Beijing – co warto zobaczyć w stolicy Chin, a czego zdecydowanie NIE!

Hard Seat po raz pierwszy.

Jak już zostało wspomniane, do stolicy pojechaliśmy pociągiem. Była to długa podróż, trwała ponad 21 godzin. Ogólnie nie było tak źle (na pewno spodziewaliśmy się, że będzie gorzej), ale Chińczycy nie zawiedli i dali nam odczuć w jakim kraju jesteśmy. Jak tylko wsiedliśmy, oblegli nas ze wszystkich stron. Wywołaliśmy ogromne zainteresowanie i prawie każdy chciał się nam dokładnie przyjrzeć. W naszym wagonie było bardzo dużo młodych ludzi podróżujących grupą i znalazła się wśród nich jedna dziewczyna, która mówiła troszeczkę po angielsku. To ona zadawała pytania, a reszta stała wokół, przyglądała się i uśmiechała. Wszyscy byli mili, więc nie ma na co narzekać, ale czuliśmy się trochę nieswojo. Poza tym padały pytania takie jak: Are you lovers? Po ok. 30 minutach, gdy już obawiałam się, że tak będzie wyglądać cała nasza podróż i pozostaniemy pod ogniem pytań na prawie całą dobę, dziewczyna oznajmiła, że boli ją brzuch i idzie odpocząć. Więcej nie wróciła, a jako że najwyraźniej nikt inny nie mówił po angielsku, do końca podróży mieliśmy spokój. Ludzie dalej nam się przyglądali, zwłaszcza jak graliśmy w karty albo jedliśmy zupki, ale na więcej pytań nie musieliśmy już odpowiadać.

Co do porządku w naszym wagonie, to na początku nie było tak źle, ale później zaczęło się to dość drastycznie zmieniać i z godziny na godzinę było już tylko coraz gorzej. Pomimo zakazu palenia, ludzie palili. Niedaleko nas siedział pan, który pluł na podłogę, a później rozmazywał to butem. Podłoga szybko pokryła się śmieciami oraz grubą warstwą pestek słonecznika. Toalety były brzydkie, brudne i nigdzie nie było papieru toaletowego ani mydła. Przy jednej z nich były umywalki, ale o poranku znalazłam w nich śpiącego chłopaka (tak, ktoś spał w umywalkach). Wiele osób nie miało miejsc siedzących i dlatego część z nich rozłożyła się w nocy pod siedzeniami. Idąc rano do łazienki, trzeba było uważać na ich wystające na przejście nogi. Nad niektórymi ludźmi trzeba było przechodzić, bo skuleni zajmowali całe przejście. Natomiast spacer po wrzątek do zupki albo herbaty stawał się prawdziwą wyprawą.

Konkluzja jest taka, że w nowych, szybkich pociągach ludzie dużo bardziej szanują zakazy i podróż można spędzić całkiem przyjemnie, natomiast hard seat to hulaj dusza, syf i malaria!

Po wyjściu z dworca natychmiast oblegli nas prywatni taksówkarze. Za przejazd do naszego hotelu, który jest tylko kilka kilometrów od dworca, życzyli sobie 150 yuanów. Byli gotowi zejść na 100, ale nie niżej. Masakra! My jednak głupi nie jesteśmy i kierując się znakiem, poszliśmy na prawdziwy postój taksówek. Nasz taksówkarz, jak to się bardzo często zdarza w Chinach, długo nie miał pojęcia gdzie jechać. Patrzył na naszą kartkę z adresem i stukał się po głowie jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc. Ostatecznie do kogoś zadzwonił i dowiedziawszy się gdzie jest nasz hotel, zawiózł nas na miejsce. Licznik pokazał 21 yuanów i tyle zapłaciliśmy. 21 a nie 100! (stawką początkową było 13 yuanów, ale cena nie rosła przez dłuższą chwilę, więc domyślam się, że jakiś dystans był wliczony).

Tu kolejna rada, jeżdżąc po mieście, dużo lepiej zdać się na licznik, natomiast jeśli planujemy dłuższą podróż, np. 40 – 50 kilometrów, to zdecydowanie lepiej uzgodnić cenę wcześniej.

Nocowaliśmy w hotelu Bestay (pełna nazwa: Bestay Hotel Express Beijing Railway Station), który możemy spokojnie polecić, bo jest w miarę czysty, znajduje się 10 minut od Temple of Heaven i stacji metra (Tiantandongmen, linia 5) oraz był najtańszą opcją jaką znalazłam na booking.com. Tylko jeden inny hotel miał niższe ceny, ale przyjmował wyłącznie Chińczyków i to wyłącznie z Chin kontynentalnych. Jak dla mnie jest to niedorzeczne, no ale cóż?!

Niezaprzeczalnym minusem naszego pokoju był brak okna oraz przeszklona łazienka (do tej pory zastanawiamy się jaki mógł być powód takiego rozwiązania), ale poza tym, wszystko było w porządku.

Co warto zobaczyć w stolicy Chin, a czego zdecydowanie NIE!

Jak już wspominałam, Beijing bardzo przypadł nam do gustu i miło spędziliśmy tam czas, aczkolwiek miasto samo w sobie jest do bólu przeciętne, szare i zdecydowanie nie wygląda na stolicę, a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Ma jednak sporo spektakularnych zabytków, za którymi kryją się jeszcze bardziej spektakularne historie i to ich odkrywanie było najciekawszą stroną naszych wycieczek po mieście.

Gdybym miała wybrać co podobało mi się najbardziej, to na mojej liście znalazłyby się: The Temple of Heaven, The Lama Temple, Forbidden City oraz The Great Wall. Natomiast najciekawszym przeżyciem i jednocześnie przygodą, była nasza nocna wyprawa na Tiananmen Square, aby podziwiać ceremonię wciągania flagi o wschodzie słońca i wizyta w mauzoleum Mao. Był to zdecydowanie najbardziej ekscytujący punkt całego naszego programu.

Straconym czasem i pieniędzmi była natomiast wycieczka poza miasto, żeby zobaczyć wpisany na listę UNESCO grobowiec Changling. Grobowców cesarzy z dynastii Ming jest na tym terenie kilkanaście, z czego trzy są dostępne do zwiedzania. W pierwszej chwili brzmi interesująco, ale później okazuje się, że Chińczycy mają nieco inny pogląd na to, co oznacza termin ‘zwiedzanie’ niż my. Wchodząc bowiem na teren Changling, nigdy tak naprawdę nie zobaczymy wnętrza żadnego grobowca, gdyż jest kompletnie niedostępny dla zwiedzających. Jak dowiedzieliśmy się w centrum informacji, tak naprawdę wejść można tylko do jednego z tych trzech dostępnych do ‘zwiedzania’ grobowców i nie jest to Changling. Zamiast tego możemy tam zobaczyć jakieś bramy, wierzę i małe muzeum z pomnikiem cesarza, postawionym tam w 1998 roku. Czy jest to warte 50 yuanów za bilet? Zdecydowanie nie!

The Temple of Heaven.

W Chinach, jeszcze do niedawna (początki XX wieku), oddawano cześć niebu. Jest to bardzo długa tradycja, jej początki sięgają XXVI wieku p. n. e. The Temple of Heaven zbudowano w 1420 roku i od tego czasu (właściwie od 1421 roku) 22 cesarzy z dynastii Ming i Qing modliło się tam o pomyślne zbiory. Oczywiście to, co oglądamy teraz, to odrestaurowana wersja, bo jeszcze nie tak dawno, świątynia była kompletną ruiną. Nie zmienia to jedna faktu, że prezentuje się imponująco i zrobiła na nas ogromne wrażenie. Kolorystyka jest wręcz niesamowita.

Jeszcze bardziej niesamowite są wszystkie rytuały, które kiedyś się tam odbywały. Cała ceremonia była bowiem bardzo długa i wieloetapowa.

Najpierw cesarz pościł przez dwa dni. Za panowania dynastii Qing wyglądało to tak, że pierwszy dzień spędzał na terenie Forbidden City, w specjalnie wybudowanym do tego celu pomieszczeniu. Podczas postu nie mógł pić wina i jeść cebuli, szczypiorku i czosnku, ale co ciekawe, mógł jeść mięso!

Drugiego dnia przenosił się już na teren świątyni. Odwiedzał wtedy Imperial Hall of Heaven aby zapalić kadzidła i odprawić święte modły.

Etapów całej ceremonii było naprawdę wiele i wszystkich nie pamiętam, ale kilka jestem w stanie wymienić. Mianowicie, na terenie świątyni możemy zobaczyć duże, okrągłe palenisko z glazurowanej na zielono cegły. To tam palono wcześniej umyte i ogolone cielę. Używano sosnowych gałązek i stroików. Był to rytuał powitania boga nieba. Później palono włosy i krew cielaka. Jednym z etapów było również podarowanie niebu jadeitu, a także jedwabiu. Następnie dary polewane były gorącą wodą. Po ceremonii wszystkie dary, ceremonialne afisze i zwoje jedwabiu były zanoszone na wspomniane powyżej palenisko i palone. Cesarz stał wtedy obok i przyglądał się temu rytuałowi. Chyba nikogo nie zaskoczę, gdy napiszę, że ta część ceremonii nazywała się ‘Observation of the Burning’.

Po zakończeniu ceremonii, setki urzędników gratulowały cesarzowi modłów do nieba, a ten, już na sam koniec, wydawał cesarski edykt.

dsc_0327-copy dsc_0342-copy

 The Lama Temple.

Yonghegong to chińska nazwa tej tybetańskiej świątyni. Tak też nazywa się stacja metra znajdująca się w bezpośrednim sąsiedztwie, gdyby ktoś zastanawiał się jak tam dojechać.

Jest to pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy po przyjeździe do stolicy i to w dużej mierze dzięki temu nasze wrażenia z tego miasta są tak pozytywne.

Świątynia jest bajecznie kolorowa i panuje tam bardzo pozytywna atmosfera. Aż nie chce się opuszczać tego miejsca, bo godzinami można patrzeć na piękne fasady i wymyślne dachy. Trafiliśmy akurat na moment, kiedy odbywały się modły, więc mogliśmy też posłuchać buddyjskich mnichów recytujących mantry.

Co ciekawe, w świątyni, w pawilonie Wanfuge, znajduje się ogromna rzeźba buddy, wpisana do księgi Guinness’a. Podobno została wyrzeźbiona z jednego kawałka białego drzewa sandałowego. Jest wysoka aż na 26 metrów.

dsc_0036-copy dsc_0055-copy dsc_0088-copy 

Forbidden City.

Zakazane Miasto to jedno z tych miejsc, którego na pewno nie można ominąć odwiedzając Beijing. Jest to też miejsce, na które należałoby poświęcić co najmniej cały dzień. My spędziliśmy tam jakieś 6 godzin i wydaje mi się, że nie widzieliśmy co najmniej jednej trzeciej. Do budynków nie można wchodzić, ale niektóre mają otwarte drzwi zastawione barierkami, więc można obejrzeć wnętrza. Niektóre pomieszczenia ogląda się też przez szybę i naprawdę sporo ciekawych rzeczy można w ten sposób wypatrzyć. Poza tym, przestrzenie są ogromne i chodzenie po terenie pałacu zajmuje masę czasu. Jest tam też mnóstwo ciekawych zakamarków, których szkoda byłoby nie zobaczyć.

Jako ciekawostkę dodam, że Zakazane Miasto, to pierwsze i jedyne miejsce w Chinach, gdzie powstało cesarskie biuro telefoniczne. Było to w kwietniu 1910 roku, podczas wojny opiumowej. Chińczycy zorientowali się wtedy jak ważna jest telekomunikacja jeśli chodzi o sprawy militarne i polityczne. Dlatego w Zakazanym Mieście zainstalowano 10 centrali i sześć aparatów telefonicznych.

dsc_0418-copy dsc_0420-copy dsc_0427-copy dsc_0442-copy dsc_0470-copy

1 Comment Posted

  1. Wspaniale się czyta opowieści o Waszych podróżach , niecierpliwie czekamy dalszych wątków.Bardzo to wszystko zachęcające do wybrania się w tamte strony i poznania choć troszkę zupełnie odmiennej od naszej kultury.
    Powodzenia w nowym roku szkolnym !

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*