Cangshan Mountain, czyli kolejką linową na szczyt.

Na początku naszego pobytu w Chinach, bardzo nas dziwiło, że wybierając się w góry, wszędzie widzimy schody, barierki, wyznaczone ścieżki, a niemal każdy element naszej trasy, jest z góry zaplanowany i ograniczony. Ciężko było nam się przyzwyczaić, że musimy podążać jednym, jedynym szlakiem, a tym samym nieustannie stykać się z rzeszami innych turystów. Czuliśmy, że ogranicza to naszą wolność i odbiera przyjemność z wędrówki.

Teraz, po ponad trzech latach w Państwie Środka, jesteśmy już przyzwyczajeni do warunków, jakie panują w tutejszych górach. Wciąż nam nie odpowiadają, ale rozumiemy dlaczego musi tak być.

Nie będę się tutaj rozwodzić nad kwestiami związanymi z bezpieczeństwem i próbami zachowania porządku, gdyż te są oczywiste.

To, na co chciałabym zwrócić uwagę, to fakt, że gdyby niektóre miejsca nie były tak znakomicie zagospodarowane i wyposażone w mostki nad przepaściami, przyskalne ścieżki i kolejki linowe, to po prostu nie byłyby dostępne, a przynajmniej nie dla przeciętnego turysty.

Chińskie góry są przepiękne i kryją mnóstwo ciekawych form skalnych, kanionów, skalnych półek, wodospadów, ogromnych, płaskich ścian, a my możemy je oglądać tylko i wyłącznie dzięki znakomicie rozbudowanej infrastrukturze.

Oczywiście w wielu miejscach kolejką linową wyjeżdża się nawet na najmniejsze górki, co by Chińczycy mieli szansę wydać więcej pieniędzy, ale nie zmienia to faktu, że ta infrastruktura w chińskich górach jest potrzebna.

Na szczęście, w większości przypadków jest też dość dobrze przemyślana i znakomicie komponuje się z otoczeniem. Barierki często imitują powyginane gałęzie, kosze na śmieci są w kształcie pniaków, a ścieżki tak dobrze wtapiają się w przyrodę, że z odległości prawie ich nie widać.

My natomiast, mamy okazję podziwiać te wszystkie cuda natury, a także zdobywać szczyty, o jakich nawet nam się nie śniło.

Cangshan Mountain.

Pisze o tym wszystkim, gdyż podczas naszego pobytu w Yunnan’ie, dwa razy pobiliśmy swój rekord wysokości.

Za pierwszym razem było to w Dali, gdy wybraliśmy się na wycieczkę do Cangshan Mountain i znaleźliśmy się na wysokości 3966 metrów.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę to się nie liczy, gdyż nie zrobiliśmy tego o własnych siłach, ale nie zmienia to faktu, że fajnie było znaleźć się tak wysoko i doświadczyć, jak na takiej wysokości zachowuje się nasz organizm.

Tlen w sprayu.

O dziwo, okazuje się, że duża wysokość nie stanowi dla nas większego problemu, niemniej od razu czuć różnicę.

Kolejką linową wyjechaliśmy na 3900 metrów, po czym musieliśmy pokonać kawałek trasy na nogach. Nie było tego dużo, ale szło się po schodach i od razu zauważyliśmy, że męczymy się dużo szybciej niż normalnie. Zatrzymywaliśmy się co kilkanaście, kilkadziesiąt schodków, aby uspokoić oddech i wyrównać puls.

Z całą pewnością nie był nam jednak potrzebny tlen, który Chińczycy nieśli ze sobą masowo. Co chwilę zatrzymywali się i zaciągali z butli, jakby od tego zależał ich los.

Nie wiem, na ile było to autentyczne i czy faktycznie tlen był im aż tak niezbędny, ale ofiary robili z siebie straszne.

Zamglone widoki.

Na szczycie mieliśmy zobaczyć piękne jezioro polodowcowe, ale z powodu gęstej mgły, udało nam się zobaczyć jedynie jego niewyraźny zarys.

W ogóle niewiele tam widzieliśmy. Pogoda zdecydowanie nie dopisała i tylko co jakiś czas, wiatr wszystko rozwiewał i ukazywał nam skrawek krajobrazu. Dało nam to szansę dostrzeżenia pięknych drzew i wyjątkowej roślinności, ale nie mogę powiedzieć, abyśmy byli w stanie delektować się widokiem. Zbyt szybko znikał nam sprzed oczu.

Trekking.

Na szczęście Cangshan Mountain to nie tylko wierzchołek, ale również kilkugodzinny trekking wzdłuż góry.

Rano, zanim wyjechaliśmy na szczyt, pokonaliśmy 4.5 kilometra, a później przeszliśmy kolejne 7 kilometrów.

Szczerze mówiąc, ten spacer był najprzyjemniejszą częścią całego wypadu, pomimo że odbywał się na znacznie niższej wysokości, zaledwie 2600 metrów.

Rano było mgliście, ale dzięki temu las wyglądał naprawdę zjawiskowo i tajemniczo. Natomiast po południu wyszło słońce i wreszcie mogliśmy nacieszyć oczy przepięknymi panoramami, które poza górami, obejmowały również Dali i jezioro Erhai. Było naprawdę cudnie!

Kolejki linowe.

Przemierzając Cangshan Mountain, byliśmy zmuszeni aż cztery razy jechać kolejką linową.

Dla mnie takie przejażdżki nie są przyjemnością, zwłaszcza od naszej wyprawy w Huangshan, kiedy to przeżyliśmy małą traumę.

Najbardziej nie lubię, gdy mgła jest tak gęsta, że nic nie widać za oknami. Tak właśnie było i tym razem, więc nie ukrywam, że czułam się bardzo niekomfortowo.

Jedynie ostatnia przejażdżka była przyjemna, gdyż odbyła się na krzesełkach, a nie w kabinie, a dzięki pięknej pogodzie, mogliśmy podziwiać widoki. Poza tym, odległość od ziemi nie była zbyt wysoka.

Wieczny pośpiech.

Na tą ostatnią kolejkę załapaliśmy się w ostatniej chwili. Byliśmy na terenie małej, aczkolwiek wyjątkowo urokliwej świątynki, gdy Kasper zaczął mnie poganiać, żeby już iść. Faktycznie okazało się, że kolejka się zamyka i byliśmy jednymi z ostatnich osób, które miały szansę zjechać w dół.

Nie było jeszcze nawet ciemno. Do zachodu słońca mieliśmy mnóstwo czasu.

Tak to już jednak jest w tym kraju. Zawsze trzeba się spieszyć przed zamknięciem i jest to jedna z tych rzeczy, których w chińskich górach nie lubię najbardziej. Aby nie utknąć w lesie na noc, zawsze muszę myśleć o której park się zamyka, a co gorsza, zawsze są to naprawdę wczesne pory. Na pełen relaks nie ma niestety szans.

A wy byliście już w chińskich górach? Jeśli tak, to w których i jakie są Wasze doświadczenia?

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*