Batad Rice Terraces.

Do Batad Don Don zabiera nas już osobiście. Widać, że chodzenie nie należy do największych przyjemności w jego życiu, ale ze swojej pracy wywiązuje się znakomicie.

Po drodze zatrzymujemy się dwa razy, aby z wysokości podziwiać wioski i ich pola ryżowe. Widoki są naprawdę piękne, a w dodatku opatrzone komentarzem naszego przewodnika. Dowiadujemy się bardzo wiele o historii Filipin, tych górskich okolicach, lokalnych zwyczajach, a także o prywatnym życiu Don Dona.

Tarasy mają ok. 2000 lat. Tak przynajmniej oceniło UNESCO. Oczywiście dokładny wiek jest trudny do odgadnięcia, głównie dlatego, że tarasy wciąż się zmieniają. Co roku muszą być umacniane, gdyż inaczej by nie przetrwały.

Lokalne zwyczaje.

Jak się okazuje w tych rejonach to najstarsze dziecko dziedziczy wszystkie tarasy ryżowe po swoich rodzicach. Don Don był drugim dzieckiem, więc tarasy jego rodziców odziedziczyła starsza siostra. On jednak nie rozpacza, gdyż praca przewodnika zapewnia dużo lepszy byt.

Właściwie dużo ludzi porzuca swoje pola ryżowe i wyrusza do miast w poszukiwaniu innej pracy. Tak na marginesie dodam, że niedługo przed wylotem na Filipiny, oglądaliśmy film pt. Metro Manila, który traktuje na ten temat. Obraz bardzo polecamy.

Co ciekawe, Don Don mówi, że osoby, które opuszczają swoje wioski i wyjeżdżają za granicę, przed śmiercią chcą wrócić. Jest tak dlatego, że zgodnie z lokalną tradycją, pięć lat po śmierci wydobywa się zwłoki, a kości poleruje i zabiera do domu. Ci ludzie chcą, aby ich też to spotkało i aby nie zostali zapomniani.

Zgodnie z inną tradycją, za swoją żonę Don Don musiał „zapłacić” w świniach. W dobrym guście jest aby świnie były trzy i to dorodne. Cena jednego takiego zwierzęcia to P30 000.

Rice God.

W okolicach Banaue są jeszcze ludzie, którzy czczą boga ryżu (pozostałość sprzed okresu przed przybyciem amerykańskich misjonarzy na początku XX wieku), jednak nie pozostało ich zbyt wielu. Don Don zna zaledwie kilka takich osób i mówi, że gdy umrą, ta tradycja umrze razem z nimi. Młode pokolenia nie kultywują starych zwyczajów.

A jak wyglądają takie obrzędy? W ofierze składa się świnię, a drewniana figurka boga ryżu jest maczana w jej krwi. Następnie figurkę umieszcza się w magazynie, w którym składowany jest ryż. Ludzie wierzą, że pomnaża to zbiory.

Języki i trochę historii.

Don Don mówi w trzech językach. Na Filipinach jest mnóstwo lokalnych dialektów i praktycznie każda wysepka ma swój. Dlatego też, język Tagalog jest obowiązkowy w szkołach i dzięki temu ludzie z różnych części kraju mogą się ze sobą porozumiewać. Oprócz tego, wszyscy mówią po angielsku. Sam Tagalog jest natomiast wzbogacony wieloma słowami z języka hiszpańskiego. To właśnie Hiszpanie przybyli na Filipiny jako pierwsi i nadali tutejszym wyspom wspólną nazwę. Wcześniej nie było tutaj pojęcia państwowości i każda wyspa była oddzielnym bytem. Hiszpanie zebrali je w jedno i nazwali Filipinami na cześć swojego króla Filipa.

Co ciekawe, w okolice Banaue Hiszpanie nigdy nie dotarli. Zrobili to dopiero Amerykanie.

Moma.

Don Don nie pali, ale zamiast tego żuje Moma. Na Moma składają się zielone liście, betel nut, lime, czyli biały proszek, który powstaje po spaleniu muszelki ślimaka (mowa o ślimaku z tarasów ryżowych, którego się zjada, a muszelkę właśnie spala) i tytoń. Gdy Don Don wyjmuje zawiniątko z białym proszkiem w środku, żartuje, że to kokaina. Szybko się jednak z tego wycofuje dodając, że na Filipinach nie mogą zażywać narkotyków, bo inaczej prezydent ich zabije. Po chwili dowiadujemy się też, że Don Don uważa, że taki prezydent jak Duterte jest im potrzebny. Mówi, że wcześniejszy prezydent był zbyt słaby, a oni potrzebują silnej reki, gdyż inaczej wymykają się spod kontroli.

Ta wypowiedź mnie zaskakuje.

Wracając jednak do Moma, to jest to bardzo popularna używka na Filipinach. Na każdym kroku widać mężczyzn, którzy to żują, a następnie wypluwają. Na chodnikach i w wielu innych miejscach można bez trudu zobaczyć czerwone plamy. Czerwone są też zęby Don Dona i wielu innych mężczyzn.

Nie wygląda to zbyt dobrze.

Paczuszki z gotowym zestawem można kupić w sklepach za P10. My chcąc tego wypróbować, też na taką jedną się decydujemy. Sela z naszego homestayu pokazuje nam jak sobie zwinąć takie zawiniątko, które następnie ląduje w buzi. Oboje szybko wymiękamy i wszystko wypluwamy, bo ani nie da się tego pogryźć, ani nie jest to dobre w smaku, a fakt, że nic nie można połykać, tylko wypluwać, bardzo komplikuje sprawę. No ale cóż, przynajmniej spróbowaliśmy.

Batad Rice Terraces.

Chyba najwyższa pora, aby poruszyć temat tarasów, czyli głównego punktu programu.

Otóż są powalające, niesamowite, przepiękne! Brakuje nam słów, żeby opisać nasz zachwyt. Kasper mówi nawet, ze podobają mu się bardziej niż te, które widzieliśmy w Chinach (Longji). Ja uważam, że oba miejsca są przepiękne, każde na troszkę inny sposób. Oba z pewnością warte tego, aby je odwiedzić.

Poletka wypełnione są wodą i gdy słońce wychodzi zza chmur, cudownie odbijają światło. Mienią się też różnymi kolorami, w tym różowym, który jest efektem specjalnego nawozu (naturalnego). W wioskach widać chatki kryte liśćmi, a pomiędzy nimi wysokie drzewa palmowe. Obraz tego miejsca na pewno pozostanie z nami na długo.

Co ciekawe, innych turystów jest dosłownie garstka. Podobnie jak na tarasach w Chinach, prawie cały czas jesteśmy sami. Zastanawia mnie to, gdyż te okolice są naprawdę piękne i malownicze. Czemu nie ma więcej chętnych, żeby to wszystko zobaczyć?!

Jak powstały tarasy?

Don Don opowiedział nam legendę związaną z powstaniem tarasów ryżowych. Otóż żył kiedyś pewien mężczyzna, który bardzo chciał się dostać do nieba. Zniechęcony niepowodzeniami, wyjechał w podróż i długo nie wracał. Pewnego dnia jednak wrócił i na miejscu zastał tarasy. Zdziwiony zaczął o nie wypytywać i ktoś mu powiedział, że to dla niego ludzie budują schody do nieba.

Wodospad Tappiyah.

Najpierw tarasy oglądamy ze ścieżki prowadzącej górą. Doprowadza nas ona do kilku platform widokowych. Na tyłach ostatniej z nich, znajduje się zejście w dół, które prowadzi do wodospadu Tappiyah. Nie jest to może najpiękniejszy wodospad jaki widziałam w życiu, ale myślę, że to miejsce też warto odwiedzić.

Don Don dzieli się z nami małą sztuczką. Mianowicie, mamy patrzeć na spadającą wodę nieustannie przez 30 sekund, a później przenieść wzrok na skały. Efekt jest taki, że przez dłuższą chwilę wydaje nam się, że skały wspinają się w górę.

Do samego wodospadu schodzimy już sami. Don Don chyba ma już dosyć chodzenia. Nie dziwie się, w końcu robi tą trasę kilka razy w tygodniu.

Denga.

Przed wyjazdem na Filipiny martwiliśmy się chorobami tropikalnymi, w tym głównie denga, która niestety występuje w tym kraju. Naszego samopoczucia na pewno nie poprawiło to, że Sela zapytała nas, czy znamy tę chorobę, a Don Don chciał wiedzieć, czy mamy tabletki na malarię. Żadnych tabletek oczywiście nie mieliśmy, a naszym jedynym zabezpieczeniem był zakupiony na lotnisku w Hong Kongu spray na komary. Na Filipiny jechaliśmy jednak w porze suchej, więc mieliśmy nadzieję, że choroby nie będą zbyt poważnym zagrożeniem.

Ostatecznie widzieliśmy tylko kilka komarów, a nawet Sela przyznała, że choroby atakują głównie w lipcu. My byliśmy w styczniu, kiedy temperatury w górach nie są zbyt wysokie. Myślę, że to dobry okres na wizytę w tych rejonach, nawet jeśli trochę pada.

Informacje praktyczne: aby z Manili dojechać do Banaue, które jest bazą wypadową m. in. do Batad, należy udać się do części miasta zwanej Sampaloc. Pytając o drogę najlepiej powiedzieć, że chcemy się dostać na Florida Bus Station. Jest to mały terminal z którego kursuje nocny autobus do Banaue. Bilet kosztuje P530. My nie mieliśmy żadnych problemów aby kupić bilety na kilka godzin przed odjazdem, ale jest też możliwość zarezerwowania ich online.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*