Czarująca Lublana.

Gdy wchodzimy na jedną z ulic prowadzącą do ścisłego centrum miasta, od razu wiem, że Lublana przypadnie mi do gustu. Otacza nas piękna architektura, kolorowe fasady budynków, a atmosfera jest wyjątkowo przyjazna. Nie czuję, że jesteśmy w jednej ze stolic europejskich, a raczej w przyjemnym, małym miasteczku.

To uczucie pogłębia się jeszcze bardziej, gdy dochodzimy do różowego kościoła (Franciscan Church of the Annunciation) i znajdującego się przy nim Triple Bridge. Podchodzimy do barierki, spoglądamy w dół na spokojnie przepływającą rzekę i widzimy ……… bobra. Zwierzę przechadza się po brzegu, wyraźnie czymś zajęte i jakby nie zauważa, że zaledwie kilka metrów wyżej, roi się od przyglądających się mu turystów. Po chwili wskakuje do wody i odpływa w dal.

Nigdy wcześniej nie widziałam bobra. Z tego co się orientuję, jest to zwierzę, które nie łatwo spotkać. Tym bardziej nie spodziewałam się, że zobaczę je w samym środku europejskiego miasta! Musi mu tam być naprawdę dobrze, skoro zamiast ukrywać się w lesie, zdecydował się na wycieczkę do stolicy.

Gdy następnego dnia będziemy spoglądać na miasto ze wzgórza zamkowego, szybko zauważymy, jak zielonym miastem jest Lublana. Jeszcze bardziej zaskoczy nas jednak fakt, że ze wzgórza bez trudu zobaczymy granice miasta. Poza starówką są jeszcze dzielnice mieszkaniowe, a odrobinę dalej już tylko zielone lasy i wzgórza.

Lublana to naprawdę maleńka stolica, ale jakże przyjemna. Przechadzanie się po tym mieście dostarczyło nam naprawdę dużo radości. Jest to zdecydowanie najfajniejsza stolica, w jakiej kiedykolwiek byłam.

Ljubljana Castle.

Na wzgórze zamkowe wybieramy się dwukrotnie. Najpierw wieczorem, tuż po przyjeździe. Okazuje się, że akurat trwa akcja „Film Under the Stars”, więc oglądamy „Love & Friendship” z Kate Beckinsale w roli głównej. Trzeba przyznać, że mury zamku są idealnym miejscem na tego typu wydarzenia.

Następnego dnia wracamy na zamek trochę wcześniej, aby zobaczyć wnętrza. Odwiedzamy interaktywne muzeum lalek teatralnych oraz więzienie, oglądamy trochę współczesnej sztuki, a także wystawę National Geographic o ginących kulturach. Oprócz tego, podziwiamy panoramę miasta, o czym już wspominałam. Wieczorem udajemy się na tyły zamku, gdzie na trawie i murach przesiaduje sporo ludzi. Dołączamy do nich i popijając wino, podziwiamy okolicę. Jest cicho, spokojnie, a oświetlone mury zamku prezentują się cudnie.

Kościoły: żółty i różowy.

W Lublanie udajemy się do dwóch kościołów, które najbardziej przyciągnęły naszą uwagę. Jeden z nich jest różowy (Franciscan Church of the Annunciation), a drugi żółty (The Cathedral of St. Nicholas). Oba mają przepiękne wnętrza pełne fresków, a będąc w żółtym, warto zawrócić uwagę również na drzwi.

Dragon Bridge.

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Lublanie jest Dragon Bridge, a właściwie umieszczone na nim posągi smoków. Statuy są naprawdę imponujące, ale tylko z bliska. W rzeczywistości są dużo mniejsze niż się spodziewałam i z daleka wręcz nikną wśród okolicznych zabudowań.

W Lublanie trafiamy też na małą wystawę poduszek w Town Hall. Same poduszki są dość przeciętne, ale dziedziniec, na którym się znajdują, powala swoim wyglądem.

Idziemy też do Tivoli Park, ale nie ma tam nic szczególnego. Właściwie jedyne, co można tam znaleźć, to wytchnienie od upału.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*