce, mieliśmy okazję sami skręcić po preclu. Dostaliśmy ciasto zrobione z wody i mąki (bez dodatku innych składników, bo i tak nie mogliśmy ich ani upiec, ani tym bardziej zjeść – kiedyś zwiedzający mogli jeść zrobione przez siebie precle, ale teraz jest to zabronione przez ichniejszy Sanepid), zrulowaliśmy je, a pani pokazała nam, jak je pozawijać żeby wyszedł prawdziwy precel. Okazuje się, że nie jest to trudne zadanie, a nasz kilkuminutowy kurs został nagrodzony certyfikatem potwierdzającym nasze nabyte właśnie umiejętności.

Kiedyś, na początku istnienia piekarni, osoba zwijająca precle (Pretzel Twister) robiła ich ok. 50 na minutę. Za godzinę pracy dostawała 10 centów. Tygodniowa wypłata wynosiła 6 dolarów, a wypłacano tylko 3$. Reszta była do wykorzystania w okolicznych sklepach.

W ramach wizyty w piekarni, dostaje się małą paczkę twardych precli. My dodatkowo załapaliśmy się na miękkie, bo już zamykano. Okazuje się, że te precle są naprawdę pyszne.

2 Comments Posted

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*